Szukaj na tym blogu

niedziela, 5 lutego 2012

Eric Lustio "Traces of the Soviet Empire" / "Ślady imperium sowieckiego"

Eric Lusito (ur. 1976)  z pochodzenia jest Włochem, od wielu lat mieszkającym we Francji. Wykonał unikalną serię, ba już nie do powtórzenia, zakończoną wydaniem albumu  After the Wall: Traces of the Soviet Empire (2009)  z ponad stu ilustracjami z historycznym wstępem prof. Francisa Conte. Album ten jako jedyny, jaki znam, pokazuje moment po upadku ZSRR na początku lat 90., starając się uchwycić wyjątkowy czas oraz kontekst historyczny wraz  atmosferę duchową.

© Eric Lusito, Lénine - 12ème Division de Fusiliers Motorisés, Baganuur, Mongolie


Artysta, który sam twierdzi, znajduje się na stylistycznym pograniczu dokumentu i fotografii o tradycji artystycznej, co można dostrzec w romantycznych prawie pejzażach, wpadł na genialny wprost pomysł już w 2002 roku,  że trzeba zobrazować ślady po upadku Sowieckiego Imperium. Większość zdjęć została wykonana w roku 2007 i 2008. Tylko jak to uczynić i co należało dokumentować? Ludzi, upadające kołchozy czy PGR-y, jak to czynił niedawno jeszcze w Polsce Tomasz Tomaszewski, czy może fabryki, jak zrobił to w Krakowie na początku lat 90. Marek Gardulski, dając bardzo ważny impuls. A może ująć szybko mijającą historię w stylu street photograpahy w  formie szarej czy przygnębiającej ulicy z Łodzi czy Warszawy (Carl de Keyser) lub z wydźwiękiem życia osobistego (Anna B. Bohdziewicz). A może jednak na wszystko spojrzeć satyrycznie i karykaturalnie, ale wtedy obraz może być zniekształcony i czy zbyt jednostronny (Chris Niedentahl).


Niech przemówi budownictwo i architektura baz wojskowych oraz "aura" jaka tam jest - pomyślał chyba Eric Lustio. Właśnie bazy wojskowe miały decydować o zniszczeniu Zachodu i  decydowały o sile imperium radzieckiego. artysta jak mi powiedział w 2010 roku  dotarł do wszystkich byłych już baz, także do polskiej Legnicy, nie mówiąc o odległej Mongolii. 


© Eric Lusito, Legnica, Poland
© Eric Lusito, Okładka albumu wydanego w 2009




Jaki jest obraz "krajobrazu po bitwie", a może niedoszłej czy niekończonej na szczęście bitwy? Raz widzimy prawdziwe ruiny,  innym razem śmieszne socrealistyczne malatury, jeszcze innym prawie niezniszczone modernistyczne budynki w stylu Miesa va der Rohe. W nieokreślonej pustej przestrzeni sterczą absurdalne pomniki, oczywiście wykonane w realistyczno-socjalistycznym (świadomy neologizm) stylu. Te wybitne zdjęcia "grają" pustą przestrzenią, powietrzem i brakiem ludzi, co jest m.in. tradycją XIX dokumentu. Zginęli? Uciekli? Oczywiście wyjechali do innych... baz lub przeszli na emeryturę. "Aura" tych dziwnych w końcu miejsc to także znalezione tam negatywy, zdjęcia radzieckich przywódców czy instrukcje obsługi sprzętu, np. maski przeciwgazowej.


© Eric Lusito, Aliosha, 41st Motor Riefle Division, Mongolia


Artysta wystawę pokazywał na festiwalu fotografii na Litwie w Kownie (2011). A kiedy w Polsce? Próbowałem tym projektem zainteresować warszawski IPN, ale bezskutecznie. To świetny album i wystawa, która uświetniłaby np ekspozycję z CSW w Warszawie POSTDOKUMENT. Świat nie przedstawiony. Dokumenty polskiej transformacji po 1989 roku, ponieważ zawiera w sobie istotny kontekst polski skonfrontowany ze światowym. Powstaje też pytanie, czy polscy dokumentaliści zbliżyli się choć do tego problemu? Chyba nie, nie mieli tego rodaju potrzeby i przede wszystkim świadomości.


© Eric Lusito, 677th  Artillery Regiment, Mongolia 


W ub roku Eric Lustio  był finalistą prestiżowego konkursu fotografii dokumentalnej w Vevey:


Espace Quai no 1, Vevey, Switzerland
Jannuary 25 - March 3, 2012
Fotoseptiembre USA - SAFOTO, 


© Eric Lusito, Gas masks sabotaged , 69th  Independent Space Objects Radio Intelligence Center, Latvia


© Eric Lusito, Private photograph  printed  from abandoned black and white roll film found inside a Soviet military base


Niedługo odbędzie się też ekspozycja w Rydze:


Latvian Museum of Photography, Riga
February 2 - 26, 2012
http://fotomuzejs.lv/exhibitions/future/219-lucito


© Eric Lusito, Instruction panel showing use of gas masks and self injection to protect against gas or chemical attack


I kolejna wystawa w Szwajcarii, świadczy o ogromnym i zasłużonym sukcesie francuskiego z wyboru fotografa:

Musée des beaux-arts de La Chaux-de-Fonds

Rue des Musées 33
La Chaux-de-Fonds, Switzerland 

70ème Biennale d'Art Contemporain
Nuit de la Photographie

Jannuary 18, 2012

http://cdf-mba.ne.ch

http://www.samba-cdf.ch/pages/1%C3%A8re-Nuit-de-la-photo



r
© Eric Lusito, Site 120, 44th Mixed Air Corps, Mongolia



© Eric Lusito, Portraits of Politbiuro Members

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Wierzę w Mateusza...., czyli koniec Zony w Łodzi (grudzień 2011-styczeń 2012)

Mateusz Pęk, Inkrustacja

Nie mogłem być na wernisażu wystawy Mateusza Pęka 09.12.11 w Zonie Sztuki Aktualnej, mieszczącej się w Łódź Art Center przy ul. Tymienieckiego 3. Przestała ona  istnieć chyba 13.01.12 mimo, że była jedną z bardziej znanych galerii w Łodzi, choć rzadko odwiedzaną przez publiczność. Była jednak miejscem prestiżowym, w którym odbywały się także międzynarodowe projekty. Galeria "umarła" w Łodzi, co jest dość częstym zjawiskiem kulturowo-patologicznym, a "odrodziła się" w Szczecinie, gdyż reikarnował ją jej główny demiurg - Kamil Kuskowski. 

Mateusz Pęk, Inkrustacja

Mateusz Pęk podąża drogą późnego modernizmu, lubi minimal-art, sztukę zracjonalizowaną. Jest zawsze metodyczny i badawczy, jak Zygmut Rytka - bliski mu ideowo multimedalista. Jakże trafnie Mateusz odwołuje się także do tradycji nowoczesnego malarstwa, tylko trzeba to potrafić dostrzec. Poza tym świetnie panuje nad najnowszymi technologiami, zarówno w fotografii, instalacji, jak i w wideo, w których korzysta z obrazu cyfrowego. Jest jednym z najlepiej teoretycznie i technologicznie przygotowanych twórców do bycia w wirtualnym świecie, ale musi uważać, aby się w nim nie zgubić!

Mateusz Pęk, Inkrustacja

Co zobaczyłem w Zonie? Krzesło, wiatraczek  i niebieską linię, która jednak prowadziła do tradycji konstruktywizmu oraz rzutowane obrazy, a właściwie grafiki o symetrycznym układzie, które są tradycją, m.in. Romana Cieślewicza. Ich idea jednakże nie była zbyt czytelna z racji niedoskonałości rzutowanego obrazu. Ale całościowy efekt "ekranu-żaluzji" był zaskakująco interesujący. A cała ekspozycja? Choć skromna, to ciekawa - tak, jak na Mateusza przystało. Potrafi on w sugestywny i wiarygodny sposób operować aspektami najnowszej sztuki i technologii, ale także przekazywać sygnały o świecie  polityki i zagrożeniu militarnym, trochę, jak Krzysztof Wodiczko, choć w sposób nie tak spektakularny.

Mateusz Pęk, Inkrustacja

Oto, co mi napisał o idei opisywanej wystawy w Łodzi: "To takie poczucie, że wystarczy sezon, dwa aby prace współcześnie powstające traciły wartość symboliczną pozostaje jedynie ta wizualna [jakość], tak więc wybrałem fragmenty dokumentacji, prace w większości powstające do przestrzeni Zony i rozpocząłem układanie z nich ornamentów, kierując się kolorem, walorem i rytmem form. Tak to powstało to płaskie zdobienie, odłożone na ścianach galerii." Czyli artysta posłużył się metodą recyklingu, ale ta estetyka nie była czytelna, co było dużym atutem ekspozycji.

Mateusz Pęk, Inkrustacja

Jedną z cyfrowych grafik był portret Lech Wałęsa o znamionach delikatnej karykatury. Dlaczego? "Wałęsa był balonem przed frontem galerii, przy okazji grupowego projektu w przestrzeni Łodzi, jak zapewne wiesz, śmieszny mi się wydał w zestawieniu z tym kawałkiem gumy za nim." - tak opisał tę pracę Mateusz. Obok Marka Zygmunta jest on najlepszym trójmiejskim artystą mediów cyfrowych! Kiedy pokaże go warszawska Zachęta? Być może wówczas, kiedy przeminie sztuczna moda na skandalistkę Katarzynę Kozyrę, artystkę przereklamowaną i niewiele ciekawego proponującą od prawie 20 lat.

Mateusz Pęk, Inkrustacja

Wątek "niebieskiej linii" tak mi wyjaśnił Mateusz: "Jeszcze jest przyczepiona do wentylatora przy fotelu rozdmuchująca, burząca ścianę rolet. Wiem, że nie było żadnego opisu wskazującego na ten wątek, tym niemniej miałem tego Największego z anektujących, naznaczających przestrzenie, komponując instalację".

No i nie spotkałem się z Mateuszem w Łodzi, gdyż były inne wernisaże tego wieczoru! Musiaem być na wręczeniu nagrody im. Katrzyny Kobro Zygmuntowi Rytce. Może uda się następnym razem albo w Gdańsku? Czas pokaże.  

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Grzegorz Królikiewicz - bezkompromisowy mistrz kina (Festiwal Tofifest w Torunu, 2011)

Tofifest' 2011, Przypadek Pekosińskiego - teaser,   reż.G.Królikiewicz 

Podsumowujemy jeszcze rok 2011. Bardzo ważnym wydarzeniem, o którym ciągle myślę i długo zabierałem się do jego analizy, były spotkania i pokaz filmów Grzegorza Królikiewicza na bardzo ciekawym festiwalu filmowym Tofifest w Toruniu, którego także byłem uczestnikiem. Wyżej oceniam ten festiwal od bydgoskiego oraz od wcześniejszego łódzkiego – Cameraimage. Dlaczego? Może o tym napiszę innym razem.

Przy okazji krótko o imprezie filmowej z Torunia. Bardzo różnorodny w swej formule był kolejny Tofifest z roku 2011, gdyż odbywały się na nim nie tylko pokazy filmowe i spotkania z reżyserami, ale także żywe dyskusje panelowe, w tym o polskim kinie, które nie jest w dobrej kondycji. Przysłuchiwałem się rozmowie o polskim kinie historycznym, nad którym ciąży niestety zły duch Jerzego Hoffmana i Andrzeja Wajdy.

Wcześniej, w kwietniu 2011 byłem także w ms² w Łodzi na promocji książki „wywiadu-rzeki” Piotra Kletowskiego i Piotra Mareckiego Królikiewicz. Pracuję dla przyszłości (Kraków 2011) oraz na pokazie filmu Wieczne pretensje (1974), zrealizowanego m.in. w BWA we Wrocławiu, a ukazującego w pokrętny sposób, przy użyciu różnorodnych, ale jakże wyrafinowanych ekspresjonistyczno-surrealistycznych środków, przygnębiające i tak naprawdę żałosne lata 70. XX wieku, kiedy kontrole w zakładach mięsnych mogły się skończyć nie tylko wyrokiem sądu, ale śmiercią oskarżonego. Film jest trudny, ciężki i ponury, podobnie jak przedstawione w nim lata pełne były beznadziei i pitego na umór alkoholu. 

Wraz z gośćmi festiwalowymi w Toruniu obejrzeliśmy Na wylot (1972) - film traktujący o potędze i sile miłości, która jest najważniejsza. To jeden z najistotniejszych polskich filmów powojennych, w którym tragizm i zbrodnia połączone z niesamowitym realizmem stworzyły jedyny w swoim wydaniu utwór filmowy, z koncepcją przestrzeni pozakadrowej będącej bardzo ważną propozycją teoretyczną. 

Grzegorz Królikiewicz o Zabiciu ciotki

Grzegorz Królikiewicz w DKF Maciste w Bochni, 2011

Łukasz Ronduda w tekście Skolimowski, Królikiewicz, Żuławski, Uklański Czyli wypisy z historii polskiej nowej fali z „Obiegu” pisał: ” Z Warsztatem Formy Filmowej łączyło Królikiewicza teoretyczne podejście do filmu, postulat powiązania teorii i praktyki, nastawienie na "rozszerzenie możliwości sztuk audiowizualnych" oraz popęd do eksperymentowania. Otwarta struktura filmów Królikiewicza w interesujący sposób koresponduje nie tylko z prowokacyjnymi, filmowymi Warsztatu Formy Filmowej (czekającymi na wypełnienie przez widza), ale generalnie z rozwojem sztuki nastawionej na inicjowanie aktywności odbiorców (partycypacyjnej i interaktywnej), a uprawianej przez polską neoawangardę lat siedemdziesiątych. Możemy wręcz stwierdzić, iż w filmach Królikiewicza dokonało się to, o czym marzył Warsztat Formy Filmowej: wejście rozwiązań i eksperymentów awangardowych do mainstreamu polskiej kinematografii. Bowiem artyści ci traktowali swoją działalność m.in. również jako wytaczanie nowych obszarów ekspresji dla filmu, poszerzanie znanej nam dotychczas audiowizualności. I zachęcali innych reżyserów (poprzez np. wykłady i działalność w szkole filmowej) do czerpania z ich osiągnięć. Wiele scen np. w Tańczącym Jastrzębiu jest próbą zastosowania pewnych rozwiązań formalnych wprowadzonych przez Warsztat Formy Filmowej (stało się tak zapewne za sprawą operatora tego filmu Zbigniewa Rybczyńskiego). Do najbardziej charakterystycznych należy scena, gdzie w kadrze permanentnie znajduje się ucho głównego bohatera. To według mnie powtórzenie filmu Punkt Bendkowskiego. Z kolei scena, w której znajdująca się pod łóżkiem kamera zatacza cykliczne kręgi o zakresie 360 stopni byłaby wariacją na temat filmu Linia tego samego autora (17). W kilku miejscach filmu (scena rozmowy z sekretarką, scena rozmowy z młodym inżynierem) zostaje zastosowana poetyka filmu Bezdech Wojciecha Bruszewskiego.Na szczególną uwagę zasługuje tutaj fakt współpracy Królikiewicza z artystą sztuki performance Zbigniewem Warpechowskim, który pełnił w jego filmach rolę scenografa.”

Genialnym wprost filmem Królikiewicza jest Przypadek Pekosińskiego (1993), tym razem bliski dokumentowi i prowokacji artystycznej połączonej z interakcjami samego Bronisława Pekosińskiego, którego tragiczne losy poznajmy w tym niezwykłym utworze. Bohater rozdarty między partią a kościołem nie potrafił odnaleźć się w rzeczywistości. Widzimy go w nieustającym upadku, niczym socjalistyczny system, który chciał go wykorzystać do propagandy a sam się zdegenerował.

Świetnie się stało, że na toruńskim festiwalu Królikiewicz, dodajmy jedyny polski reżyser, który jest również teoretykiem kina posiadającym własną filozofię sztuki, stał się kimś ważnym i znaczącym - za życia został mistrzem. Jego kino sytuuje się na pograniczu kina eksperymentalnego i klasycznej fabuły. Więc jego recepcja musi dokonać się wolniej chyba, że doczekamy się takich analiz, jak Łukasza Rondudy. Wydana w 2011 książka o Królikiewiczu oraz spotkania w Toruniu były udanym krokiem w kierunku akceptacji trudnej i bezkompromisowej twórczości profesora szkoły filmowej w Łodzi.

piątek, 30 grudnia 2011

Corinna Streitz - "Gespinste" \ "Urojenia" (2011). Postsurrealistyczny performance fotograficzny o samotności... (Wittenberge, Niemcy). Portfolio Review w Bratysławie 04 i 05.11.11

To już ostatnia refleksja po Portfolio Review w Bratysławie 04 i 05.11.11, z małym aneksem do roku 2010, który tak tragicznie zmienił polską historię. Konkluzja jako się nasuwa nie jest optymistyczna dla fotografii polskiej. Po pierwsze młodzi polscy fotografowie nie pokazują się na tego typu prezentacjach, jak Portfolio Review w Bratysławie. Nie wiem dlaczego, gdyż jest to szansa na wystawy czy sukces finansowy w Europie  np. w Wiedniu czy w Berlinie. Po drugie porównując młodych, czy też w średnim wieku artystów z Czech, Słowacji, Rosji, Austrii, Francji i innych krajów z polskimi, to zaryzykuję tezę, że porównanie to jest niestety bardzo niekorzystne dla Polski. Przez ileś lat żyłem w przeświadczeniu, że ilość polskich szkół fotograficznych, ilość profesorów od fotografii, konkursów i festiwali doprowadzi do tego, że polscy fotografowie i przede wszystkim fotografki mocno zaistnieją na świecie w XXI wieku. Nic takiego nie nastąpiło i szybko nie nastąpi, poza kilkoma sukcesami, które miały miejsce w ostatnich latach.

Ale wracamy do rzeczywistości z końca 2011 roku, z jego ciepłymi, mglistymi, lecz ponurymi dniami, które w pewien sposób przypominają klimat fotografii Corinny Streitz (ur. 1970), która w cyklu Gespinte, (Pajęcza nić) z 2011 roku w niezmiernie udany sposób kontynuuje program fotografii surrealistycznej, a precyzując jego romantyczno-symboliczną wersję. Cykl ten zawiera około 30 czarno-białych analogowych zdjęć. Oczywiście Corinna nie jest już nadrealistką, gdyż epoka rewolucji surrealistycznej miała miejsce dawno temu w latach 20. i 30., ale jej program i znaczenie wyznaczał gównie André Breton. Niemiecka artystka w 2011 roku powraca jednak do tych samych problemów, jakie nurtowało środowisko paryskich nadrealistów, aby przypomnieć powieść guru tego nurtu Bretona - Nadja, dotyczącej ludzkiej samotności, w życiu lub śnie, które stają się koszmarem. Granice między realnością, a nadrealnością uległy i tym razem, w twórczości  Corinny Streitz,  precyzyjnemu zatarciu, jak w najlepszych filmach Luisa Buñuela.


(Nasuwa się proste pytanie - kogo widzimy na zdjęciu u góry? I do końca nie wiemy, jaka jest odpowiedź, gdyż za każdym razem na fotografiach mamy wrażenie, że podglądamy inną osobę - raz dziewczynę, raz dojrzałą kobietę, a może czasami mężczyznę. Pojęcie płci często uległo zatarciu, czyli świadomej transgresji).


Bardzo podoba mi się cykl Gespinte posiadający także swoje wydanie książkowe, które można obejrzeć na stronie internetowej artystki (http://corinnastreitz.net). Warto i proszę się nie śpieszyć. Dlatego w tym roku podczas Portfolio Review na te właśnie prace oddałem głos nr 1, choć Corinna  nie zdobyła żadnego punktowanego miejsca (od 1 do 10). Podoba mi się też nietypowa, dynamiczna aranżacja jej wystaw, która rzadko jest stosowana w ten dysharmonijny sposób, dookreślając ideę pokazu. W Polsce podobne układy aranżacyjne stosuje np. Magda Hueckel, a także niżej podpisany na Biennale Fotografii w Poznaniu w 2009 r.

Corinna jest absolwentką berlińskiej Neuen Schule für Fotografie, gdzie uczyła się w pracowni znanego fotografa i pedagoga  Wolfganga Zurborna, który w 2003 r. miał wystawę w galerii FF w Łodzi. W 2011 Corinna chodziła także na zajęcia do pracowni  Evy Bertram w tej samej berlińskiej szkole. Można by poszukiwać bliższych analogii pomiędzy "migotliwym" i kolorowym wycinkiem świata według Zurborna oraz kobiecą introspekcją świata dziecka u Bertram z jednaj strony lustra, a jego odbiciem i refleksami w postaci zawsze bardzo osobistych i skrytych fotografii  Corinny Streitz. Ale jest to analiza na inny czas i miejsce.



(Ta fotografia powyżej wykonana nieopodal drzewa przypomina mi o jednej z prac Hansa Bellmera. Oczywiście Corinna zna jego twórczość, ale brakuje tu tytułowej "lalki", chyba że jest nią sama artystka, która w narcystyczny sposób bawi się sobą. Nie, taka interpretacja mnie nie przekonuje. Bardziej dostrzegam tu przełamywanie własnych lęków i jednocześnie ich uzewnętrznianie, a także surrealistyczne maskowanie swej tożsamości poprzez defragmentację).


W opisywanym cyklu mamy do czynienia z dość popularną w latach 80. i 90. formułą foto-performance. Obecnie rzadziej stosowaną. Widzimy tu tradycję niemieckiego ekspresjonizmu, ale i surrealizmu. Niektóre prace przypominają dokonania Diane Ducruet, jak np. autoportret wśród makówek. Inne są tradycją malarstwa Francisa Bacona, ale jakże udaną.

W tym roku w Bratysławie w czasie Miesiąca fotografii mogliśmy obejrzeć  także bardzo dobrą wystawę w "klimacie" bliskim pracom Corinny, w stylu surrealistyczno-ekspresjonistycznym, ale połączoną z wypowiedzią w formie rysunków, odnoszących się i wchodzących w dialog z własną fotografią. Mam na myśli ekspozycję w duchu wiedeńskiego Fin de siècle  Birgit Jürgenssen (1949-2003). Tylko nasuwa się jedna istotna uwaga. Prace Corinny Streitz nie są sztuką feministyczną, jak w przypadku Austriaczki, przeciw niczemu nie protestują i o nic nie walczą.


(Proszę zwrócić uwagę na archetypiczny wizerunek, zawarty w tej fotografii powyżej, dotyczący nieustannej wędrówki duchowej, znanej także ze wspomnień Wernera Herzoga, ale także twórczości wielu innych artystów, o czym mówiłem autorce w Bratysławie).

I jeszcze jeden bardzo ważny aspekt, który muszę zaakcentować. Autorka doskonale panuje nad każdą fotografią, tworzyć jej wizualizację i przekonywujący nastrój. Podobnie postępuje fotografując posępny pejzaż, luksusowe wnętrze czy detal architektoniczny. Rzadko się zdarza, aby artysta miał tak dużą zdolność kształtowania fotografii wypełniając ją własną duchowością.


(Ta praca u góry wydaje mi się najbliższą posępnego i antyhumanistycznego klimatu wybitnej twórczości Bacona, ale także klasycznego surrealizmu, który mógł ukazać  postaci ludzko-zwierzęce, wydobywając je z ludzkiej podświadomości, jak Max Ernst).


(Proszę także zwrócić na niezwykłość tej fotografii, w tym leżące bezwładnie na wodzie ciało (znak śmierci?) "oznaczone" jest znakiem węża. Czego dotyczy ten symbol? Śmierć, zło, nieszczęście a może wszystko razem?).


I końcowa praca z ukazaniem metafory ulotności życia, które przypomina o jedności świata natury: ludzi-roślin-owadów, z zaakcentowaniem także nietrwałości i niestabilności medium fotografii o czym świadczą zagięty, a może celowo zniszczony dół zdjęcia. Nie liczę okładki z delirycznym odbiciem po raz kolejny zamaskowanego  narcystycznego ciała. Co ciekawe, udekorowanego cierpieniem,  niczym św. Sebastian. Jest to więc według mojej analizy późnomodernistyczny  emblemat, gdyż surrealistyczny w rodowodzie wiecznego życia w ponowoczesnym świecie? Nowa ikonografia potrzebuje nowych symboli życia i śmierci, a warunkiem ich powstania jest samotność i alienacja w nierzeczywistym świecie.

P.s. Kilka dni temu po filologicznych wyjaśnieniach z języka niemieckiego, jakie przesłała mi Corinna na temat znaczenia staromodnego słowa Gespinste zdecdowalismy się na tłumaczenie polskie jako Urojenia, nie zaś Pajęcza nić.

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Olga Polesovschikova - "13x18". Niezwykłość a nawet magiczność fotografii analogowej. (Moskwa, Rosja). Portfolio Review w Bratysławie 04 i 05.11.10

Program Tv pt Magia artystki

Z dużym opóźnieniem realizuję zobowiązanie, jakie złożyłem Oldze jeszcze w 2010. Jej prace były dla mnie najważniejsze na Portfolio Review w Bratysławie. Dlatego oddałem na nią głos z pozycją nr 1. Ale nie otrzymała żadnej nagrody. W 2010 r. podobały mi się także nowe zdjęcia Sylwii Kowalczyk (pozycja nr 2 na 3 możliwe głosy). Konkurs Porfolio Review wygrał jednak bardzo młody Rosjanin Nikita Pirognov (ur. 1989) z zupełnie inną koncepcyjnie fotografią, w której  "filmowe", z prywatnego życia zdjęcia przenikały się z „zamrożonymi”, bądź bardziej ruchowymi sekwencjami wideo. W jego dużej instalacji dominowała jednak fotografia i myślenie za pomocą obrazu fotograficznego. W tym roku mogliśmy oglądać jego wystawę, ale miała ona miejsce w wyjątkowo trudnej przestrzeni ekspozycyjnej. 

Temple of the Buddha, 2005 

Olga (ur. 1973) mieszka w Moskwie. Obecnie ma dużą wystawę indywidualną w miejscowości Ufa (ros. Уфа), w stolicy Baszkirii, daleko na południu Rosji. Interesuje ją duchowość Indii, w tym buddyzm i joga, ale przede wszystkim egzotyka, rytuały religijne oraz miejscowa, bujna przyroda. Zwraca także uwagę na „nierealne” zwierzęta, jakimi jawią się słonie. Dlaczego "nierealne"? Ponieważ taka jest fotografia tworzona przez Olgę. Nadaje wszystkim swoim zdjęciom, które są od początku do końca jej własnoręczną pracą analogową, aurę tajemniczości. Posługuje się aparatem o formacie negatywu 13 x 18 cm, którym wykonuje stykowe, ale nie tylko, kopie. Używa także innych specjalistycznych technik, które grafizują obraz pozytywowy, co jest pewnego rodzaju wyróżnikiem oraz modą w fotografii moskiewskiej.


Souls, 2009

Olga wypracowała  indywidualny styl, który mogę także odnieść do twórczości: Bogdana Konopki, czasami Andrzeja Lecha i Pawła Żaka (fotografie  kwiatów). Ale jej sztuka podejmuje, w odróżnieniu od przywołanych fotografów, również inne problemy ideowe. Zajmuje się fotografią bardzo estetycznego aktu, która posiada przede wszystkim tradycję piktorialną a nawet akademicką. Czasami wydają mi się zbyt piękne, zbyt „normatywne”, jak sama to określiła artystka. Piękno jest bardzo często kategorią zdewaluowaną i wyczerpaną, o czym nie wie lub zapomina wielu twórców.

Ballet, 2010

Clarification, 2010

Universe, 2009

Asanas - Andrey Sidersky, 2009

Drugim oryginalnym tematem, który wyraża jej twórczość, jest częste przywoływanie widma śmierci, także w kostnicy, uzupełniane, co jest bardzo trafnym zabiegiem, subtelną inscenizacją. Kiedy indziej postrzegamy odbicia, światło, ale także negatyw jako ostateczny wyraz pracy z pejzażami górskimi i chmurami.

Jej praca artystyczna zawiera się między tradycją rosyjskiego piktorailizmu mającego bardzo ciekawe dokonania (np. Aleksander Grinberg, Aleksey Mazurin), a tradycją Man Raya (portrety) i nostalgią Josefa Sudka, który dla fotografii otworzył nowe możliwości zarówno w stylu piktrialnym, jak też modernistycznym. Przede wszystkim Sudek pozostanie „poetą Pragi”. Tak, jak wielki poeta, pisarz i zarazem polityk Václav Havel, który właśnie odszedł z tego świata, jawi się dziś jako wskrzesiciel czeskiego ducha wolności i patriotyzmu.

Clarification, 2010

Untilted, 2009

Untilted, 2008

I jeszcze jeden aspekt wyróżnia  styl Olgi. Jest nim wielokrotna ekspozycja, która potęguje tajemniczość i niedopowiedzenie. Jej świat jest zarówno piękny, jak i nostalgiczny, wynurzający się z mroku dziejów i tajemnicy rytuału. Bardzo trafne są np. prace z przedstawieniem dzieci czy portrety kobiet z dziećmi. Cenię przede wszystkim dokumentalne zdjęcia Olgi a nie  zgrafizowane, odrealnione w plastyczny sposób.

Universe, 2011

czwartek, 15 grudnia 2011

"Witkacy i inni. Z kolekcji Stefana Okołowicza i Ewy Franczak"


O wystawie Witkacy i inni. Z kolekcji Stefana Okołowicza i Ewy Franczak, która miała miejsce w Muzeum w Wilanowie (lato 2011), a zorganizowana była przez Fundację Profile napisano zbyt mało. Była to najważniejsza wystawa tego roku o charakterze historycznym i interdyscyplinarnym, jaką prezentowano w Polsce. Z pewnym opóźnieniem starałem się odpowiedzieć na niektóre wyzwania, jakie powstały po obejrzeniu tej znakomitej kolekcji. W szczególności interesuje mnie problem Witkacy a piktorializm, Witkacy a film Panna i chuligan  Włodzimierza Majakowskiego oraz oryginalność fotografii Józefa Głogowskiego i fotomontażów Mieczysława Choynowskiego. O tych problemach, czasami tylko naszkicowanymi, napisałem w tekście pt. Nowe odkrywanie Witkacego. I nie tylko..

Bardzo polecam także  katalog z tej bardzo dużej wystawy. Znajduje się w nim m.in. tekst Stefana Okołowicza Kolekcja losów oraz Wojciecha Sztaby Obrazy z życia monady, w którym (s. 48 ) czytamy:" Fotografia jest wszechobecna w twórczości Witkacego pod wieloma postaciami: okolicznościowa, pejzażowa, pamiątkowa, dokumentacyjna, portretowa.Występuje również w ramach jego zbioru osobliwości, który należy do ogólnego planu sztuki, teorii i życia systemu "S. I. Witkiewicz". Można by nazwać to planem realizowanej wprost w życiu powieści o artyście (Künstlerroman) albo, by posłużyć się inną metaforą - domem artysty. Nazwa jest aluzją do słynnego zbioru braci Goncourtów, którego opis-katalog ukazał się w formie książki pod znaczącym tytułem  La Maison d'un artiste w 1881 roku." 

Można też spojrzeć na fotograficzny plan życia Witkacego w jeszcze innym wymiarze - jak na artystę, który z fotografa amatora, dokumentującego rodzinę, przyjaciół i przyrodę, a  zarazem poszukującego "tajemnicy Istnienia" w formule portretu  w latach 20. przeobraził się w artystę realizującego dadaistyczno-surrealistyczny teatr życia, za którym skrywał się jednak dramat i poczucie katastrofizmu.

P.S. Dziś zerwałem kiść winogron ze swojego ogrodu... Nieprawdopodobne, ale realne w tym coraz bardziej wirtualnym świecie. Smakują pysznie!

Grudniowe winogrono, 2011, fot. K. Jurecki

niedziela, 11 grudnia 2011

Susana Girón "Justo Gallego. Faith, Passion, Destiny", 2011 (Madryt, Hiszpania), Portfolio Review w Bratysławie 04 i 05.11.11



Susana Girón od 2010 pracuje dla amerykańskiej agencji  POLARIS IMAGES. Jest absolwentką Photography and Visual Arts na University Miguel Hernandez w Elche. Od samego początku zainteresowana jest dziennikarstwem fotograficznym. Na swoim koncie posiada kilka ważnych wystaw indywidualnych, w tym także w 2011 na Backlight Photo Festival w Tampere (Finlandia), gdzie przedstawiła projekt dotyczący londyńskich imigrantów pt. Peter St from 4 to 6.


Susana Girón, chyba tylko oprócz mnie(?), nie została zauważona przez krytyków w Bratysławie, którzy poszukiwali zdjęć bardziej nowoczesnych pod względem koncepcji lub zdecydowanie bardziej liberalnych (np. akty). Ale każdy konkurs rządzi się swymi prawami, pamiętam jak kilka lat temu w Bratysławie Rainer Riedler był drugi, choć powinien być pierwszy. Krytycy z Czech i Słowacji głosowali za inną artystką z Czech, a karierę na świecie zrobił Ridler. Niedawno przeczytałem, że za prezentowany tutaj projekt, nad którym pracuje od dwóch lat Susana otrzymała The Premio Internacional Fototraballo 2011  Nortempo Foundation (Coruña, Hiszpania) z kwotą 6000 tysięcy Euro i wydaniem w niedalekiej przyszłości albumu. W pełni zgadzam się z decyzją jury, choć oczywiście nie znam innych zgłoszonych propozycji.




Susana pokazała mi zestaw, nad którym obecnie pracuje pt. Battle [Bitwa] na temat pamięci oraz przede wszystkim działania jednego człowieka, który pole bitwy z wojny domowej w 1936 pragnie nie tylko kultywować, ale zmienić w muzeum pokoju dla obecnej czy przyszłej generacji. Kapitalny pomysł i bardzo dobra realizacja, poszukująca symbolicznych portretów.

Drugim cyklem, który zaprezentowała mi autorka, jest także nieskończony ale już nagrodzony projekt Justo Gallego. Faith, Passion, Destiny [Justo Gallego. Wiara, pasja, przeznaczenie] przedstawiający w podniosłym stylu niezwykły heroiczny wysiłek 85-letniego rolnika Justo Gallego, który w wiosce niedaleko Madrytu od ponad 50 lat sam buduje kościół. Bez odpowiedniej wiedzy architektonicznej, bez pomocy państwa tworzy katedrę dla Boga. W przesłaniu artystki nie jest żadnym wariatem, co podkreśla sposób fotografowania – spokojny, uduchowiony, podniosły. Poszukuje pogłębionego znaczenia w bezinteresownym wysiłku Gallego.

Powiedziałem autorce, że projekt powinna kontynuować do końca, do śmierci niesamowitego kreatora świątyni, którego pracę nie tylko dokumentuje, ale duchowo wspomaga. Na jednym ze zdjęć, nieinscenizowanym (pytałem o to, gdyż jest to istotne) widzimy ujęte z góry wnętrze świątyni. W nawie głównej, wśród świetlistej mandorli utworzonej przez padające światło stoi Galleo. Niewielka postać wkomponowała się w monumentalną boską architekturę stworzoną jego rękoma. 




Tego typu fotografia jest przykładem  religijności i, co ważniejsze, bezinteresowności współczesnego człowieka. Jest to ważna teza i przykład wprost z życia, który przynajmniej częściowo nie odpowiada idei postczłowieka głoszonej już w latach 60. XX wieku przez Jacques Derridę. Nie ma też, jak widać na tym przykładzie,  definitywnego końca fotoreportażu, chociaż np. Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie prowadzi na ten temat spotkania i wykłady.

piątek, 9 grudnia 2011

Marek Zygmunt, O wystawie "Sztuka gniewu 1900-2011". Komentarz (2011) oraz inne prace

Marek Zygmunt,  O wystawie "Sztuka gniewu 1900-2011".  Komentarz, 2011

Co wynika z buddyjskiego w treści performance'u Marka Zygmunta przeprowadzonego w toruńskim CSW podczas trwania wystawy THYMÓS. Sztuka gniewu 1900 – 2011?  Pragnienie uspokojenia sytuacji, której dwie strony konfliktu nie przebierają w środkach. Przy całym szacunku dla Kazimierza Piotrowskiego, którego cenię za filozoficzną erudycję, chciałbym zwrócić uwagę na to, że nie można tak arbitralnie dobierać prac do ekspozycji, aby znaczenie pozostawało w niezgodzie z intencją twórców. Nie powinno się także  pokazywać realizacji atakujących personalnie znane osoby ze świata polskiej kultury. Kiedyś czynił to Edward Dwurnik, ale w innym, ludycznym kontekście. Poza tym mówienie o zamachu w kontekście wydarzeń z 10.04.2010 roku jest na granicy szaleństwa, którego obszary nigdy nie były klarowne. 

Prezentowana w Toruniu wystawa w tej materii niczego nie wyjaśniła,  gdyż nie mogła. Natomiast podzieliła scenę artystyczną upodobniając ją do politycznej: na lewą i prawą stronę. Niektórzy artyści do tej chwili nie wiedzą,  jakie ich prace pokazano w Toruniu, na jakich w zasadach oraz w jakim "towarzystwie" są prezentowane (np. Andrzej Różycki). Inni, jak Adam Rzepecki, czują się wykorzystani do rozgrywki... polityczno-artystycznej.

Mechaniczna Medytacja (2007) - performance by Marek Zygmunt, 2007

W performance Marka Zygmunta podoba mi się to, że potrafi zdystansować się od naszkicowanej sytuacji. Jest "ponad" podziałami, skupiając się na tym, co go naprawdę w życiu interesuje, czyli na medytacji. Od kilku lat jest on dla mnie  jednym z najważniejszych i najbardziej konsekwentnych polskich artystów młodego pokolenia.

Zaprezentowany na wystawie w Toruniu cykl Oczekując na Mahometa zaliczam do najważniejszych prac, jakie powstały w pierwszym dziesięcioleciu XXI wieku w sztuce polskiej, odobnie, jak performance O wystawie "Sztuka gniewu 1900-2011". Komentarz, w którym pokazał potencjalne "wyjście" z zaognionej sytuacji w środowisku twórczym i w symboliczny sposób określam go najlepszym artysytą młodego pokolenia roku 2011. Nagrodę wręczę mu osobiście, bez fleszy i udziału Tv, które są nam niepotrzebne, potrzebne są zaś np. Paszportowi "Polityki".  Sztuka, jeśli jest istotna obroni się sama - wcześniej czy później.

Marek  Zygmunt, SKANDHA. Site-specyfic at St. Mary's hospital Gdańsk, 2011

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Jana Romanova "Heroic Heroes", "W", 2011, (Saint Petersburg, Rosja). Portfolio Review w Bratysławie 04 i 05.11.11

  Heroic Heroes, 2009-11

Z Janą Romanovą (ur. 1984), która na Portfolio Review zajęła III miejsce  nie miałem okazji rozmawiać w Bratysławie. Dopiero w Polsce poznałem jej twórczość, która rozwija się w kilku kierunkach. Przedstawię jeden z nich. Waiting ukazuje młode pary śpiące w swych łóżkach, wszystkie sfotografowane w intymnych ujęciach z góry. To znany pomysł, także z fotografii polskiej.

Bardziej spektakularny i konceptualny jest Heroic Heroes 2009-11 [Heroiczni bohaterowie] (posiadający drugi tytuł Special conditions [Wyjątkowe warunki]), pokazujący na zasadzie niekonwencjonalnych, "zwykłych" portretów ratowników w ich bazie, często śmiało kadrowanych, zestawionych w dyptyki ze zdjęciami relacjonującymi w Tv autentyczne wydarzenia z katastrof, w których biorą oni udział. Zderzenie dwóch obrazów tej samej, lecz innej egzystencji, obrazu "zimnego" z telewizji i "gorącego" artystki, okazało się bardzo ciekawą medialną grą między dwoma zestawionymi fotografiami. Cykl nie został zakończony, artystka dalej nad nim pracuje. Prace te można porównać do badań parakonceptualnych i zarazem fotograficznych  Krzysztofa Wojciechowskiego z Warszawy, wciąż niedocenianego, wyjątkowo bogatego duchem, choć konceptualnego z założenia artysty.

Heroic Heroes, 2009-11

Heroic Heroes, 2009-11

Drugi cykl, który mi się podoba to W.  Na swoim blogu Romanava napisała: "Kiedy byłam dzieckiem, moja babcia powtarzała mi, że jedynie piękną rzeczą w kobiecie są jej nogi.... Czym jest piękno?" W cyklu, który ma charakter osobisty i dotyczy autoportretu, artysta zestawia ze sobą różne młode i piękne dziewczyny w podobnych gestach i pozach. Pyta czy piękno jest zjawiskiem związanym z fizjonomią i strojem czy też z wnętrzem, i kobiecą naturą. Ten bardzo interesujący cykl ma także lekko konceptualny i teatralny charakter, gdyż jest działaniem w typie performance. Poza tym mamy tu do czynienia z pięknymi pejzażami. Cykl ten zaczyna się ukrytym autoportretem, ponieważ nie widzimy twarzy Romanovej. Później już jej nie skrywa, ujawniając całą swą fizjonomię.

W, 2011

W, 2011

Wartość tej pracy polega na tym, że w kilkunastu zdjęciach artystka przedstawiła nie tylko różne przesycone metaforą pozy ciała, będące próbą "łapania" ulotnego piękna, ale także potencjalne historie z  własnego życia lub każdej z innych portretowanych dziewczyn. A jednak koniec cyklu ma wymiar trochę pesymistyczny, być może w nawiązaniu do mitu o Pigmalionie(?). Widzimy Romanovą naśladującą pusty gest z rzeźby, jakby życie zamieniło się w sztuczność i zrazem archaiczną podniosłość. 

W, 2011

W, 2011

W, 2011

To nie jest tylko "nowy dokument", to coś więcej. Dla mnie jest to nowatorska forma mówienia o ludzkiej możliwej przemianie/zamianie i różnej potencjalnej formie egzystencji, która dla kobiet, nawet tych niezbyt urodziwych,  jest przede wszystkim ciągłym poszukiwaniem piękna. Jak wiemy,  jest ono krótkotrwałe i ulotne, jeśli jest możliwe do osiągnięcia. Gdzie ono jest i jak może się manifestować? O tym przekonywająco opowiadają niebanalne i mocno zintelektualizowane prace Jany Romanovej, które kojarzą mi się z Autoportretami wyciszonymi Magdy Hueckel.

W, 2011

piątek, 2 grudnia 2011

"Lamus" Pismo kulturalno-artystyczne, 2011 nr 2/8 [24]

Dla zainteresowanych fotografią w różnych jej wymiarach: teoretycznym, krytycznym i historycznym, polecam pismo wychodzące Gorzowie Wlkp. Dla porównania; w Łodzi wychodzi też jedno pismo artystyczne - "Tygiel", które dzięki spóźnionej dotacji miasta popadło w długi i niestety musi chyba upaść. Tylko, że w piśmie łódzkim nie znajdziemy artykułów o fotografii. Powstaje więc pytanie, gdzie są w Łodzi pieniądze przeznaczone na pisma artystyczne, jeśli  jej obecny potencjał równy jest np. periodykowi z Gorzowa... Co będzie jeśli porównamy pod tym względem Łódź z Krakowem albo Poznaniem? 

Okładka "Lamusa"

W niewielkim i skromnym edytorsko piśmie znajdziemy m.in. następujące teksty: Włodzimierza Nowaczyka Kolekcji fotografii Cezarego Pieczyńskiego, Kamili Leśniak Nie tylko pamiątka. Fotografie rodzinne w realizacjach plastycznych, Mirosławy Kozłowskiej O fotografii teatralnej, Barbary Trojanowskiej "Lustro obdarzone pamięcią" - fotografia jako obraz, Adama Soboty Nawigacja w ponowoczesności, Lecha Lechowicza Odkrywanie geniusza fotografii i Krzysztofa Jureckiego Aspekty fotografii polskiej z pierwszego dziesięciolecia XXI wieku, w którym pisałem o złożoności tradycji artystycznej i dokumentalnej w najnowszej fotografii polskiej. Oto fragment mego tekstu:

"Tradycja „fotografii elementarnej” i szkoły jeleniogórskiej
            Wystawa Szara pamięć (galeria FF, 2009) była tylko jedną z kilku, ale  przybliżyła problem cmentarzy żydowskich w Polsce, które nie jest łatwo fotografować. Bogdan Konopka od lat 90., a może i wcześniej, posiada własny patent polegający na tym, że wszystkie zdjęcia są dobre! Nie wykonuje on złych czy nawet przeciętnych fotografii w zakresie pejzażu! Ale zdarzały mu się to w przypadku portretów, gdyż jest to najtrudniejszy rodzaj fotografii. Niewątpliwie jest mistrzem w koncepcji fotografii klasycznej, nieczułym na jej przemiany z zakresu obrazu cyfrowego. Nie jest ważne, że obraz cyfrowy zwycięży, gdyż Bogdan dalej fotografuje „swoje”! Ciągle znajduje to „własne ja”. Jego styl jest najbliższy, choć inny, bo mniej bolesny, zdjęciom Andrzeja Lecha.
Na czym polega ten mistrzowski styl Bogdana? Na spokoju, jaki widzimy w kadrze, jego pięknie i nostalgii. Ale także na symbolicznym wymiarze wielu zdjęć, których brakuje np. w ostatnich pracach opartych na niepisanym programie „bezstylowości” czy bardziej amatorskości widzenia i myślenia o fotografii Wojciecha Wilczyka (wystawa i album Niewinne oko nie istnieje, 2009).
Wiele interesujących prac z cyklu Dziennik podróżny stworzył w tym dziesięcioleciu Andrzej J. Lech. Eryk Zjeżdżałka, kroczący analogiczną drogą artystyczną, w następujący sposób skomentował ten cykl: "Dowodzi, że świat jest pełen spraw, które od lat wymykają się naszemu racjonalnemu pojmowaniu. Dowodzi istnienia innych światów. Światów imaginacji i uczuć? Może to zaświadcza, że to nie miejsca przywołują do życia fotografię, ale ona tkwi i rodzi się w nas samych? W końcu jej niezwykła zdolność „balsamowania czasu” pozwala kumulować nie tylko obraz rzeczywistości, ale także i uczucia, a w przypadku prac Lecha właśnie ta druga cecha zdaje się dominować, a słowne dopiski o śmierci bliskich, spotkaniach z przyjaciółmi i kolejnych nostalgicznych podróżach tylko utwierdzają nas w tym, co udało się wyczytać z fotograficznych obrazów. Podróże to nieodzowny element naszego życia "". (s. 69/70).


Całość numeru bogato ilustrowana jest pracami z kolekcji Cezarego Pieczyńskiego z Poznania, chyba najważniejszego kolekcjonera fotografii w Polsce. Dlatego na końcu numeru przeczytamy o nim krótki szkic o nim.