Szukaj na tym blogu

czwartek, 31 grudnia 2009

„Straż nocna” (“Nightwatching”), (2007) - reżyseria Peter Greenaway




Tadeusz Sobolewski w swej ciekawej recenzji Rembrandt jako filmowiec („Gazeta Wyborcza”)  ma rację, że film Greenawaya „Straż nocna” w dużej mierze jest bardziej o nim samym, niż o Rembrandtcie. Jest spojrzeniem na XVII-wieczny Amsterdam jako metropolię, w której sukces, pieniądze i seks określają nowożytne/nowoczesne życie. Angielski reżyser stawia trudną do udowodnienia tezę, że słynny obraz z 1642 r. w nowej koncepcji portretu był początkiem upadkiem wielkiego artysty, gdyż zawarte zostały w nim oskarżenia o morderstwo. Jednak są w nim zawarte różnego rodzaju aluzje do przedstawionych postaci straży, jest ich dwuznaczność. Ale dlaczego sportretował się w nim sam artysta?

To nowy rodzaj monumentalnego  portretu syntetycznego, poza ówczesnym stylem, który zapowiada technikę fotomontażu łączącego różnego rodzaju wydarzenia czasowe w znaczeniu metaforycznym. Wszakże barok był wiekiem alegorii. Co skrywa ten tajemniczy i wzniosły w swej formie obraz z Rijksmuseum w Amsterdamie? Ironię wobec portretowanych czy też aluzje do pedofilstwa, wykorzystywania seksualnego i w końcu morderstwa, jak chce tego angielski reżyser. Na to niezwykle trudne pytanie nie sposób odpowiedzieć, ale mogą zająć się nim historycy sztuki. Warto przy okazji wspomnieć, że drugim fotograficznym malarzem tej epoki, wykorzystującym camera obscura i powstałe w niej deformacje kolorystyczne był w tym samym czasie Vermeeer van Delft.

Film nie pokazuje Rembrandta jako artystę pełnego rozterek moralnych. Jego postać wydaje mi się spłycona i niewłaściwie zarysowana. Przedstawiony został jako człowiek sukcesu, ówczesny gwiazdor, realizator wielkich komercyjnych zleceń. Ale w wielu jego obrazach, grafikach i rysunkach widać zainteresowanie tematami odrzucanymi przez ówczesną teorię sztuki, jak: żebracy, inwalidzi czy Żydzi. W innych poszukiwał mistycznego uniesienia religijnego i cała jego twórczość, pomimo, że tworzona w protestanckiej Holandii, była zakorzeniona i poszukiwała ratunku w religii. Tego istotnego aspektu zupełnie zabrakło w przenikliwym utworze Greenawaya. W tym niezwykle ciekawym pod względem malarskim filmie zabrakło także analizy psychologicznej przedstawionych postaci, jak zwykle w twórczości tego postmodernistycznego twórcy, który jako zdeklarowany ateista podkreśla jego materialny wymiar świata.

Film jest ten przede wszystkim zarysowaniem tła epoki i jednej strony życia Rembradta. Do 1642 r., czyli śmierci jego żony Saski, był on człowiekiem sukcesu. Potem zaczął się finansowy i przede wszystkim życiowy upadek tego największego ówczesnego artysty europejskiego. W końcu w 1656 r. stał się bankrutem. Ale nie był to upadek artystyczny. Do końca życia pozostał wybitnym malarzem, o czym świadczą takie obrazy, jak: „Powrót syna marnotrawnego” czy „Autoportret”. Artystą, który nie poddał się trwodze życia i poszukiwał w nim swego spełnienia. Co ciekawe, wbrew postawie postulowanej przez hedonistę Greenawaya, Rembrandt ocalenie odnalazł w Starym Testamencie, który do końca był jednym z jego najważniejszych inspiracji.

piątek, 25 grudnia 2009

Święta - fotografia, kartki (rok 2009)










Teraz, w najważniejszym momencie czasu mitycznego i symbolicznego znika sztuka, a właściwie ukrywa się w Świętach i w życiu religijnym. Sztuka sama w swym najlepszym wydaniu staje się mitem i poświęceniem. Kto nie wierzy w moje słowa niech przeczyta książkę lub obejrzy film "Uczta Babette" (reż. Gabriel Axel) lub spojrzy na zamieszczone poniżej fotografie i grafiki. Publikuję je, bo sprawiają mi wielkie radości. Ten podnosiły czas spędzamy z najbliższymi. Składamy sobie życzenia, oczekując na spełnienie marzeń. Do tego również służy sztuka.

Oto niektóre z fotografii i grafik, jakie otrzymałem od następujących artystów:

Piotr Wittman
Stanisław Kulawiak
Stanisław Woś
Tadeusz Żaczek
Grzegorz Jarmocewicz
Ken Matsubara
Michał Sosna
Andrzej Dudek-Dürer
Janusz Leśniak

Cieszmy się tymi "małymi" dziełami w ten Wielki Czas!

czwartek, 17 grudnia 2009

Marek Janiak mydli oczy. Tylko komu?


04.12.09, czyli prawie na Mikołajki w "Gazecie Wyborczej" opublikowano w dziale "Męska muzyka gra co piątek" wywiad z Markiem Janiakiem z Łodzi Kaliskiej pod jakże znamiennym tytułem Niech sczezną mężczyźni - pierdołowate pomyłki natury. Znaleźliśmy się w ten sposób nie w dziale kultury, tylko w dziale "męskim", w którym być może niedługo powinna także wypowiadać się Katarzyna Kozyra, tworząca "męskie" prace na temat kastracji. Zresztą w podobnym duchu, (choć programowo bez ducha), jak Łódź Kaliska. Granice ulegają zatarciu, podział na męskie i żeńskie staje się czasem bezpłciowy.

O czym mówił w rozmowie z Wiolettą Gnacikowską Marek? Powtarza od lat te same stereotypy, czasami popada w sprzeczności, gdyż raz na początku rozmowy z "GW" walczy z tradycją romantyzmu, kiedy indziej zaś mówi o romantycznym i pięknym przedstawianiu kobiet. Ale niewiele ma powiedzenia na temat sztuki czy fotografii i tu skrywa się prawdziwy dramat! Nawet takie określenia, jak "sztuka" nie padają, czyli artysta znalazł się poza nią, na bezdrożach postsztuki.

Co widzimy na okładce "GW"? Zdjęcie Łodzi Kaliskiej obok twarzy Romana Polańskiego. Chodzi o sensację i tylko o nią, gdyż takie zestawienie mówi samo przez siebie (per se). Marek Janiak został takim samym towarem reklamowym, jak Polański, różnica polega tylko na tym, że za zdjęcie słynnego reżysera wychodzącego z więzienia miano płacić ok. 500 tysięcy dolarów, ale nikt chyba go zrobił, mimo, że na "towar" czatowały watahy paparazzich. Twarz Marka jest zaś jak na razie darmowa, więc pozostaje tylko nadzieja w goliznach pań klonowanych przez Łódź Kaliska.

W wywiadzie znajdziemy wypowiedzi Marka o operacji plastycznej, siwiźnie czy łysych facetach, ale najciekawsze są sformułowania o szczęściu. Wypowiedź jest tak głęboka, prawie w duchu platonizmu, że zacytuję ją w całości bez komentarza.

"Wioletta Gnacikowska: Kiedy jesteś szczęśliwy? M. Janiak: - Gdy dzieci są szczęśliwe. Jak mam satysfakcję, że coś się udało w sztuce, miłości, seksie czy projektowaniu. Kiedy mam satysfakcję intelektualną z błyskotliwego skojarzenia albo zgrabnego dowcipu. Kiedy coś dobrego dzieje się w Łodzi, a nawet gdy polscy sportowcy zdobywają medal. Jak w czasach Kazimierza Górskiego polscy piłkarze zdobywali mistrzostwa olimpijskie, wtedy byłem szczęśliwy. Jak wszyscy".

Komu poza sobą Marek mydli oczy? Tym wszystkim, którzy w ostatnich wystawach Łodzi Kaliskiej doszukują się czegoś intrygującego czy istotnego. Jest to prawdziwa, nie zaś postulowana, jak w latach 80. "sztuka żenująca".

piątek, 11 grudnia 2009

Stanisław Kulawiak czy Witold Krassowski? Dwie koncepcje reportażu

Wystawa i opublikowany album Stanisława Kulawiaka "Na peryferiach PRL. Fotografie z lat 1974-89" przeszedł bez echa, jak zdecydowana większość albumów i książek o fotografii. Dlaczego brak jest recenzji czy omówień? Należy o to spytać redaktorów pism artystycznych i dzienników czy takich organizacji, jak ZPAF, która zamiast koncertów muzyki klasycznej mogłaby zorganizować sesję o reportażu lat 80. czy 90., nie mówiąc już o zamieszaniu spowodowanym konkursem w Kielcach, o którym szkoda nawet pisać, ale można zajrzeć do kieleckiego dodatku "Gazety Wyborczej".

W albumie Kulawiaka ujrzymy jego historię rodzinną, pobyt w Krakowie do początku lat 80., powrót do Ostrzeszowa i związane z tym fotografowanie egzotyki PRL, wraz z jego śmiesznością czy tragifarsą. Ale w tym jakże prostym widzeniu i ujmowaniu świata przebija smutek oraz siła ideologii marksistowskiej, jeśli taką rzeczywiście reprezentowała. Być może była to ułuda wielkości?

Słusznie Adam Sobota uważa Kulawiaka za ważnego obserwatora życia społecznego w koncepcji "fotografii socjologicznej", który rejestrował także autentyzm życia religijnego w latach 70. jak i 80. Wartość jego zdjęć nie polega na wypracowaniu własnego stylu, ale na wykorzystaniu szerokiego spektrum, w jakim uchwycił polską rzeczywistość szarej i pozornie bezbarwnej prowincji. Z tego powodu jest to istotny zapis.

Kilka dni temu ukazał się kolejny album pokazujący podobną panoramę życia polskiego "Powidoki z Polski" Witolda Krassowskiego. Towarzyszy mu wielka kampania reklamowa, np. w postaci zdjęć ustawionych w centrum Warszawy. M.in. napisano, w sposób zupełnie nieopowiedziany: "Doczekaliśmy się wydania albumu, o którym już przed premierą można było powiedzieć, że będzie najważniejszą książką fotograficzną ostatniego dwudziestolecia w Polsce". W "Rzeczpospolitej" w tekście Moniki Małkowskiej padło kolejne określenie, znowu nieuprawnione - "wybitny fotograf". Dlaczego wybitny, czy dlatego, że był nagradzany na World Press Photo? Spytam jakie muzea zachodnie czy polskie wystawiały prace tego autora? Jakie ma ceny na rynku sztuki? Mniejsza o odpowiedź, która jest jednoznaczna.

Dlaczego recenzenci w żadnym z tekstów nie analizują stylu fotografii Krassowskiego? Nie dostrzegają np. kontynuacji tradycji portretu Krzysztofa Gierałtowskiego, nie wiedzą o nawiązaniu do fotografii amerykańskiej z lat 40. czy 60., czy polskiego reportażu z lat 70. Tak nie wiedzą, bo jest to dla nich człowiek mediów i to wyznacza granicę sukcesu, którą ma zagwarantować popularny dziennikarz Jacek Żakowski. Tylko, co on wie o historii fotografii? Rodzą się inne istotne pytania, czy Krassowski nie pasożytuje na fotografowanych rozebranych dziewczynach? Czy nie cieszy się niczym łowczy, który schwytał atrakcyjną zdobycz? Niestety, znam takie zdjęcia tego autora. Nie wiem do końca na czym ma polegać jego wizja lat 80., nawet nie chcę wnikać w jego świat, który jest mi obcy w przeciwieństwie do zdjęć Kulawiaka.

Dlatego, jeśli ktoś interesuje się polskimi przemianami lat 80. i fotografią polską tego okresu, to zdecydowanie polecam pierwszy z albumów, nie mówiąc o jego konkurencyjnej cenie. Pamiętajmy, że media są zainteresowane sobą, nie zaś rzetelnością w recenzowaniu wydarzeń artystycznych, w tym wydanymi książkami czy albumami. Dlatego z reguły nie wiedzą czy jest im zupełnie obojętne to, że ukazał się wielce interesujący album Kulawiaka.



wtorek, 8 grudnia 2009

"Człowiek jest snem cienia. Janusz Leśniak" (w Muzeum Historii Fotografii w Krakowie)






Muzeum Historii Fotografii w Krakowie prezentuje duży przegląd prac Janusza Leśniaka pt. "Janusz Leśniak – „Człowiek jest snem cienia”". Jego tzw. „leśniaki”, czyli zdjęcia własnego cienia, są już klasyką fotografii polskiej. Wielu ich nie docenia. Inni, jak ja czy Andrzej Saj uważamy je za jedne z najważniejszych polskich dokonań. Są one rozwijane niezwykle konsekwentnie od przełomu lat 80/90. XX wieku są wizualne, piękne w swym obrazowaniu fotograficznym, potem nieoczekiwanie malarskim (zdjęcia z Łańcuta), a obecnie w mandalicznych pracach przybliżających się do zagadnienia „pełni”.

Czy Janusz Leśniak doszedł do granic obrazowania? Tego nie wiemy, tego też nie wie sam artysta. Bada jego granice i przesuwa je ku kolejnym para religijnym aspektom. Należy zaznaczyć, że krakowski artysta wybrał bardzo trudne zadanie, polegające na tworzeniu fotografii monotematycznej, przypominającej trochę zamysł i projekt obrazów liczonych Romana Opałki z końca lat 60.

Czym jest cień? Jak go analizować? Proszę przeczytać na ten temat, Drogi Czytelniku, m.in. w tekście wstępnym do bardzo dobrego katalogu wydanego w Krakowie. Autorem tej kolejnej analizy „leśniaków” jest tym razem Marek Janczyk, który dodał następne interpretacje. Pisał m.in. „Prezentowane prace powstały w miejscach i sytuacjach wypełnionych ciszą, skupieniem, spokojem i pozytywną energią.” O energii w sztuce pisze się bardzo dużo. Rozpoczął chyba Wassilij Kandinski w pracy „O pierwiastku duchowym w sztuce” (1916). W sensie pozytywnej energii głównie teoretycznie zajmował się nią m.in. Andrzej Lachowicz już w końcu lat 70.

Z pewnością prace Janusza Leśniaka prezentują „pozytywną energię”. Tylko jak tego dowieść, jak przekonać wątpiących? Poza samą wrażliwością postrzegania, gdyż sztuka opiera się także na kategorii wrażliwości, Lesniak mógłby opowiedzieć historię z udziałem swego kilkunastoletniego wnuka, który ujrzał mandalę z fotografii dziadka, kiedy w czerwcu 2009 jego zdrowiu groziło ogromne niebezpieczeństwo.

Zachęcam autora, bo jest jeszcze na to czas, aby opisał swoje doświadczenia i przeżycia związane z fotografowaniem cienia. Z pewnością byłby to kolejny krok do zwiększenia ich i tak wyjątkowego znaczenia w najnowszej polskiej fotografii.

Więc jadę do Krakowa, aby skonfrontować zdjęcia cienia z ich realnym działaniem estetyczno-psychologicznym!

środa, 2 grudnia 2009

Skromny jubileusz (10 000 wejść na mój blog)

O godzinie 15.49 (ap z Krakowa - abkf143.neoplus.adsl.tpnet.pl 83.7.173.143) miało 10 000 wejście na mój blog. Licznik założyłem w lutym, a blog prowadzę od 2008 roku. Nie ma kwiatów, nie ma szampana, ani ataku mediów. I bardzo dobrze! Swoje pisanie traktuję jako rodzaj notatnika i pamiętnika, aby utrwalić choć część tego, co mnie zastanawia, czasem wzrusza czy niepokoi albo wręcz denerwuje. Staram się być niezależny wobec koniunktury artystycznej, bo taka zawsze istnieje.

W listopadzie, aby pozostać przy statystyce, miało miejsce najwięcej odwiedzin mego opisywania życia artystycznego w jego różnych dziedzinach. Wynik mówi sam za siebie - 1544.

W najbliższym czasie zapowiadam teksty: o filmie "Staż nocna" Petera Greenawaya oraz o cieniu w fotografii Janusza Leśniaka. Na razie żadnych polemik nie będzie, choć nigdy do końca nie wiadomo.

Przepraszam, muszę kończyć i szykować obiad. Jeszcze jedno - pozdrowienia dla Staszka Wosia, autora najlepszej filozofii fotografii w XXI wieku w Polsce (wywiad z "Tygodnika Powszechnego") oraz studentów ze Szkoły Fotografii Kwadrat we Wrocławiu.

poniedziałek, 30 listopada 2009

Dwie uroczystości w Łodzi– Ewa Partum i Andrzej Lachowicz


Andrzej Lachowicz w Galerii Wschodniej (28.11.2009). Fot. K. Jurecki

W Łodzi mamy festiwale i jubileusze oficjalne, jak chociażby Camerimage, organizowany pod sztandarami miasta i marszałka województwa, które tak naprawdę nie tworzą autentycznej kultury i są wydarzeniami dla mediów i polityków, a przy okazji także dla studentów (głównie warsztaty filmowe). Jednak przy okazji tego wielkiego festiwalu brakuje ciekawych paneli, wystaw fotograficznych czy malarskich. A festiwal kosztuje miliony. Tylko co po nim pozostanie inspirującego i twórczego? Jakże chętnie lubią się łódzcy politycy fotografować z Davidem Lynchem. Leszek Miller podobno rozmawiał z nim o medytacji… Szkoda, że nie znają i nie doceniają artystów polskich, a tym bardziej łódzkich. Na szczęście mamy także skromne, ale jakże cenne inicjatywy organizowane przez galerie i osoby prywatne.

W piątek 27.XI w samo południe na Placu Wolności otworzono przy udziale Ewy Partum jedną z tablic poświęconą , jakże ważnej dla sztuki polskiej, działalności konceptualnej a potem feministycznej tej artystki. Dzięki inicjatywie Krystyny Potockiej z galerii Manhattan przypomniano w tym roku niepokazywaną w Łodzi twórczość. Stworzono konceptualne muzeum poświęcone tej wybitnej artystce. Dlaczego do tej pory Muzeum Sztuki nie przygotowało monograficznej wystawy prac Partum, choć takie odbywały się w ostatnich latach w Gdańsku i w Warszawie (w Królikarni), nie mówiąc o Niemczech (Baden-Baden)? Ewa Partum zasługuje na to, aby być dla Łodzi artystką o podobnym znaczeniu, jak dla Wrocławia Natalia LL. Obecnie niektóre polskie feministki odwołują się do jej twórczości, jak czyni to np. Ewa Świdzińska. W niejako zamian w gmachu Muzeum Sztuki przy ul. Więckowskiego możemy obejrzeć co najwyżej przeciętną wystawę twórczości lekko feminizującej Sanji Iveković „Trening czyni mistrza”.

Następnego dnia - 28.11, w sobotę o godzinie 17.00 w istniejącej od 1984 r. Galerii Wschodniej Józef Robakowski wręczył doroczną nagrodę im. K. Kobro Andrzejowi Lachowiczowi, który w ostatnim roku bardzo silnie zaistniał w świadomości artystycznej. W konkursie, jak opowiadał w czasie wręczenia nagrody Robakowski, Lachowicz wygrał stosunkiem głosów 5:0 z nie byle kim – Romanem Opałką. Lachowicz wybrał do pokazu w Łodzi bardzo dobry cykl fotografii z lat 80. XX wieku „Upadek zupełny”, który jest analizą antropologiczno-filozoficzną upadku. Lachowicz nie jest już artystą progresywnym i walczącym, w ostatnim czasie stara się odsłonić zapomniane aspekty swojej twórczości z lat 60. i 70., kiedy należał do najlepszych teoretyków sztuki aktualnej w Polsce. Dla sztuki o rodowodzie konceptualnym poszukiwał nowego, holistycznego, w tym religijnego horyzontu. Jednak chyba to mu się nie udało. Ale może znajdą się następcy, którzy pójdą drogą wskazaną przez Lachowicza. Wręczenie nagrody oberwało wielu artystów i krytyków dosłownie z całej Polski! Przyjechali m.in.: Witosław Czerwonka (Gdańsk), Piotr Kurka (Poznań), Ewa Zarzycka (Lublin), Bożenna Biskupska (Warszawa), Jerzy Kosałka (Wrocław). Ta nagroda, jak było widać, ma znaczenie ogólnopolskie, w przeciwieństwie do nagród miasta czy województwa.

Dlaczego zdecydowanie wolę i popieram inicjatywy, takie jak te organizowane przez galerię Manhattan i Galerię Wschodnią od oficjalnych imprez tzw. kultury łódzkiej? Autentyczna sztuka najczęściej rodzi się bez aplauzu mediów, poza układami i fetami politycznymi, w zaciszu pracowni czy w swoistym getcie artystycznym (określenie Marka Millera z lat 80.), jakim jest na ul. Wschodniej wciąż niezależna galeria.

wtorek, 24 listopada 2009

Demon krytyki fotograficznej? Analiza krytyczna dwóch tekstów Agnieszki Gniotek ze „Sztuki.pl” i „Formatu”

Nie przekonują mnie pisane od kilku lat teksty o sztuce Agnieszki Gniotek, gdyż posługuje się powtarzaniem wzorów przejętych od innych autorów i stosuje tzw. „poprawność polityczną” w stosunku do różnych znanych artystów (np. Łodzi Kaliskiej) i galerii, jak Atlas Sztuki w Łodzi, w której odbyła się wystawa z kręgu op-artu przesadnie przez nią wychwalana. Ja nie pochwalam takiej postawy, ale oczywiście każdy ma do tego prawo. Jednak zastanawia poziom jej relacji i oceny a także kryteria wartościowania pozbawione kontekstu historycznego i chociażby krótkiej analizy. Gniotek reprezentuje pisanie na zasadzie „widzi mi się” przy okazji popełniając różnego rodzaju nadinterpretacje i błędy.

Takimi wypowiedziami są m.in. teksty A. Gniotek o festiwalach fotografii. Pierwszy to „Fotograficzne menu” („Sztuka.pl”) czerwiec 2009, drugi bardzo podobny w formie do pierwszego –„Festiwalowy nadmiar” w „Formacie” (2009, nr 57). Są typowymi przykładami błędów historycznych wynikających prawdopodobnie z niewiedzy, braku zrozumienia tematu i to zarówno idei Biennale jak i prac tam pokazanych, a tym bardziej z braku profesjonalizmu. Chciałbym zwrócić uwagę pani Gniotek, że umiejętność analizy historycznej i artystycznej w sposób jak najbardziej obiektywny, poparta głęboką wiedzą to zadanie i cel krytyki historycznej i artystycznej.

Pozwolę sobie zauważyć, że w pierwszym tekście odnośnie Warszawskiego Festiwalu Fotografii Artystycznej Gniotek chwali wystawę St. Wosia, a nie zauważa tych samych prac pokazanych na zorganizowanej przeze mnie wystawie na 6. Biennale Fotografii w Poznaniu. Dlaczego? Czyżby te różnice w postrzeganiu wynikały z chęci ostrej krytyki zorganizowanej przeze mnie ekspozycji „Od problemu symulacji do "nowego symbolizmu". Aspekty fotografii z początku XXI wieku”?. W tym celu autorka wymienionych tekstów z 25 uczestników wystawy nie wymieniła żadnego! A więc przy okazji zignorowani zostali biorący w niej udział artyści. Jest to postawa wysoce nieprofesjonalna, przedkładająca osobiste uprzedzenia ponad rzeczywistą wartość pokazanych prac. O wszystkich artystach z tej wystawy Gniotek pisze w sposób ogólny, nie potrafi także dostrzec jej idei, którą było pokazanie (tytuł!) różnych problemów fotografii z XXI wieku, w tym symulacji i zagrożenia terroryzmem czy strachem przed nim. Nie zauważyła centralnie usytuowanej pracy Natalii LL na ten temat czy rywalizujących/kontrastujących z nią prac Janusza Leśniaka, które przedstawiają możliwość wyzwolenia się z ideologii. Nie będę tłumaczył tu problemu wystawy, bo dla każdego choć trochę rozeznanego w tym temacie jest on czytelny, skupię się na błędnych interpretacjach pani Gniotek. Na wystawie nie było, jak pisze Gniotek „religijnego fanatyzmu”, „ideologii totalitarnych” czy „ruchów wolnościowych”. Chaos kompozycyjny ekspozycji, który także stał się zarzutem, był moim celowym i przemyślanym sposobem rozmieszczenia prac. A dlaczego zracjonalizowany chaos, stosowany także w istotnych projektach np. Adama Mazura, nie może być formą prezentacji, czy wszystko mamy porządkować i prace wieszać na wysokości wzroku, np. 140, a może 145 cm?

W „Sztuce.pl” Gniotek napisała: „Wystawę cechował zdecydowany brak odwagi sięgnięcia po naprawdę nabrzmiałe problemy.” Co to znaczy? Proszę sprecyzować tę opinię, bo inaczej uznam ją za tak często stosowane przez Panią pustosłowie. Uściślając - w kręgu ideologii ważny jest dla mnie feminizm, jego fluktuacje oraz zagrożenie terroryzmem (prace M. Zygmunta). Obecnie nie ma większego problemu niż strach przed nowym konfliktem, dlatego prace Zygmunta, o których Pani nie wspomniała, zakończyły wystawę, a rzeźby Anny Baumgart cytujące ucieczkę przez Mur berliński z 1962 roku zaczęły ją. Były też realizacje, które odnosiły się do katolicyzmu, choć Pani ich nie zauważyła – Joachima Froese.

O festiwalu w Krakowie p. Gniotek napisała: „W Bunkrze Sztuki pokazano świetną wystawę portretów i autoportretów Witkacego oraz przygotowaną przez kuratora Karela Císařa ekspozycję "W dowolnym momencie". Ta ostatnia miała stać się najważniejszym wydarzeniem Miesiąca, jednak jakoś nie zachwycała.” Ja również pisałem na ten temat w „Kwartalniku Fotografia” i uważam, że wystawa "Witkacy. Psychocholizm" okazała się największym rozczarowaniem, gdyż pokazano na niej m.in. animację jego zdjęć i złej jakości wydruki w formacie nie stosowanym przez twórcę "Szewców". Rozczarowała mnie również (i nie tylko mnie!) ekspozycja pt. "W dowolnym momencie", prezentująca puste ściany i słabe technicznie wydruki, nie zaś konceptualizm czy socjologiczne konceptualizacje. Zupełnie inaczej oceniamy też wystawę "Archiwum centralne". Potencjalnych czytelników zachęcam do lektury mego tekstu w „KF” (2009 nr 30).

Za poważny błąd historyczny popełniony przez p. Gniotek uważam jej stwierdzenie „Prawdziwym ukoronowaniem festiwalu była znacząca retrospektywa prac Weegee’go z kolekcji Handrika Berinsona zaprezentowana w Muzeum Narodowym. To pierwsza okazja zobaczenia prac tego fotografa w Polsce”. Autorka tego tekstu nie słyszała zapewne o wystawie prac Weegee’go, która odbyła się w 1996 roku w Łodzi, nie wie, że jest katalog i nie zauważyła, że w wydanej w maju książce "Oblicza fotografii" jest tekst o tej ekspozycji. Oczywiście nie musi tego wiedzieć, choć, moim zdaniem, każda osoba mająca ambicje bycia krytykiem sztuki – powinna! W tekstach p. Gniotek brakuje także, co uważam za ich poważną wadę, chociażby śladów analizy, w tym przypadku Weegee’go czy Witkacego. Taka postawa przypomina mi turystę, który notuje swe wrażenia z odbytej podróży: raz trafnie, innym razem błędnie, bo to przecież tylko impresje,np. stwierdzenie: „Bardzo podobała mi się ekspozycja Arnolda Odermatta „Karambolage” prezentowana w Camelocie…”. Dla mnie, niezależnie od tego czy mi się podoba czy nie, to dość banalna fotografia, powstała bez świadomości dokumentu, wykonana przez policjanta i podniesiona na zasadzie ciekawostki do poziomu kultury wizualnej.

Na koniec tekstu w „Fotograficznym menu” napisała o sobie, o swoim zmęczeniu, i o tym, że była jurorką konkursu fotograficznego (z którego niewiele wyniknęło).: „Ważnym wydarzeniem okazała się też gala wręczenia nagród w pierwszej edycji konkursu na Fotograficzną Publikację Roku, która zgromadziła licznych gości z całej Polski,...” Nic dodać, nic ująć. Dla prawdziwego turysty liczą się goście i gala. Ja zupełnie inaczej oceniam podniesioną do zbyt dużego wydarzenia ceremonię rozdania nagród. Przypominam też sobie, o czym zapewne pani Gniotek doskonale pamięta, że odmówiłem udziału w konkursie Fotograficzna Publikacja Roku, ponieważ wiedziałem, że jest w nim jurorem.

Niedawno w mailu do Katarzyny Majak, napisałem że działalność Agnieszki Gniotek, (m.in. wcześniej w Rempexie) i przede wszystkim obecna jako - krytyka sztuki, jest dla mnie niejasna. Zbyt łatwo feruje aprioryczne i stanowcze wyroki, nie krytykując w najmniejszy sposób inicjatyw, z którymi jest związana. Nie cenię tego rodzaju postawy, w przeciwieństwie do Adama Mazura, z którym bardzo ostro polemizuję, ale ostatecznie dochodzimy do konsensusu. I w tej polemice chodzi o „coś” ważnego w rozumieniu najnowszej fotografii.

Wracając do analizy tekstu „Festiwalowy nadmiar” znowu autorka wymienia to, czego nie pokazałem, czyli, np. „ruchy wolnościowe”, powtarzając swój tekst sprzed kilku miesięcy ze „Sztuki.pl”. W jakim celu? W dalszej części nie wie, że pisano i przez ten fakt odkrywano łamach „KF” już kilka lat temu twórczość Miroslava Tichego. Dlatego bardzo ciekawa ekspozycja z festiwalu w Krakowie nie była już wcale odkryciem, jak to wynika z tekstu. Gniotek po prostu nie wiedziała, że praca Tichy’ego zaistniała na okładce „KF” (2005 nr 19) i poświecono mu ciekawy tekst Darii Kołackiej, który polecam.

Podsumowując – chcę podkreślić, że działalności krytycznej Agnieszki Gniotek raczej nie można traktować poważnie. Zdecydowanie lepiej się realizuje pisząc o łazienkach i ich dekorowaniu. Nie jest niestety demonem krytyki, raczej uprawia rodzaj „turystki artystycznej”, pisząc ładnie o tych, z którymi łączą ją interesy (np. Kraków) lub tak chce zleceniodawca. Tego typu teksty nie niosą ze sobą żadnej wartości, a tym bardziej nie są opiniotwórcze. Nadają się raczej do rubryk popularnych czasopism z cyklu „Ludzie listy piszą.”

P.S.
Pytanie do redaktora Andrzeja Saja. Po co publikować bardzo podobny tekst dwa razy w tym samym czasie? Czy brakuje w Polsce krytyków fotografii? Ten tekst pisałem z wieloma wewnętrznymi oporami, ale czasami trzeba uprawiać „teologię negatywną” (nawiązuję do postulatów badawczych Theodora W. Adorno).

niedziela, 15 listopada 2009

"Przeznaczone do burdelu" /"Born Into Brothels: Calcutta's Red Light Kids" (2004)



Dokument filmowy i fotograficzny ma się dobrze, jeśli rozwija się według zasad stworzonych i rozwijanych zgodnie z własnymi zasadami. Ujawnia niechcianą i przemilczaną prawdę, wstrząsa tragizmem losu, z którego praktycznie nie ma wyjścia. O losie dzieci z Kalkuckiej dzielnicy przesiąkniętej prostytucją decydują najczęściej rodzice i opiekunowie, rzadziej one same i fotografia. Film ten polecam osobom rozwijającym dokument o znaczeniu czy przesłaniu socjologicznym, jako potencjalną formę pomocy czy terapii - niepełnosprawnych, chorych, alkoholików, etc.

Film pod nieco zmienionym polskim tytułem "Przeznaczane do burdelu" uzyskał Oscara w 2005 r. za najlepszy pełnometrażowy film dokumentalny. Mamy możliwość zobaczenia przerażającego obrazu współczesnych Indii - ludzi nie tylko przegranych, ale w nędzne życie wciągających swe dzieci. W "czerwonej dzielnicy" panuje smród i skrajne ubóstwo. Ludzie żyją w niewyobrażalnej biedzie, gdzie alkoholizm i prostytucja są jedynym przesłaniem ich smutnego i pustego w swym wymiarze życia. Tu nie ma żadnej duchowości, z czym przeciętnemu Europejczykowi kojarzą się Indie!

W tym filmie rysuje się kastowy obraz społeczeństwa. Z najniższej warstwy nie ma wyjścia. Tylko niektórym dzieciom udaje się wymknąć z tej matni. Jest to zasługa Zany Briski i jej determinacji, a w dalszej kolejności sile sztuki i fotografii, która budzi wśród dzieci zainteresowanie jako forma nie tylko dokumentu, ale i metody rejestracji niesprawiedliwego społecznie świata, w którym muszą żyć. W zaskakujący i dojrzały sposób o fotografii mówi jeden z bohaterów Avijit, który pojechał do Amsterdamu na World Press Photo. W tym momencie znajduję w tym filmie pękniecie ideowe, gdyż ten skomercjalizowany konkurs wykorzystuje ludzkie nieszczęście. Zwrócę uwagę, że jego ranga spada, co także widać po miejscach gdzie jest eksponowany.

Jest to wybitny film, który adresowany jest także do odbiorców szukających odpowiedzi na pytanie czy fotografia może spełniać misję - dokumentu w sztuce? Fotografia w tym wypadku odmieniła los kilku młodych osób przeznaczonych do nędznego życia. Nie wszystkich udało się uratować, ale ważna jest postawa moralna Zany Briski, która obok Rossa Kaufmana była także reżyserem tego wybitnego filmu.