Szukaj na tym blogu

środa, 11 lutego 2009

Stefania Gudrowa i Andrzej Kramarz ("Klisze przechowuje się") - 2008


Jedną z najważniejszych prezentacji festiwalu w Krakowie na Miesiącu Fotografii (2008) była ekspozycja przygotowana przez Andrzeja Kramarza i Agnieszkę Sabor pt. "Stefania Gudrowa. Klisze przechowuje się" z pięknie wydanym albumem, jednym z najlepszych i najbardziej profesjonalnych, jakie opublikowano w ostatnich latach w Polsce.

Czy na wystawie pokazano prace Gudrowej? Pytanie niewinne, ale tak naprawdę mieliśmy ekspozycję z kręgu problematyki "archeologii fotografii" Jerzego Lewczyńskiego, rozwijaną od lat 60. XX wieku. Pomysłodawca pokazu w Krakowie - A. Kramarz - zaproponował formę, w jakiej NIGDY autorka nie wykonywała, czyli nie kopiowała swych zdjęć. Dzięki ujawnieniu metody podwójnej ekspozycji na negatywie, co wynikało tylko z oszczędności materiału i było w okresie międzywojennym normalną praktyką, kuratorzy pokazali "życie" szklanych i zniszczonych jak człowiek negatywów. Dzięki temu zabiegowi wystawa nabrała nowych, bardzo interesujących znaczeń.

Ważny też był sam wybór, on także decyduje o całości wystawy i jego znaczeniu, gdyż można było zobaczyć zdjęcia NIEUDANE i przez to interesujące. Czy Gudrowa była ważnym fotografem w sensie polskiej historii fotografii? Raczej nie, choć dysponowała dużą wrażliwością i kontaktem z portretowanymi, co uwidoczniało się w swoistym psychologizmie twarzy i przede wszystkim oczu, które mówią o kondycji ludzkiej. Ale nie jestem tego pewien, czy autorka była ważną postacią w historii fotografii. Rozmawiałem o niej z A. Kramarzem, który osobą Gudrowej jest wręcz zafascynowany. I dobrze. Innym, tym razem negatywnym przykładem sięgania do koncepcji "archeologii fotografii" jest "Real Foto" Mikołaja Długosza, ale o tym napiszę innym razem.

poniedziałek, 9 lutego 2009

Gdańsk - Piotr Wittman i Thorsten Fleisch (06-07.02.2009




Rzadko ogląda się tak dobre wystawy jak Piotra Wittmana "Requiem" w NCK w Gdańsku, która przygotowana była jako dyplom licencjacki na ASP w Gdańsku. Pokazuje ona przynajmniej dwa aspekty: ważniejszy dla twórcy, dotyczący przemian cywilizacyjnych a nawet globalizacyjnych po 1945 r. w Gdańsku oraz zdecydowanie ciekawszy dla mnie - przedstawiający zderzenie cywilizacji, kultur, a być może i systemów wartości, jakie nastąpiło w 1945 roku w związku z zajęciem tych ziem przez wojska radzieckie i polską administrację. Żyją i mieszkają tu do dziś ludzie bedący Niemcami, których tragiczne oraz kontrowersyjne wspomnienia na temat Żydów utrwala na fotografii i w zapisie dziękowym P. Wittman.

Wystawa jest wzorowo zaaranżowana, podzielona portretami w ciasnym kadrze, jak z Witkacego, ale w ciekawej specyfice. Artysta dał wyraz swej melancholii, a także pewnemu sentymentalizmowi. W ekspersyjnych portretach w bardzo dobry sposób nawiązał do stylu Zofii Rydet czy także tradycji dokumentu z kręgu Magnum (np. Ernst Haas, "Wiedeń 1945"). W interesujący sposób rozpoczął ekspozycję od zdjęcia fal morskich a zakończył pracą ze spływającymi po szybie kroplami deszczu, przez którą widać "smutny" pejzaż. Ekspozycja ma swą dramaturgię i rytm wypowiedzi, co jest rzadkie. Oglądamy trzy lata pracy twórczej zakończonej świetnym rezultatem, gdyż w kręgu problemu pamięci/historii jest to jedna z najciekawszych wystaw, jakie widziałem w ostatnich latach! Czekamy na dalsze wystawy pana Piotra z zakresu dziennikarstwa multimedialnego, gdyż taką należy przywołać tu kategorię. Ale fotografia, nie zaś wywiady, była tu najważniejsza!

Wcześniej, w piątek 06.02.09 w CSW Łaźnia w ramach Parakina Michała Brzezińskiego, artysty i animatora wideo, z którym dość często podróżujemy na trasie Łódź-Gdańsk, mogliśmy obejrzeć 10 filmów eksperymentalnych Thorstena Fleischa z Niemiec. Jest to tradycja kina eksperymentalnego, koncentrującego się na poszukiwaniu abstrakcyjnej formy, czasami energetycznej ("Energia"), czasami biologicznej czy pararelnej do funkcjonowania człowieka. Artysta bardzo dobrze panuje nad strukturą swych prac, które są jednak dla mnie zbyt dynamiczne i ekspresyjne, co jest oczywiście tradycją sztuki niemieckiej. Fleisch rezygnuje przy tym z innych jakości medium filmowego czy elektronicznego, jak statyczne i spokojne (długie) ujęcia. Filmy zbyt koncentrują się na eksperymencie formalnym nie próbując zbudowania określonej filozofii sztuki. Zatrzymują się na postulatach modernistycznych z lat 20., nie wyrażają także innej świadomości modernistycznej z początku XXI wieku. Artysta jest na razie świetnym technologiem, który we własnym laboratorium formy zgłębia jakości wizualne obrazu i nie interesuje go, co skrywa się za niewinnym obrazem banku we Frankfurcie nad Menem. A skrywa się "kapitał". Drogę wyjścia z tego problemu, tzw. "trzecią", wskazał w latach 70. XX wieku, w "Apelu o alternatywę" Joseph Beuys. Ciekawe czy T. Fleisch sięgnie kiedyś do jego idei? Swoją drogą M. Brzeziński stworzył w Gdańsku jeden z najważniejszych ośrodków prezentujących najnowszy film eksperymentalny i wideo w Polsce!

środa, 4 lutego 2009

"Prawosławie" według Tadeusza Żaczka (Lublin, Muzeum Lubelskie


W Lublinie trwa wystawa fotografii Tadeusza Żaczka, który obok Grzegorza Dąbrowskiego i Andrzeja Kramarza należy do najważniejszych artystów próbujących ukazać duchowość i symptomy zagrożenia czyhające na każdą religię, w tym oczywiście prawosławie.

Tadeusza Żaczka, którego interesuje przede wszystkim tak bliska mi DUCHOWOŚĆ, poznałem dzięki Zbigniewowi Tomaszczukowi - najpierw korespondencyjne w 2006, potem w rzeczywistości. 26.07.07 spotkaliśmy się w klasztorze św. Onufrego w Jabłecznej. Wraz z rodziną, m.in. dzięki niespotykanej gościnności mnichów, przeżyłem niezapomniane PIĘKNE chwile.

Należy zaznaczyć, że Tadeusz Żaczek fotografował już prawosławie w latach 1986-7. Jest to ważne, gdyż obecnie jest to bardzo modny temat, nawet zbyt modny. O jego fotografii wspomniałem kilkakrotnie w różnych kontekstach, m.in. w swojej ostatniej książce "Poszukiwanie sensu fotografii. Rozmowy o sztuce" (Łódź 2008), ale myślę, że niedługo powstanie większy esej o Jego zdjęciach, gdyż wszystko wskazuje na to, że wyrósł na najważniejszego fotografa w temacie, który można określić poszukiwaniem duchowości i rytuału polskiego prawosławia. Zainteresowanych tym problemem odsyłam do "Kwartalnika Fotografia" (2006 nr 21) i mojego tekstu "Jak sfotografować polskie prawosławie" / "How to photograph Polish orthodox christianity" oraz katalogu Anny Radziukiewicz, "Swet iz Wastoka" / "Light from the East", (Białystok 2005) do wystawy, jaka miała miejsce w Moskwie, w cerkwi pod wezwaniem Chrystusa Zbawiciela w 2005 roku. Tam również zamieszczono trochę inną wersję mojego artykułu o fotografii prawosławia. Jest to niebagatelny problem natury filozoficznej, nie zaś technicznej, jak mogłoby się wydawać. Dlatego warto zastanowić się nad problem "jak sfotografować?"

wtorek, 3 lutego 2009

Wspomnienie o Zofii Rydet (1911-1997)


Była ciepłą, sympatyczną osobą, przekonaną do własnej twórczości. Wierzyła w nią i jej przekaz duchowo-chrześcijański. Pracowała do samego końca, na ile miała siłę. Poznałem ją w Gliwicach w 1985 roku, kiedy dokonywałem zakupów do zbiorów Muzeum Sztuki w Łodzi. Pamiętam, że w 1988 roku w Poznaniu bała się Łodzi Kaliskiej. A mianowicie, że ta grupa opanuje ZPAF, a konkretnie Zarząd Główny. Oczywiście to były ich żarty i wygłupy, które podobały się Pawłowi Pierścińskiemu.

Szkoda, że po ostatniej Jej wystawie w 1999 roku Muzeum Sztuki nie zdecydowało się na powiększenie kolekcji. Uczyniło to jednak Muzeum Narodowe we Wrocławiu kupując m.in. prace z serii "Suita Ślaska". W 2008 roku przypomniano twórczość Rydet na Miesiącu Fotografii w Krakowie", ograniczając wystawę do najważniejszego "Zapisu socjologicznego", ale zabrakło pomysłu na wystawę! Popełniono także błędy w samej koncepcji ekspozycji, jak i w artykułach zamieszczonych w katalogu. W Krakowie w Starmach Gallery zaprezentowano np. "Suitę Śląską" jako "Zapis socjologiczny" (1978-90), a to był zupełniny inny problem twórczy i cykl, skoncentrowany na postulacie autocytatu i manualności pracy twórczej.

W katalogu Andrzej Różycki - kurator pokazu - na s. 69, napisał, że Rydet debiutowała jeszcze przed II wojną światową. Autor pomylił dwie sprawy. Otrzymanie aparatu i zabawa z wykonywaniem zdjęć oraz wagę debiutu artystycznego. W katalogu zabrakło opracowania historycznego, które ukazałoby wielkość Rydet na tle fotografii światowej. Powstanie pytanie, kiedy taki tekst powstanie? Większą konsternację wywołał we mnie tekst Anny Zawadzkiej "Ja jedna przedłużam im życie" ("Wysokie Obcasy" 10.05.2008), który jest swoistym kolażem na temat biografii Rydet. Niewiele z niego wynika dla fotografii polskiej. Należy go traktować jako reklamę festiwalu czy zbioru fotografii, jaki pozostał po pani Zofii.

Pojawiły się w nim ważne przeinaczenia czy zakłamania. Dlaczego Maria Śliwa przedstawiła się dziennikarce jako asystentka Rydet? To bardzo istotne sformułowanie osoby, która poznała Rydet bardzo późno, bo w latach 90. Dlaczego tej informacji nie zweryfikowała Zawadzka, a łatwo to mogła uczynić? Dlaczego autorka tekstu napisała także: "Dziś "Zapis" chce kupić Muzeum Niigata z Japonii. To najciekawsza fotografia dokumentalna, jaką moglibyśmy mieć - mówi Hito Kimura z Niigaty" (s. 44, "Wysokie Obcasy"). Muzeum nazywa się inaczej, a fotografie Rydet i wielu innych fotografów polskich były tam eksponowane w 2006 (pisał o tym "Kwartalnik Fotografia", "Rzeczpospolita", etc).

Najważniejsze jest jednak to, że kuratorzy z Japonii dokonali zakupu w 2007 roku w Krakowie... O czym pisze więc Zawadzka? Nie wiem. I na koniec - wielka artystka, jaką była Rydet, czeka na swoje odkrycie. Pamiętam, że w jednym z tekstów w "Formacie" porównałem Jej dokonania do "Ludzi XX wieku" Augusta Sandera. Zaprotestował, także w "Formacie", prof. Grzegorz Dziamski. Kto ma więc rację? Rydet dalej czeka na swe odkrycie a przynajmniej na dyskusję o doniosłości Jej fotografii. I na koniec. Pomysł wystawy w Krakowie w czasie festiwalu w 2008 przekazałem dyrektorom festiwalu wz listopadzie 2007, kiedy odbyłem z nimi krótkie spotkanie w galerii ZPAF-u. Nikt mi jednak nie podziękował w katalogu, nie zaprosił do współpracy czy napisania tekstu. We wspomnianym katalogu po raz kolejny opublikowano rozmowę z filmu Różyckiego oraz niezbyt szczęśliwy tekst z "Wysokich Obcasów", ale tak wygląda rzeczywistość kuratorska w Polsce.