Szukaj na tym blogu

piątek, 7 grudnia 2012

Marek Noniewicz - tworzenie z chaosu. Człowiek jako cześć natury

Z Markiem Noniewiczem spotykam się od kilku lat przy okazji różnych wykładów, otwarć wystaw (Co kryje się na dnie oka?, Toruń) czy na Porfolio Review w Bratysławie, na którym odniósł "mały" sukces, ponieważ znalazł się w gronie 15 najwyżej ocenianych fotografów, a konkurencja była duża. Zresztą to był polski rok na Portfolio w Bratysławie, gdyż pierwsze miejsce zajął Jan Brykczyński z grupy Sputnik Photos, reprezentowany przez Anzenberger Gallery z Wiednia, co moim zdaniem odegrało we wspomnianym konkursie zasadniczą rolę.


Warianty obecności, 1999


Marek Noniewicz jest poza głównym prądem "nowego dokumentu", inscenizacji i innych tendencji. Swe prace realizuje w XIX-wiecznej technice – cyjanotypii, wykorzystywał też kamerę obskurze (Warianty obecności – autoportrety wykonane w kamerze otworkowej w 1999 r.). Sięga jak kilkunastu, może kilkudziesięciu twórców posługujących się tzw. technikami alternatywnymi do początku techniki fotograficznej, a zwłaszcza do twórczości Anny Atkins. Wierzy, że fotografia może zbliżyć się do tradycji alchemii i za jej pomocą można "wyczarowywać" prawdziwe obrazy, które fragmentarycznie pochodzą czy rodzą się świecie rzeczywistym, ale ich połączenie poprzez montaż stwarza lub może stworzyć coś niepowtarzalnego ("unicum"), jak dzieje się to w niektórych realizacjach Pawła Żaka czy w innej technice uzyskiwane było w wielu pracach Staszka Wosia.


Zarys zoologi fantastycznej2010



Marek Noniewicz, w odróżnianiu od innych polskich przedstawicieli technik alternatywnych, podobnie jak np. Jarosław Klupś, posiada bardzo dobre przygotowanie historyczno-teoretyczne, jakie uzyskał na ASP (dziś UA) w Poznaniu. Poza tym potrafi w interesujący, i co dla mnie istotne prawdomówny, sposób pisać o swojej pasji. W tekście pt. Iliaster – materialność obrazu fotograficznego, który znajduje się na stronie www artysty czytamy: "W pracy nad projektem w zasadzie rezygnuje z użycia aparatu fotograficznego, który w jakimś stopniu zapośrednicza opis rzeczywistości i dla moich poszukiwań czyni go mniej czytelnym i ciężarnym o znaczenia nie przystające do projektu. Iliaster – to według Paracelsusa pierwsza konkretna materializacja, z której zostanie uformowany wszechświat, dla mnie zaś to inna forma materializacji rzeczywistości fotografii, przy wykorzystaniu dawnej techniki – cyjanotypii. Sama jednak technika cyjanotypii nie decyduje o istotnym ciężarze powstających prac, sama tylko technika byłaby pustą refleksją i czczą tęsknota z utraconą aurą i magią pierwszych obrazów; to właśnie z tego powodu w znacznym stopniu rezygnuję z użycia aparatu i wykorzystuję fragmenty gromadzonych materiałów organicznych: zasuszonych roślin, owoców, pióra ptaków, znalezione martwe owady itp."



Iliaster, 2011-2012 

Czy prace te prace są przestarzałe, by nie powiedzieć anachroniczne? Nie, myli się ten kto odrzuca w swej perspektywie krytycznej, jak niektórzy pyszałkowaci "nowi dokumentaliści", koncentrujący się na zniszczonych karoseriach. Jeśli montażowych pracach Noniewicza zawarty jest problem egzystencji człowieka, potraktowanego na równych prawach z innymi formami przyrody czy istnienia. Jeśli artysta używa "resztek" przyrody, o czym pisał we wspomnianym już tekście. Pisał "wykorzystuję fragmenty gromadzonych materiałów organicznych: zasuszonych roślin, owoców, pióra ptaków, znalezione martwe owady itp. Ich obrazy uzyskuję w sposób fotograficzny, wykorzystując do tego celu luksografię." 

Podsumowując są to prace, w których dostrzegam zupełnie inne problemy formalne i ideowe od polskiego mainstreamu fotograficznego. I bardzo dobrze, bo ci którzy idą w tłumie, pozostaną niewidoczni, poza pierwszym szeregiem. Oczywiście nie wszystkie prace autora podobają mi się. Artysta musi wyrwać się chaosu i bardziej zapanować nad stwarzaną materią. Ale jego dokonania bezsprzecznie przekonują mnie.

Sommer Album, 2007-2011

Tylko czy można uciec przed chaosem? Pewnie tylko niektórzy to potrafią.

P.S dziś  (10.12.12) wpisałem komentarz na Facebooku (na stronie Marka Noniewicza) kilka zadań odnośnie słow Sławomira Tobisa: "S. Tobisa stać tylko na złośliwości, jako fotograf zupełnie mnie nie interesuje, nie wyszedł poza fotoamatorstwo ładnych widoczków. Znany jest od lat, że zawsze podpiera swą działalność znanymi fotografami. I niech tak zostanie! Natomiast jego blog, choć kunktatorski, polecam, gdyż przedstawia relacje z Berlina. I jeszcze insynuacje o Wosiu, coś powiedział - wstyd! Marna to postać, która tylko insynuuje!"

czwartek, 29 listopada 2012

Andrzej J. Lech. CITÁTY Z JEDNEJ REALITY / QUOTES FROM ONE REALITY. FOTOGRAFIE / Z ROKOV 1978 – 2010 (Poľský inštitút v Bratislave1.11. – 30.11. 2012)

 Andrzej Jerzy Lech, Opole, z cyklu Cmentarz zamknięty, 1980. (Właśnie ta fotografia zapowiadała ekspozycję w Bratysławie)

Tv w Bratysławie w tym materiale w okolicach 40 minuty pokazuje wystawę Andrzeja w Instytucie Polskim. (Potencjalnych oglądających proszę o cierpliwość w poszukiwaniu relacji, ale relacja jest ciekawa). Andrzej Lech niestety nie doleciał do Wiednia, a stamtąd nie przywiózł go samochód do Bratysławy. Nie było go na wernisażu, szkoda, ale co można było uczynić? 

Super huragan Sandy okazał się zbyt silny, pokonał nie tylko linie lotnicze. Spowodował dla stosunkowo niewielkiego regionu kolo Nowego Jorku autentyczny koniec świata - Apocalypse Now, który powtarza się co pewien czas w dziejach ludzkości. Kiedy nastąpi ostateczny koniec? Zdaniem postmodernistów (np. prof. Tadeusz Sławek) - nigdy, zdaniem chrześcijan w przyszłości....

Zresztą, jak słusznie zauważył na wernisażu wystawy  Amerykanin Roberto Muffoletto, Andrzej pokazuje stan "przed" i "po" katastrofie, z czym się zgadzam. Nawet w ten sposób czasami zestawiałem jego prace w Bratysławie, delikatnie zakłócając chronologię zdarzeń, gdyż ta nie jest najważniejsza. Inny amerykański krytyk Patrick Keough był pełen uznania dla nowojorskich zdjęć Andrzeja. To cieszy, ponieważ ich opinie  są "z wewnątrz, czyli z USA"  są cenne. Poza tym, fotografia Andrzeja ma "dar", jaki miała poezja w starożytnej Grecji czy dramaty Szekspira, może nie jasnowidzenia, ale przewidywania zdarzeń... Wypełnia się dziwnymi pustymi amerykańskimi, meksykańskimi czy polskimi pejzażami, niczym naczynie, przyjmujące życiodajny napój w swym profecznym wymiarze. To "czyni" ją wyjątkową na scenie polskiej, a w przyszłości może i europejskiej. Odróżnia ją od wielu naśladowców i imitatorów rzeczywistości fotografujących śmieszne karoserie samochodowe czy kolorowe witryny, sprowadzając widoczki do formy karykatury.


Z cyklu dziennik podróżny, 

Ekspozycja, która na swej premierze w Łodzi miała 117 fotografii, w Bratysławie liczyła 56 zdjęć, podobnie jak w Ostrawie w Galerii  Fiducia (wrzesień-październik 2012). Z prezentacji w stolicy Słowacji na bardzo ciekawym XXII Miesiącu Fotografii jestem bardzo zadowolony, pomimo niełatwej przestrzeni. Przy okazji chciałbym podziękować za bardzo dobrą współpracę dyrektorowi  Tomaszowi Grabińskiemu i pani Marcie Miarze.

Na wernisaż przyszła duża grupa osób. A tego dnia - 31.10.12 - odbywały się one co pół godziny i było ich sześć, czyli duża konkurencja. Tradycyjnie otwarcia ekspozycji Andrzeja w IP dokonał dyrektor festiwalu Václav Macek, wicedyrektor IP  Tomasz Grabiński i ja. W ten sposób dobiega końca pierwsza monograficzna ekspozycja Andrzeja, której kuratorami byliśmy razem Magdą Świątczak.Wystawa pokazana została: w Łodzi, w Toruniu, Opolu, Świdnicy, Jeleniej Górze oraz za granicą (bez jakiejkolwiek pomocy Ministerstwa Kultury...). Niestety nie udało znaleźć się dla niej miejsca we Wrocławiu - rodzinnym mieście artysty. 

Poniżej mini dokumentacja pokaz Andrzeja Lecha w Bratysławie (fot. K. Jurecki)







Potencjalnych czytelników na temat fotografii Andrzeja zachęcam do lektury obszernego katalogu wydanego przez Galerię "FF" w Łodzi w 2011 roku oraz mojego innego tekstu Pojęcie i przemiany dokumentu w fotografii Andrzeja Jerzego Lecha (1978–2011).

Andrzej J. Lech, Oświęcim-Auschwitz, 2002. (Jedna z najciekawszych fotografii artysty, idealna, jeśli taka istnieje, metafora "fabryki śmierci". Ta pamięć jest bolesna i szybko się nie zabliźni)

K. Jurecki, tekst z katalogu XXII Miesiąca Fotografii w Bratysławie

A poniżej mój tekst oraz info o wystawie po słowacku:



sobota, 24 listopada 2012

"Energia Afryki" (POS, Łódź, 16-17.11.2012)

W Poleskim Ośrodku Sztuki w Łodzi odbył się pierwszy festiwal poświęcony kulturze Afryki, a właściwie jej interpretacji, wyrażającej tytułową "energię", która przenika wszystko będąc siłą sprawczą pozytywną lub o czym należy pamiętać również negatywną. Niewłaściwie użyta energia szkodzi, a nawet zabija.... Ale na tej wystawie nie ma tego problemu, który istnieje oczywiście w rozdartej konfliktami Afryce, gdzie "żniwo śmierci" zbiera swe plony.


 Betti Ibata [po prawej] dysponuje świetną skalą głosu. Kilka jej prostych w treści piosenek zrobiło na widzach bardzo duże wrażenie. Co ciekawe artystka urodziła się w Łodzi, obecnie studiuje na UŁ

Prace swoje pokazało kilku artystów:  werystyczne rysunki, częściowo realistyczne, częściowo imaginowane, zmieniające realne sytuacje zaprezentował Piotr Tymochowicz. Relacja formy należała niekiedy do surrealności czy nadrealności w typie rysunków Stefana Żechowskiego. Ale są to ciekawe prace , w których widać zmienianie zreprodukowanej rzeczywistości, tak aby była zastanawiająca czy intrygująca swą innością, a może nawet obcością. Powstaje pytanie o widzenie artysty? Czy jest ono "turystyczne" czy postkolonialne, gdyż nasze postrzeganie nie jest wcale przezroczyste i bezosobowe. Najczęściej wyraża charakter ideologiczny kraju, z jakiego pochodzi dany artysta



Piotr Tymochowicz, z cyklu Rysunki afrykańskie, długopis, papier, 50 x 30 i 42 x 29,7 cm.


Bardzo obszerny był pokaz  Zbigniewa Błońskiego na parterze POS, który z masek, form wyobrażeniowych, jak kwiaty, a nawet z oręża (dzidy) stworzył formy pozbawione pierwotnej mocy, "oswojone", może nawet zeuropeizowane. Tu mamy przykład fascynacji kultura, która ma zdobić potencjalne polskie wnętrza, bez jej pierwotnej mocy, która jest "groźna".

Czy miasto Łódź i jego instytucje zainteresują się afrykańskimi tematami i takimi artystami, jak Andrzej Zając. A może to uczyni poseł PO John Abraham Godson? 

Stylizowane i pozbawione grozy maski Zbigniewa Błońskiego, (fot.  autor). Od tego momentu zaczyna się również kulturowa moda, ale na razie nie ma w niej nic nagannego, gdyż dominuje fascynacja formą, którą trzeba zbadać i ujarzmić.

Niezwykle trudne i pracochłonny haft pokazała Joanna Zybert pracując nad sakralnie ukazanymi twarzami. Za pomoca koloru złotego i nimbu stwarzała formę ochronną dla prostych matek, które  w ten sposób czyniła szlachetnymi. Ten typ twórczości i ikonografii łączy się z pracami jej ojca - Andrzeja Zająca. Zresztą razem odbyli podroż do Afryki w 2010, wykonując steki zdjęć i kręcąc materiał wideo, co zaowocowało filmem Smakowanie Afryki, pokazanym drugiego dnia festiwalu. 

Obraz A. Zająca z 2012 r. sakralizujący "zwykłe dziecko". Typ malarstwa trochę w duchu XX-wiecznego akademizmu, opartego na przekazie fotograficznym. (fot. K. Jurecki)

A główny bohater festiwalu - Andrzej Zając? Wylewała  się z niego wprost energia. Energia pozytywna wobec wszystkich uczestników, w tym licznie przybyłych na warsztaty dzieci. Dla mnie Andrzej Zajac jest bardzo ważnym rzeźbiarzem, któremu w przyszłości chciałbym przygotować wystawę. Najciekawsze są dla mnie jego instalacje z naturalnymi owocami czy elementami, w których trwa realne życie. Przypomina to nawet jedna z prac Jospeha Beuysa, która widziałem w muzeum Bonn. Codzienne do gabloty wkładane były świeże pomarańcze z zielonymi listkami. Tak, aby trwało życie.


Andrzej Zając z figurką słonika na tle swego obrazu (fot. K. Jurecki)


Najważniejsi sprawcy festiwalu: [od lewej]: Piotr Tymochowicz, A. Zając, Joanna Zybert,   Zbigniew Błoński (ps. Szaman) oraz Danuta Pospiech (POS), (fot. K. Jurecki)  

Monumentalna rzeźba A. Zająca,  (fot. K. Jurecki)

 Najbardziej jednak chyba zadowolone z festiwalu  w dużej liczbie uczestniczy warsztatów plastycznych. Czy kultura afrykańska i jej znajomość potrzeba jest w Łodzi? Oczywiście, że tak. Nie trzeba tego nawet tłumaczyć.



 Malarstwo i rzeźba A. Zająca,  (fot. K. Jurecki)

 A. Zając, Święty Jerzy w walce ze smokiem, instalacja, (fot. autor)


Haftowane misternie obrazy  Joanny Zybert (fot. K. Jurecki). Technika haftu krzyżykowego posłużyła do stworzenia sakralnych obrazów. Bardzo ważna jest tu intencja artystki, polegająca na zamienieniu szarej codzienności na sacrum. 

 A. Zając, Instalacja (fot. K. Jurecki)


16.11.2012 godz. 17.00 
Art Festival - Energia Afryki
Wernisaż wystawy obrazów, rzeźb oraz haftów inspirowanych Afryką
1. Uroczyste otwarcie Festiwalu - recital Betti Ibata, artystki z Konga
2. Otwarcie wystawy zbiorowej "Afryka - fikcja i rzeczywistość". W wystawie udział biorą:
Andrzej Zając - rzeźba, malarstwo
Zbigniew Błoński - rzeźba
Joanna Zybert - haftowane obrazy
Piotr Tymochowicz - rysunek
3. Madonny - pokaz multimedialny

Instalacje Andrzeja Zająca,  (fot. autor) 

poniedziałek, 19 listopada 2012

"Ron Kedmi, Cover – Uncover" (25.10 do 25.11. 2012 Muzeum Kinematografii, Łódź)

Wystawa w łódzkim Muzeum Kinematografii, której kuratorem jest Alicja Cichowicz jest jedną z najważniejszych wystaw  z pogranicza fotografii reklamowej i artystycznej, jakie odbyły się w Polsce. Ron Kedmi jest przede wszystkim bardzo ciekawym portrecistą, który zmienia, zaciera tradycyjne znaczenia i dystynkcje portretu, zawartego między pojęciem religijnego, w tym świętego a hedonistycznego i erotycznego pojmowania człowieczeństwa. Nie interesuje go, jak wielu fotografów reklamowych, ukazywanie seksualności, bardziej maskuje i zakrywa niż eksponuje ciało swych modelek.  To bardzo udana ekspozycja. logicznie podzielona na dwie części. 

Ron Kedmi, Czarna wdowa 1, fotografia na płótnie, 145×120 
(Delikatna dla mnie, mocna dla innych prowokacja zawarta w tytule i jednoczesnym odwołaniu do "nadmiaru" religii.


Ron Kedmi izraelski artysta, jak juz wspomniałem,  pracuje jako fotograf reklamowy i artysta. Tworzy, czy raczej próbuje działać na różnych polach aktywności twórczej. Ale w obecnych czasach fotografia artystyczna lub co niej pozostało może nie różnić się formalnie od reklamowej. Albo inaczej - fotografia reklamowa często może być ciekawsza od artystycznej. Na internetowej stronie Kedmiego zobaczymy "komercyjne" zdjęcia takich sław jak Naomi Campbell (chyba z elektronicznym retuszem), Claudia Schiffer oraz wielu innych heroin, których nazwiska niewiele mi mówią, gdy z ten świat jest mi zupełnie obcy i mogę żyć niezależnie od niego. Bardziej podobają mi prace określone jako  "editorial", wykonywane w różnych przestrzeniach miast czy pobliżu świątyń , które także należą do świata mody (np. magazyn "Beverly Hills").

Ron Kedmi, Zakonnica 1, odbitka na płótnie, 120×280
Oczywiście w tej pracy zakodowana jest przewrotność znaczeń i erotyzm.

Ron Kedmi, Bez tytułu, 2003, druk cyfrowy, 170×120
(W takim stylu wystawiał w Polsce swe zdjęcia Łukasz Ziętek i można je znaleźć na moim blogu)

Sądzę, że Kedmi jest przede wszystkim artystą, który "musi" z własnego wyboru oczywiście działać w reklamie, podobnie jak np. Erwin Olaf. Świadczą o tym bardzo dobre portrety, w których znajdziemy ślady stylu takich mistrzów, jak: Man Raya, Cecil Beaton, a także Helmut Newton czy Richard Avedon. Ale są to tylko ślady, gdyż prace z cyklu Elements (Żywioły) traktują o poczuciu winy, krzywdy moralnej wyrządzonej przez religię i system narzucony system wychowania. Taka niejednoznaczność cierpenia ukazana w pracach, w tym oddziaływanie ognia i wody na młode postacie jest bardzo intrygująca. 

Ekspozycja. (Po prawej praca pokazująca umiejętnie sięganie do performance czy nawet z kręgu body-artu.)

Ekspozycja. Prace wykorzystujące wnętrzności zwierząt, służące jako strój lub nakrycie głowy gdyż taka jest także natura ludzka. To, co pierwotne i archaiczne jest również naszą biologią i forma egzystencji. Na pierwszym zdjęciu z lewej kobieta płacze (Cover-Uncover 3, 2012 - druk cyfrowy 162x115,5 cm) sięga to do zdjęć wojennych ukazujących tragizm przeżyć. A więc artysta niczym żongler umiejętnie nakłada na siebie różne powidoki obrazów, jakie mamy w pamięci.

Body 2, 2007, druk cyfrowy 145x120 cm
Jedna z najciekawszych prac na wystawie ukazująca dążenie człowieka do nieśmiertelności, w tym osiągnięcia stanu całkowitego panowania nad ciałem, gdyż do jest ważnym krokiem do "bycia wyzwolonym". Ale figura świętego czy mistyka może świadczyć także o zrozumieniu stanu śmierci!

Czarna wdowa 2, 2007, odbitka srebrowa na płótnie, 145x120 cm
Czy to portret Madonny czy uwodzicielki? Religijność, jak w rzeźbach Berniniego przenika się z erotyką. A więc zdecydowanie to drugie...

Ekspozycja z realizacją wideo, które w kilku miejscach bardzo dobrze uzupełnią pokaz w Łodzi

czwartek, 15 listopada 2012

Maciej Herman - fotograf przemysłowy czy portrecista?

Maciej Herman - to nazwisko zaczyna się powtarzać w niektórych kręgach coraz częściej. I jest o czym mówić i co interpretować. Niedawno otrzymał I  nagrodę w kategorii industria  na Międzynarodowym Festiwalu Fotografii Przemysłowej i Industrialnej Foto-Pein (VI edycja konkursu).

Stocznia Gdynia

Tak mi opisał : "Nagrodzony cykl składa się z 5 fotografii (wszystkie w załącznikach), natomiast cały projekt składa się z kilkudziesięciu fotografii. Mam nadzieję, że niedługo uda mi się zorganizować większą wystawę w Trójmieście (na którą oczywiście wyślę zaproszenie), a także przy pomocy miasta wydać album z tymi fotografiami. Myślę że ta stocznia zasłużyła na tego rodzaju pamiątkę." Mamy kolejny ważną dokumentację z polskiej stoczni, mam na myśli bardzo cenione prace Michała Szlagi, a z Gdańska, który w przestrzeń stoczni oraz zapisał jej charakterystyczne postaci, jak Anna Walentynowicz czy zwykły spawacz. Ale styl Hermana jest diametralnie inny, wyciszony i purystyczny. Z pewnością interesujących prac czy całych cykli dotyczących upadku polskiego przemysłu stoczniowego należy jeszcze oczekiwać. Jest to jeden z kluczowych tematów polskiego dokumentu po 1989 r.

Stocznia Gdynia



Krótki opis wystawy i cyklu: " MACIEJ HERMAN - STOCZNIA GDYNIA, 2010

Mój ojciec przepracował w gdyńskiej stoczni 47 lat. Zaczął mając 16 lat, jako ślusarz i skończył w wieku 63 lat zamykając zakład na klucz, po likwidacji będącej następstwem decyzji Komisji Europejskiej. Ja z kolei wychowywałem się na gdyńskim Obłużu - stoczniowym osiedlu. W wieżowcu, w którym mieszkałem, na każde piętro przypadało średnio 1,5 stoczniowca. Przez okno przez 20 lat oglądałem stoczniowe dźwigi, a codzienną pobudką były dla mnie uderzenia w kadłuby budowanych statków. W 2010 roku przez tydzień fotografowałem opustoszały zakład. Miesiąc później Stocznia Gdynia SA została podzielona i rozprzedana, „rozpadła się” na wiele firm i firemek różnych branż. Przestała istnieć bezpowrotnie."

Stocznia Gdynia


Fotografie zostały wykonane techniką analogową, na kliszy średnioformatowej."


Ale chyba bardziej jestem przekonany do jego portretów ze względu na ich prostotę i psychologiczny dialog z portretowanym. Bliskie są myśleniu o fotografii, jakie reprezentuje Marcin Sudziński i Katarzyna Karczmarz. 

Eleonora Konieczna-Klamann (córka Hildegardy Koniecznej)

Fragment z wywiadu, które przeprowadzone były przez socjolog z Poznania - dr Agnieszkę Figiel, która jeździła z Maciejem i odwiedzała przesiedleńców. : "Mama miała też kontakty ze Służbą Bezpieczeństwa. Co rusz przyjeżdżali i pytali o różne sprawy, czemu nie wyjedzie, przecież jest w obcym kraju. A ona mówiła: „W jakim obcym kraju? Ja nigdy nie wyjeżdżałam. To Polska do mnie przyszła, a nie ja przyszłam do niej”. No i tak mama tu została. Nie chciała wyjeżdżać, jak wszyscy wyjeżdżali. Mówiła: „Tutaj mam moje korzenie, tu zostanę”".

Zbigniew Malinowski

Fragment z wywiadu A. Figiel: "Rodzice przyszli tu spod Radzymina, spod Warszawy. Tam mieli po działeczce, a po wojnie przyszli na te odzyskane ziemie, na to gospodarstwo. Mieli tak trochę pobyć, grosza zarobić, postawić sobie jakiś domek. Ale się zasiedzieli. Bo tam koło Warszawy było przeludnienie dawniej, mieć kawałek ziemi to był problem. Tam 20 km od stolicy światła nie było na wsi, a tu już była siła założona i silniki, i młockarnia. Takie niemieckie wyprzedzenie. Jak tu przyszli, to były i krowy, i maszyny. To od razu każdego zachęciło, by się wprowadzić."

Maria Hruszowiec

Fragment z wywiadu A. Figiel: "U nas cała Polska rozsypana. Bo ze wschodu tu wysiedlali. Ze dwa, trzy miesiące tam były do namysłu. Można było brać dwa konie, dwie krowy i cały swój dobytek. Co tylko mogło się wziąć. Co pozwolili, to zabraliśmy. I wyjechaliśmy."



Ksawery Czuczejko

Fragment z kolejnego wywiadu: "Po wojnie była repatriacja i rodzice wyjechali na Ziemie Odzyskane. Bo Polacy musieli opuścić tamten teren, tam była już Białoruś. Rodzice byli z zawodu rolnikami i jak jechali tym bydlęcym wagonem, to wzięli ze sobą krowy, świnie. A Rosjanie ich na jednym przystanku obrabowali: zabrali krowy, zabrali świnie. Rodziców potem odszukałem w Poznaniu, na dworcu Antoninek. Bo w tym gospodarstwie to ja byłem pierwszy i potem rodziców odnalazłem – tu urząd gminy był i przydzielał gdzie było wolne."



Maria Horbanowicz

I kolejny fragment wywiadu A. Figiel: "Kamieniec Litewski, nad Bugiem, na Kresach - tam Rosjanie nas troszeczkę straszyli i musieliśmy zostawić wszystko. Tutaj, na te ziemie, przyjechaliśmy z rodzicami. Było nas czworo, bo ja trzy siostry mam. Jedna już nie żyje, jedna siostra jest Łodzi, jedna w Gdyni, a ja tutaj zostałam. Ze względu na rodziców, bo rodzice mieli gospodarstwo. I tak zostałam."

Dodatkowej wartości tej historyczno-archiwalnej pracy nadaje sens identyfikacja osób oraz wywiady, jakie przeprowadzał Maciek  W rezultacie mamy ważny zapis dokumentalny w formule zbliżonej do Zofii Rydet, ale nie tylko, także o charakterze klasycznego fotodziennikarstwa (przypomina się Tomasz Kizny), którego celem ma być wystawa i album, który zaświadczy o dziwnym ludzkim losie oraz empatii fotografa, co jest także istotne. I chyba nie tylko dla mnie.

Prace "przesiedleńców" można oglądać w Poznaniu na Festiwalu  im. Eryka Zjeżdżałki. Można także zapoznać się z nimi na blogu Macieja Hermana (http://sevillian.blogspot.com/2012/10/z-drugiej-strony-w-poznaniu.html) i na blogu Sławka Tobisa - organizatora wystawy zbiorowej w Galerii Szyperskiej,  (http://blog.tobis.pl/2012/10/z-drugiej-strony-o-wystawie-from-other.html)..