Szukaj w tym blogu

Ładowanie...

czwartek, 31 grudnia 2009

„Straż nocna” (“Nightwatching”), (2007) - reżyseria Peter Greenaway





Tadeusz Sobolewski w swej ciekawej recenzji „Rembrandt jako filmowiec” („Gazeta Wyborcza”, http://wyborcza.pl/1,85809,4466232.html)  ma rację, że film Greenawaya „Straż nocna” w dużej mierze jest bardziej o nim samym, niż o Rembrandtcie. Jest spojrzeniem na XVII-wieczny Amsterdam jako metropolię, w której sukces, pieniądze i seks określają nowożytne/nowoczesne życie. Angielski reżyser stawia trudną do udowodnienia tezę, że słynny obraz z 1642 r. w nowej koncepcji portretu był początkiem upadkiem wielkiego artysty, gdyż zawarte zostały w nim oskarżenia o morderstwo. Jednak są w nim zawarte różnego rodzaju aluzje do przedstawionych postaci straży, jest ich dwuznaczność. Ale dlaczego sportretował się w nim sam artysta?

To nowy rodzaj monumentalnego  portretu syntetycznego, poza ówczesnym stylem, który zapowiada technikę fotomontażu łączącego różnego rodzaju wydarzenia czasowe w znaczeniu metaforycznym. Wszakże barok był wiekiem alegorii. Co skrywa ten tajemniczy i wzniosły w swej formie obraz z Rijksmuseum w Amsterdamie? Ironię wobec portretowanych czy też aluzje do pedofilstwa, wykorzystywania seksualnego i w końcu morderstwa, jak chce tego angielski reżyser. Na to niezwykle trudne pytanie nie sposób odpowiedzieć, ale mogą zająć się nim historycy sztuki. Warto przy okazji wspomnieć, że drugim fotograficznym malarzem tej epoki, wykorzystującym camera obscura i powstałe w niej deformacje kolorystyczne był w tym samym czasie Vermeeer van Delft.

Film nie pokazuje Rembrandta jako artystę pełnego rozterek moralnych. Jego postać wydaje mi się spłycona i niewłaściwie zarysowana. Przedstawiony został jako człowiek sukcesu, ówczesny gwiazdor, realizator wielkich komercyjnych zleceń. Ale w wielu jego obrazach, grafikach i rysunkach widać zainteresowanie tematami odrzucanymi przez ówczesną teorię sztuki, jak: żebracy, inwalidzi czy Żydzi. W innych poszukiwał mistycznego uniesienia religijnego i cała jego twórczość, pomimo, że tworzona w protestanckiej Holandii, była zakorzeniona i poszukiwała ratunku w religii. Tego istotnego aspektu zupełnie zabrakło w przenikliwym utworze Greenawaya. W tym niezwykle ciekawym pod względem malarskim filmie zabrakło także analizy psychologicznej przedstawionych postaci, jak zwykle w twórczości tego postmodernistycznego twórcy, który jako zdeklarowany ateista podkreśla jego materialny wymiar świata.

Film jest ten przede wszystkim zarysowaniem tła epoki i jednej strony życia Rembradta. Do 1642 r., czyli śmierci jego żony Saski, był on człowiekiem sukcesu. Potem zaczął się finansowy i przede wszystkim życiowy upadek tego największego ówczesnego artysty europejskiego. W końcu w 1656 r. stał się bankrutem. Ale nie był to upadek artystyczny. Do końca życia pozostał wybitnym malarzem, o czym świadczą takie obrazy, jak: „Powrót syna marnotrawnego” czy „Autoportret”. Artystą, który nie poddał się trwodze życia i poszukiwał w nim swego spełnienia. Co ciekawe, wbrew postawie postulowanej przez hedonistę Greenawaya, Rembrandt ocalenie odnalazł w Starym Testamencie, który do końca był jednym z jego najważniejszych inspiracji.

piątek, 25 grudnia 2009

Święta - fotografia, kartki (rok 2009)










Teraz, w najważniejszym momencie czasu mitycznego i symbolicznego znika sztuka, a właściwie ukrywa się w Świętach i w życiu religijnym. Sztuka sama w swym najlepszym wydaniu staje się mitem i poświęceniem. Kto nie wierzy w moje słowa niech przeczyta książkę lub obejrzy film "Uczta Babette" (reż. Gabriel Axel) lub spojrzy na zamieszczone poniżej fotografie i grafiki. Zamieszczam je, bo sprawiają mi wielkie radości. Ten podnosiły czas spędzamy z najbliższymi. Składamy sobie życzenia, oczekując na spełnienie życzeń i marzeń. Do tego również służy sztuka.

Oto niektóre z fotografii i grafik, jakie otrzymałem od następujących artystów:

Piotr Wittman
Stanisław Kulawiak
Stanisław Woś
Tadeusz Żaczek
Grzegorz Jarmocewicz
Ken Matsubara
Michał Sosna
Andrzej Dudek-Dürer
Janusz Leśniak

Cieszmy się tymi "małymi" dziełami w ten Wielki Czas!

czwartek, 17 grudnia 2009

Marek Janiak mydli oczy. Tylko komu?


04.12.09, czyli prawie na Mikołajki "GW" opublikowana w dziale "Męska muzyka gra co piątek" wywiad z Markiem Janiakiem z Łodzi Kaliskiej pt. "Niech sczezną mężczyźni". Znaleźliśmy się w ten sposób nie w dziale kultury tylko w dziale "męskim", w którym być może niedługo powinna także wypowiadać się Katarzyna Kozyra, tworząca "męskie" prace na temat kastracji.Zresztą w podobnym duchu, (choć programowo bez ducha), jak Łódź Kaliska. Granice ulegają zatarciu, podział na męskie i żeńskie staje się czasem bezpłciowy.

O czym mówił w rozmowie z Wiolettą Gnacikowską Marek? Powtarza od lat te same stereotypy, czasami popada w sprzeczności, gdyż raz na początku rozmowy z "GW" walczy z tradycją romantyzmu, kiedy indziej zaś mówi o romantycznym i pięknym przedstawianiu kobiet. Ale niewiele ma powiedzenia na temat sztuki czy fotografii i tu skrywa się prawdziwy dramat! Nawet takie określenia, jak "sztuka" nie padają, czyli artysta znalazł się poza nią, na bezdrożach postsztuki.

Co widzimy na okładce "GW"? Zdjęcie Łodzi Kaliskiej obok twarzy Romana Polańskiego. Chodzi o sensację i tylko o nią, gdyż takie zestawienie mówi samo przez siebie (per se). Marek Janiak został takim samym towarem reklamowym, jak Polański, różnica polega tylko na tym, że za zdjęcie słynnego reżysera wychodzącego z więzienia miano płacić ok. 500 tysięcy dolarów, ale nikt chyba go zrobił, mimo, że na "towar" czatowały watahy paparazzich. Twarz Marka jest zaś jak na razie darmowa, więc pozostaje tylko nadzieja w goliznach pań klonowanych przez Łódź Kaliska.

W wywiadzie znajdziemy wypowiedzi Marka o operacji plastycznej, siwiźnie czy łysych facetach, ale najciekawsze są sformułowania o szczęściu. Wypowiedź jest tak głęboka, prawie w duchu platonizmu, że zacytuję ją w całości bez komentarza.

"W. Gnacikowska: Kiedy jesteś szczęśliwy? M. Janiak: - Gdy dzieci są szczęśliwe. Jak mam satysfakcję, że coś się udało w sztuce, miłości, seksie czy projektowaniu. Kiedy mam satysfakcję intelektualną z błyskotliwego skojarzenia albo zgrabnego dowcipu. Kiedy coś dobrego dzieje się w Łodzi, a nawet gdy polscy sportowcy zdobywają medal. Jak w czasach Kazimierza Górskiego polscy piłkarze zdobywali mistrzostwa olimpijskie, wtedy byłem szczęśliwy. Jak wszyscy".

Komu poza sobą Marek mydli oczy? Tym wszystkim, którzy w ostatnich wystawach Łodzi Kaliskiej doszukują się czegoś intrygującego czy istotnego. Jest to prawdziwa, nie zaś postulowana, jak w latach 80. "sztuka żenująca".

piątek, 11 grudnia 2009

Stanisław Kulawiak czy Witold Krassowski? Dwie konpecje reportażu



Stanisław Kulawiak, Ostrzeszów 1989

Wystawa i opublikowany album Stanisława Kulawiaka "Na peryferiach PRL. Fotografie z lat 1974-89" przeszedł bez echa, jak zdecydowana większość albumów i książek o fotografii. Dlaczego brak jest recenzji czy omówień? Należy o to spytać redaktorów pism artystycznych i dzienników czy takich organizacji, jak ZPAF, która zamiast koncertów muzyki klasycznej mogłaby zorganizować sesję o reportażu lat 80. czy 90., nie mówiąc już o zamieszaniu spowodowanym konkursem w Kielcach, o którym szkoda nawet pisać (http://kielce.gazeta.pl/kielce/1,47262,4762076.html).

W albumie Kulawiaka ujrzymy jego historię rodzinną, pobyt w Krakowie do początku lat 80., powrót do Ostrzeszowa i związane z tym fotografowanie egzotyki PRL, wraz z jego śmiesznością czy tragifarsą. Ale w tym jakże prostym widzeniu i ujmowaniu świata przebija smutek oraz siła ideologii marksistowskiej, jeśli taką rzeczywiście reprezentowała. Być może była to ułuda wielkości?

Słusznie Adam Sobota uważa Kulawiaka za ważnego obserwatora życia społecznego w koncepcji "fotografii socjologicznej", który rejestrował także autentyzm życia religijnego w latach 70. jak i 80. Wartość jego zdjęć nie polega na wypracowaniu własnego stylu, ale na wykorzystaniu szerokiego spektrum, w jakim uchwycił polską rzeczywistość szarej i pozornie bezbarwnej prowincji. Z tego powodu jest to istotny zapis.

Kilka dni temu ukazał się kolejny album pokazujący podobną panoramę życia polskiego "Powidoki z Polski" Witolda Krassowskiego. Towarzyszy mu wielka kampania reklamowa, np. w postaci zdjęć ustawionych w centrum Warszawy. M.in. napisano, w sposób zupełnie nieopowiedziany: "Doczekaliśmy się wydania albumu, o którym już przed premierą można było powiedzieć, że będzie najważniejszą książką fotograficzną ostatniego dwudziestolecia w Polsce". W "Rzeczpospolitej" w tekście Moniki Małkowskiej padło kolejne określenie, znowu nieuprawnione - "wybitny fotograf". Dlaczego wybitny, czy dlatego, że był nagradzany na World Press Photo? Spytam jakie muzea zachodnie czy polskie wystawiały prace tego autora? Jakie ma ceny na rynku sztuki? Mniejsza o odpowiedź, która jest jednoznaczna.

Dlaczego recenzenci w żadnym z tekstów nie analizują stylu fotografii Krassowskiego? Nie dostrzegają np. kontynuacji tradycji portretu Krzysztofa Gierałtowskiego, nie wiedzą o nawiązaniu do fotografii amerykańskiej z lat 40. czy 60., czy polskiego reportażu z lat 70. Tak nie wiedzą, bo jest to dla nich człowiek mediów i to wyznacza granicę sukcesu, którą ma zagwarantować popularny dziennikarz Jacek Żakowski. Tylko, co on wie o historii fotografii? Rodzą się inne istotne pytania, czy Krassowski nie pasożytuje na fotografowanych rozebranych dziewczynach? Czy nie cieszy się niczym łowczy, który schwytał atrakcyjną zdobycz? Niestety, znam takie zdjęcia tego autora. Nie wiem do końca na czym ma polegać jego wizja lat 80., nawet nie chcę wnikać w jego świat, który jest mi obcy w przeciwieństwie do zdjęć Kulawiaka.

Dlatego, jeśli ktoś interesuje się polskimi przemianami lat 80. i fotografią polską tego okresu, to zdecydowanie polecam pierwszy z albumów, nie mówiąc o jego konkurencyjnej cenie. Pamiętajmy, że media są zainteresowane sobą, nie zaś rzetelnością w recenzowaniu wydarzeń artystycznych, w tym wydanymi książkami czy albumami. Dlatego z reguły nie wiedzą czy jest im zupełnie obojętne to, że ukazał się wielce interesujący album Kulawiaka.

wtorek, 8 grudnia 2009

"Człowiek jest snem cienia. Janusz Leśniak" (w Muzeum Historii Fotografii w Krakowie)






Muzeum Historii Fotografii w Krakowie prezentuje duży przegląd prac Janusza Leśniaka pt. Janusz Leśniak – „Człowiek jest snem cienia”. Jego „leśniaki”, czyli zdjęcia własnego cienia, są już klasyką fotografii polskiej. Wielu ich nie docenia. Inni, jak ja czy Andrzej Saj uważamy je za jedne z najważniejszych polskich dokonań. Są one rozwijane niezwykle konsekwentnie od przełomu lat 80/90. XX w., są wizualne, piękne w swym obrazowaniu fotograficznym, potem nieoczekiwanie malarskim (zdjęcia z Łańcuta), a obecnie w madalicznych pracach także malarskim, ale przybliżającym się do zagadnienia „pełni”.

Czy Janusz Leśniak doszedł do granic obrazowania? Tego nie wiemy, tego też nie wie sam artysta. Bada jego granice i przesuwa je ku kolejnym para religijnym aspektom. Należy zaznaczyć, że krakowski artysta wybrał bardzo trudne zadanie, polegające na tworzeniu fotografii monotematycznej, przypominającej trochę zamysł i projekt obrazów liczonych Romana Opałki z końca lat 60.

Czym jest cień? Jak go analizować? Proszę przeczytać, Drogi czytelniku, m.in. w tekście wstępnym do bardzo dobrego katalogu wydanego w Krakowie. Autorem kolejnej analizy „leśniaków” jest tym razem Marek Jańczyk, który dodał kolejne interpretacje. Pisał m.in. „Prezentowane prace powstały w miejscach i sytuacjach wypełnionych ciszą, skupieniem, spokojem i pozytywną energią.” O energii w sztuce pisze się bardzo dużo. Rozpoczął chyba Wassilij Kandinski w pracy „O pierwiastku duchowym w sztuce” (1916). W sensie pozytywnej energii głównie teoretycznie zajmował się nią m.in. Andrzej Lachowicz już w końcu lat 70.

Z pewnością prace Janusza Leśniaka prezentują „pozytywną energię”. Tylko jak tego dowieść, jak przekonać wątpiących? Poza samą wrażliwością postrzegania, gdyż sztuka opiera się także na kategorii wrażliwości, Lesniak mógłby opowiedzieć historię z udziałem swego kilkunastoletniego wnuka, który ujrzał mandalę z fotografii dziadka, kiedy w czerwcu 2009 jego zdrowiu groziło ogromne niebezpieczeństwo.

Zachęcam autora, bo jest jeszcze na to czas, aby opisał swoje doświadczenia i przeżycia związane z fotografowaniem cienia. Z pewnością byłby to kolejny krok do zwiększenia ich i tak wyjątkowego znaczenia w najnowszej polskiej fotografii.

Więc jadę do Krakowa, aby skonfrontować zdjęcia cienia z ich realnym działaniem estetyczno-psychologicznym!

środa, 2 grudnia 2009

Skromny jubileusz (10 000 wejść na mój blog)

O godzinie 15.49 (ap z Krakowa - abkf143.neoplus.adsl.tpnet.pl 83.7.173.143) miało 10 000 wejście na mój blog. Licznik założyłem w lutym, a blog prowadzę od 2008 roku. Nie ma kwiatów, nie ma szampana, ani ataku mediów. I bardzo dobrze! Swoje pisanie traktuję jako rodzaj notatnika i pamiętnika, aby utrwalić choć część tego, co mnie zastanawia, czasem wzrusza czy niepokoi albo wręcz denerwuje. Staram się być niezależny wobec koniunktury artystycznej, bo taka zawsze istnieje.

W listopadzie, aby pozostać przy statystyce, miało miejsce najwięcej odwiedzin mego opisywania życia artystycznego w jego różnych dziedzinach. Wynik mówi sam za siebie - 1544.

W najbliższym czasie zapowiadam teksty: o filmie "Staż nocna" Petera Greenawaya oraz o cieniu w fotografii Janusza Leśniaka. Na razie żadnych polemik nie będzie, choć nigdy do końca nie wiadomo.

Przepraszam muszę kończyć i szykować obiad. Jeszcze jedno - pozdrowienia dla Staszka Wosia, autora najlepszej filozofii fotografii w XXI wieku w Polsce (wywiad z "Tygodnika Powszechnego") oraz studentów ze Szkoły Fotografii Kwadrat we Wrocławiu.

poniedziałek, 30 listopada 2009

Dwie uroczystości w Łodzi– Ewa Partum i Andrzej Lachowicz


Andrzej Lachowicz w Galerii Wschodniej (28.11.2009)

W Łodzi mamy festiwale i jubileusze oficjalne, jak chociażby Camerimage, organizowany pod sztandarami miasta i marszałka województwa, które tak naprawdę nie tworzą autentycznej kultury i są wydarzeniami dla mediów i polityków, a przy okazji także dla studentów (głównie warsztaty filmowe). Jednak przy okazji tego wielkiego festiwalu brakuje ciekawych paneli, wystaw fotograficznych czy malarskich. A festiwal kosztuje miliony. Tylko co po nim pozostanie inspirującego i twórczego? Jakże chętnie lubią się łódzcy politycy fotografować z Davidem Lynchem. Leszek Miller podobno rozmawiał z nim o medytacji… Szkoda, że nie znają i nie doceniają artystów polskich, a tym bardziej łódzkich. Na szczęście mamy także skromne, ale jakże cenne inicjatywy organizowane przez galerie i osoby prywatne.

W piątek 27.XI w samo południe na Placu Wolności otworzono przy udziale Ewy Partum jedną z tablic poświęconą , jakże ważnej dla sztuki polskiej, działalności konceptualnej a potem feministycznej tej artystki. Dzięki inicjatywie Krystyny Potockiej z galerii Manhattan przypomniano w tym roku niepokazywaną w Łodzi twórczość. Stworzono konceptualne muzeum poświęcone tej wybitnej artystce. Dlaczego do tej pory Muzeum Sztuki nie przygotowało monograficznej wystawy prac Partum, choć takie odbywały się w ostatnich latach w Gdańsku i w Warszawie (w Królikarni), nie mówiąc o Niemczech (Baden-Baden)? Ewa Partum zasługuje na to, aby być dla Łodzi artystką o podobnym znaczeniu, jak dla Wrocławia Natalia LL. Obecnie niektóre polskie feministki odwołują się do jej twórczości, jak czyni to np. Ewa Świdzińska. W niejako zamian w gmachu Muzeum Sztuki przy ul. Więckowskiego możemy obejrzeć co najwyżej przeciętną wystawę twórczości lekko feminizującej Sanji Iveković „Trening czyni mistrza”.

Następnego dnia - 28.11, w sobotę o godzinie 17.00 w istniejącej od 1984 r. Galerii Wschodniej Józef Robakowski wręczył doroczną nagrodę im. K. Kobro Andrzejowi Lachowiczowi, który w ostatnim roku bardzo silnie zaistniał w świadomości artystycznej. W konkursie, jak opowiadał w czasie wręczenia nagrody Robakowski, Lachowicz wygrał stosunkiem głosów 5:0 z nie byle kim – Romanem Opałką. Lachowicz wybrał do pokazu w Łodzi bardzo dobry cykl fotografii z lat 80. XX wieku „Upadek zupełny”, który jest analizą antropologiczno-filozoficzną upadku. Lachowicz nie jest już artystą progresywnym i walczącym, w ostatnim czasie stara się odsłonić zapomniane aspekty swojej twórczości z lat 60. i 70., kiedy należał do najlepszych teoretyków sztuki aktualnej w Polsce. Dla sztuki o rodowodzie konceptualnym poszukiwał nowego, holistycznego, w tym religijnego horyzontu. Jednak chyba to mu się nie udało. Ale może znajdą się następcy, którzy pójdą drogą wskazaną przez Lachowicza. Wręczenie nagrody oberwało wielu artystów i krytyków dosłownie z całej Polski! Przyjechali m.in.: Witosław Czerwonka (Gdańsk), Piotr Kurka (Poznań), Ewa Zarzycka (Lublin), Bożenna Biskupska (Warszawa), Jerzy Kosałka (Wrocław). Ta nagroda, jak było widać, ma znaczenie ogólnopolskie, w przeciwieństwie do nagród miasta czy województwa.

Dlaczego zdecydowanie wolę i popieram inicjatywy, takie jak te organizowane przez galerię Manhattan i Galerię Wschodnią od oficjalnych imprez tzw. kultury łódzkiej? Autentyczna sztuka najczęściej rodzi się bez aplauzu mediów, poza układami i fetami politycznymi, w zaciszu pracowni czy w swoistym getcie artystycznym (określenie Marka Millera z lat 80.), jakim jest na ul. Wschodniej wciąż niezależna galeria.

wtorek, 24 listopada 2009

Demon krytyki fotograficznej? Analiza krytyczna dwóch tekstów Agnieszki Gniotek ze „Sztuki.pl” i „Formatu”

Nie przekonują mnie pisane od kilku lat teksty o sztuce Agnieszki Gniotek, gdyż posługuje się powtarzaniem wzorów przejętych od innych autorów i stosuje tzw. „poprawność polityczną” w stosunku do różnych znanych artystów (np. Łodzi Kaliskiej) i galerii, jak Atlas Sztuki w Łodzi, w której odbyła się wystawa z kręgu op-artu przesadnie przez nią wychwalana. Ja nie pochwalam takiej postawy, ale oczywiście każdy ma do tego prawo. Jednak zastanawia poziom jej relacji i oceny a także kryteria wartościowania pozbawione kontekstu historycznego i chociażby krótkiej analizy. Gniotek reprezentuje pisanie na zasadzie „widzi mi się” przy okazji popełniając różnego rodzaju nadinterpretacje i błędy.

Takimi wypowiedziami są m.in. teksty A. Gniotek o festiwalach fotografii. Pierwszy to „Fotograficzne menu” („Sztuka.pl”) czerwiec 2009, drugi bardzo podobny w formie do pierwszego –„Festiwalowy nadmiar” w „Formacie” (2009, nr 57). Są typowymi przykładami błędów historycznych wynikających prawdopodobnie z niewiedzy, braku zrozumienia tematu i to zarówno idei Biennale jak i prac tam pokazanych, a tym bardziej z braku profesjonalizmu. Chciałbym zwrócić uwagę pani Gniotek, że umiejętność analizy historycznej i artystycznej w sposób jak najbardziej obiektywny, poparta głęboką wiedzą to zadanie i cel krytyki historycznej i artystycznej.

Pozwolę sobie zauważyć, że w pierwszym tekście odnośnie Warszawskiego Festiwalu Fotografii Artystycznej Gniotek chwali wystawę St. Wosia, a nie zauważa tych samych prac pokazanych na zorganizowanej przeze mnie wystawie na 6. Biennale Fotografii w Poznaniu. Dlaczego? Czyżby te różnice w postrzeganiu wynikały z chęci ostrej krytyki zorganizowanej przeze mnie ekspozycji „Od problemu symulacji do "nowego symbolizmu". Aspekty fotografii z początku XXI wieku”?. W tym celu autorka wymienionych tekstów z 25 uczestników wystawy nie wymieniła żadnego! A więc przy okazji zignorowani zostali biorący w niej udział artyści. Jest to postawa wysoce nieprofesjonalna, przedkładająca osobiste uprzedzenia ponad rzeczywistą wartość pokazanych prac. O wszystkich artystach z tej wystawy Gniotek pisze w sposób ogólny, nie potrafi także dostrzec jej idei, którą było pokazanie (tytuł!) różnych problemów fotografii z XXI wieku, w tym symulacji i zagrożenia terroryzmem czy strachem przed nim. Nie zauważyła centralnie usytuowanej pracy Natalii LL na ten temat czy rywalizujących/kontrastujących z nią prac Janusza Leśniaka, które przedstawiają możliwość wyzwolenia się z ideologii. Nie będę tłumaczył tu problemu wystawy, bo dla każdego choć trochę rozeznanego w tym temacie jest on czytelny, skupię się na błędnych interpretacjach pani Gniotek. Na wystawie nie było, jak pisze Gniotek „religijnego fanatyzmu”, „ideologii totalitarnych” czy „ruchów wolnościowych”. Chaos kompozycyjny ekspozycji, który także stał się zarzutem, był moim celowym i przemyślanym sposobem rozmieszczenia prac. A dlaczego zracjonalizowany chaos, stosowany także w istotnych projektach np. Adama Mazura, nie może być formą prezentacji, czy wszystko mamy porządkować i prace wieszać na wysokości wzroku, np. 140, a może 145 cm?

W „Sztuce.pl” Gniotek napisała: „Wystawę cechował zdecydowany brak odwagi sięgnięcia po naprawdę nabrzmiałe problemy.” Co to znaczy? Proszę sprecyzować tę opinię, bo inaczej uznam ją za tak często stosowane przez Panią pustosłowie. Uściślając - w kręgu ideologii ważny jest dla mnie feminizm, jego fluktuacje oraz zagrożenie terroryzmem (prace M. Zygmunta). Obecnie nie ma większego problemu niż strach przed nowym konfliktem, dlatego prace Zygmunta, o których Pani nie wspomniała, zakończyły wystawę, a rzeźby Anny Baumgart cytujące ucieczkę przez Mur berliński z 1962 roku zaczęły ją. Były też realizacje, które odnosiły się do katolicyzmu, choć Pani ich nie zauważyła – Joachima Froese.

O festiwalu w Krakowie p. Gniotek napisała: „W Bunkrze Sztuki pokazano świetną wystawę portretów i autoportretów Witkacego oraz przygotowaną przez kuratora Karela Císařa ekspozycję "W dowolnym momencie". Ta ostatnia miała stać się najważniejszym wydarzeniem Miesiąca, jednak jakoś nie zachwycała.” Ja również pisałem na ten temat w „Kwartalniku Fotografia” i uważam, że wystawa "Witkacy. Psychocholizm" okazała się największym rozczarowaniem, gdyż pokazano na niej m.in. animację jego zdjęć i złej jakości wydruki w formacie nie stosowanym przez twórcę "Szewców". Rozczarowała mnie również (i nie tylko mnie!) ekspozycja pt. "W dowolnym momencie", prezentująca puste ściany i słabe technicznie wydruki, nie zaś konceptualizm czy socjologiczne konceptualizacje. Zupełnie inaczej oceniamy też wystawę "Archiwum centralne". Potencjalnych czytelników zachęcam do lektury mego tekstu w „KF” (2009 nr 30).

Za poważny błąd historyczny popełniony przez p. Gniotek uważam jej stwierdzenie „Prawdziwym ukoronowaniem festiwalu była znacząca retrospektywa prac Weegee’go z kolekcji Handrika Berinsona zaprezentowana w Muzeum Narodowym. To pierwsza okazja zobaczenia prac tego fotografa w Polsce”. Autorka tego tekstu nie słyszała zapewne o wystawie prac Weegee’go, która odbyła się w 1996 roku w Łodzi, nie wie, że jest katalog i nie zauważyła, że w wydanej w maju książce "Oblicza fotografii" jest tekst o tej ekspozycji. Oczywiście nie musi tego wiedzieć, choć, moim zdaniem, każda osoba mająca ambicje bycia krytykiem sztuki – powinna! W tekstach p. Gniotek brakuje także, co uważam za ich poważną wadę, chociażby śladów analizy, w tym przypadku Weegee’go czy Witkacego. Taka postawa przypomina mi turystę, który notuje swe wrażenia z odbytej podróży: raz trafnie, innym razem błędnie, bo to przecież tylko impresje,np. stwierdzenie: „Bardzo podobała mi się ekspozycja Arnolda Odermatta „Karambolage” prezentowana w Camelocie…”. Dla mnie, niezależnie od tego czy mi się podoba czy nie, to dość banalna fotografia, powstała bez świadomości dokumentu, wykonana przez policjanta i podniesiona na zasadzie ciekawostki do poziomu kultury wizualnej.

Na koniec tekstu w „Fotograficznym menu” napisała o sobie, o swoim zmęczeniu, i o tym, że była jurorką konkursu fotograficznego (z którego niewiele wyniknęło).: „Ważnym wydarzeniem okazała się też gala wręczenia nagród w pierwszej edycji konkursu na Fotograficzną Publikację Roku, która zgromadziła licznych gości z całej Polski,...” Nic dodać, nic ująć. Dla prawdziwego turysty liczą się goście i gala. Ja zupełnie inaczej oceniam podniesioną do zbyt dużego wydarzenia ceremonię rozdania nagród. Przypominam też sobie, o czym zapewne pani Gniotek doskonale pamięta, że odmówiłem udziału w konkursie Fotograficzna Publikacja Roku, ponieważ wiedziałem, że jest w nim jurorem.

Niedawno w mailu do Katarzyny Majak, napisałem że działalność Agnieszki Gniotek, (m.in. wcześniej w Rempexie) i przede wszystkim obecna jako - krytyka sztuki, jest dla mnie niejasna. Zbyt łatwo feruje aprioryczne i stanowcze wyroki, nie krytykując w najmniejszy sposób inicjatyw, z którymi jest związana. Nie cenię tego rodzaju postawy, w przeciwieństwie do Adama Mazura, z którym bardzo ostro polemizuję, ale ostatecznie dochodzimy do konsensusu. I w tej polemice chodzi o „coś” ważnego w rozumieniu najnowszej fotografii.

Wracając do analizy tekstu „Festiwalowy nadmiar” znowu autorka wymienia to, czego nie pokazałem, czyli, np. „ruchy wolnościowe”, powtarzając swój tekst sprzed kilku miesięcy ze „Sztuki.pl”. W jakim celu? W dalszej części nie wie, że pisano i przez ten fakt odkrywano łamach „KF” już kilka lat temu twórczość Miroslava Tichego. Dlatego bardzo ciekawa ekspozycja z festiwalu w Krakowie nie była już wcale odkryciem, jak to wynika z tekstu. Gniotek po prostu nie wiedziała, że praca Tichy’ego zaistniała na okładce „KF” (2005 nr 19) i poświecono mu ciekawy tekst Darii Kołackiej, który polecam.

Podsumowując – chcę podkreślić, że działalności krytycznej Agnieszki Gniotek raczej nie można traktować poważnie. Zdecydowanie lepiej się realizuje pisząc o łazienkach i ich dekorowaniu. Nie jest niestety demonem krytyki, raczej uprawia rodzaj „turystki artystycznej”, pisząc ładnie o tych, z którymi łączą ją interesy (np. Kraków) lub tak chce zleceniodawca. Tego typu teksty nie niosą ze sobą żadnej wartości, a tym bardziej nie są opiniotwórcze. Nadają się raczej do rubryk popularnych czasopism z cyklu „Ludzie listy piszą.”

P.S.
Pytanie do redaktora Andrzeja Saja. Po co publikować bardzo podobny tekst dwa razy w tym samym czasie? Czy brakuje w Polsce krytyków fotografii? Ten tekst pisałem z wieloma wewnętrznymi oporami, ale czasami trzeba uprawiać „teologię negatywną” (nawiązuję do postulatów badawczych Theodora W. Adorno).

niedziela, 15 listopada 2009

"Przeznaczone do burdelu" /"Born Into Brothels: Calcutta's Red Light Kids" (2004)



Dokument filmowy i fotograficzny ma się dobrze, jeśli rozwija się według zasad stworzonych i rozwijanych zgodnie z własnymi zasadami. Ujawnia niechcianą i przemilczaną prawdę, wstrząsa tragizmem losu, z którego praktycznie nie ma wyjścia. O losie dzieci z Kalkuckiej dzielnicy przesiąkniętej prostytucją decydują najczęściej rodzice i opiekunowie, rzadziej one same i fotografia. Film ten polecam osobom rozwijającym dokument o znaczeniu czy przesłaniu socjologicznym, jako potencjalną formę pomocy czy terapii - niepełnosprawnych, chorych, alkoholików, etc.

Film pod nieco zmienionym polskim tytułem "Przeznaczane do burdelu" uzyskał Oscara w 2005 r. za najlepszy pełnometrażowy film dokumentalny. Mamy możliwość zobaczenia przerażającego obrazu współczesnych Indii - ludzi nie tylko przegranych, ale w nędzne życie wciągających swe dzieci. W "czerwonej dzielnicy" panuje smród i skrajne ubóstwo. Ludzie żyją w niewyobrażalnej biedzie, gdzie alkoholizm i prostytucja są jedynym przesłaniem ich smutnego i pustego w swym wymiarze życia. Tu nie ma żadnej duchowości, z czym przeciętnemu Europejczykowi kojarzą się Indie!

W tym filmie rysuje się kastowy obraz społeczeństwa. Z najniższej warstwy nie ma wyjścia. Tylko niektórym dzieciom udaje się wymknąć z tej matni. Jest to zasługa Zany Briski i jej determinacji, a w dalszej kolejności sile sztuki i fotografii, która budzi wśród dzieci zainteresowanie jako forma nie tylko dokumentu, ale i metody rejestracji niesprawiedliwego społecznie świata, w którym muszą żyć. W zaskakujący i dojrzały sposób o fotografii mówi jeden z bohaterów Avijit, który pojechał do Amsterdamu na World Press Photo. W tym momencie znajduję w tym filmie pękniecie ideowe, gdyż ten skomercjalizowany konkurs wykorzystuje ludzkie nieszczęście. Zwrócę uwagę, że jego ranga spada, co także widać po miejscach gdzie jest eksponowany.

Jest to wybitny film, który adresowany jest także do odbiorców szukających odpowiedzi na pytanie czy fotografia może spełniać misję - dokumentu w sztuce? Fotografia w tym wypadku odmieniła los kilku młodych osób przeznaczonych do nędznego życia. Nie wszystkich udało się uratować, ale ważna jest postawa moralna Zany Briski, która obok Rossa Kaufmana była także reżyserem tego wybitnego filmu.

poniedziałek, 9 listopada 2009

Andrzej Dudek-Dürer w galerii 13 Muz w Szczecinie





Andrzej Dudek-Dürer. Rekonstrukcja tożsamości
22.10 - 19.11.2009

"Duma Wrocławia" - to jakże trafny tytuł tekstu ze "Sztuki.pl" (X 2009) Jerzego Truszkowskiego o Andrzeju. W bardzo dobrej galerii prowadzonej w Szczecinie przez Keda Olszewskiego mamy możliwość zobaczenia kolejnej propozycji wystawienniczej, ukazującej jak poprzez pryzmat swej osobowości, fizjonomii, poprzez zwykłe, choć już niezwykłe spodnie i buty można przedstawić "trwałość", "tożsamość", pomimo wciąż zmieniającego się świata i własnego wyglądu zewnętrznego.

Artysta zaprasza nas do wędrówki wewnątrz własnej jaźni/psyche. Być może wszystko jest mirażem, a chodzi o poszukiwanie czegoś trwałego i niezmiennego? Poszukiwanie dotyczy prawdziwej natury i istoty człowieka. Pomocna jest medytacja, skromność istnienia i wiara w moc sztuki. Także prostota w codziennym życiu oraz pomaganie innym w razie potrzeby. Nieprzypadkowo na niektórych zdjęciach i filmach zobaczymy, jak artysta medytuje niczym skromny mnich na ulicach Seulu. Pokazał to także podczas długiego, ale jakże ciekawego i scenograficznie przygotowanego performance na dziedzińcu galerii.

Artysta jest już postacią mityczną. Sam ze zdziwieniem w 2008 r. we Wrocławiu obserwowałem, jak na bankiecie zorganizowanym w związku z przyznaniem Oldze Tokarczuk nagrody "Odry", ludzie z kręgu kultury podchodzili do Andrzeja i pytali go, czy jest tym słynnym Dudkiem-Dürerem!

Andrzeja poznałem w 1994 r. na wystawie zorganizowanej w Muzeum Sztuki w Łodzi. Można było jeszcze w nim oglądać sztukę wideo-performance i aktualną fotografię - polską i czasem światową. Niestety, to już przeszłość! Ale nasza przyjaźń okazała się trwalsza niż Muzeum Sztuki, gdyż "pustka jest formą", co ma swoje głębokie znaczenie i w co razem wierzymy.

czwartek, 5 listopada 2009

Dlaczego nie bedę bronił Ryszarda Ziarkiewicza?

30.10.2008 znany krytyk sztuki Ryszard Ziarkiewiecz został zwolniony z pracy z muzeum w Koszalinie. W obronie zwolnionego gremialnie wystąpiło środowiskowo artystyczne. Oczywiście sprawę trzeba wyjaśnić, gdyż administratorzy sztuki czują się faktycznie bezkarni.

W wypowiedziach i komentarzach nt Ziarkiewicz zwraca uwagę komentarz Kazimierza Piotrowskiego, który wspomina, że wydawca najlepszego obok "Obiegu" pisma, jakim był "Magazyn Sztuki", nie płacił za teksty. Wypowiedź niby żartobliwa, ale mnie spotkało to samo i to jeszcze w mocniejszym kontekście.

Na prośbę Ziarkiewicza ok. 1996 r., kiedy "sztuka krytyczna" przeżywała swój boom przygotowałem bardzo długi wywiad z Konradem Kuzyszynem. Potem bez mojej zgody nasza rozmowa została mocno skrócona, z ok. 14 stron do 7. Widzieliśmy jej szczotkę, zrobiliśmy dalszą korektę tekstu. Otrzymałem nawet rachunek na sumę 700 zł polskich podpisany przez Ziarkiewicza z pieczątką na ul. Zakopiańskiej. Trzymam go dziś. Potem okazało się, że w wydanym numerze nie ma mego wywiadu. Pojawił się tekst o artyście Jolanty Ciesielskiej i opublikowano także zdjęcia Kuzyszyna. Nie usłyszałem od redaktora Ziarkiewicza jakiegokolwiek słowa wytłumaczenia niemoralnej dla mnie sytuacji. Moja duża praca poszła na marne. I nie tylko. Czuję się oszukany na kwotę kilkuset złotych. Nie chodzi tylko o pieniądze, chodzi o fakt że Ziarkiewicz tak cynicznie postępował nie tylko ze mną, czy Piotrowskim. Czuł się.... wielki i "poza dobrem poza złem". Wydawało mu się, że wszystko mu wolno. Może jest to klucz do zrozumienia jego najnowszego konfliktu? Może? Tego nie wiem na pewno.

Właśnie z powodu nieuczciwości Ryszarda Ziarkiewicza, nie będę go bronił.

niedziela, 1 listopada 2009

Sylwia Kowalczyk - jeden z przypadków...





z cyklu "Chicas", 2005-07
Lev
Liska


Sylwia Kowalczyk nie zaistniała w polskiej fotografii z początku XXI wieku w takim stopniu, na jaki zasługuje. Nie było jej zdjęć na najbardziej spektakularnych pokazach, jak "Nowi dokumentaliści". Absolwentka ASP w Krakowie (dyplom w pracowni Agaty Pankiewicz) obecnie studiuje na podyplomowych studiach z fotografii w Edynburgu.

Niedługo obok dwójki innych Polaków prace jej pokazane zostaną na prestiżowej wystawie organizowanej przez znane Musée de l'Elysée w Lozannie (dyrektor William A. Ewing) pt. "reGeneration2. Tomorrow’s Photographers Today". Dodatkowo wydany zostanie katalog w wersji francuskiej, angielskiej, a może i chińskiej!

Dlaczego o tym wspominam? Pamiętam, że jej wystawa pt. "Chicas" została zgłoszona przez mnie w 2007 do konkursu na "Miesiącu fotografii" w Krakowie. Wybrano kilkanaście innych, ale nie Kowalczyk, np. wystawę Moniki Brodki pt. "Przemiany". Zdjęcia Kowalczyk, moim zdaniem należą do najciekawszych w początku XXI wieku w fotografii polskiej, gdyż w inscenizacyjny sposób, sięgając jednak po niektóre zasady fotografii dokumentalnej z subtelną ironią, a także wyrażając obsesyjne lęki, przedstawiła życie młodych kobiet w interesujący malarski sposób.

Prace Sylwii, i to nie tylko z cyklu "Chicas", bardzo mi się podobają. Dlatego napisałem o nich tekst do "Kwartalnika Fotografia" (2006 nr 20), a 2007 kolejny do katalogu wystawy indywidualnej w Wozowni w Toruniu. W tym czasie wystawiała także za granicą oraz miała świadomość wielkości nowych postaci w fotografii europejskiej, jak Elina Brotherus. Świadomość działania jest rzeczą bardzo ważną w sztuce, podobnie jak intuicja. Tylko, że intuicja powinna pomagać w działaniu. Zaś bez odpowiedniej i zmiennej w czasie historycznym świadomości nie da się tworzyć! Chyba, że chce się być twórcą naiwnym, działającym we własnym rytmie i "czasie wewnętrznym" własnej aktywności.

Obecnie wykonuje portrety, które sięgają do tradycji portretu nowożytnego w malarstwie. Potwierdza popularną tezę rozwijaną przez m.in. Jeffa Walla, że jedynie fotografia może udźwignąć ciężar tradycji malarstwa. Nie udaje się to, trudno powiedzieć dlaczego, samym malarzom!

Sylwia pokazuje dziwność i tajemniczość przedstawionych postaci. Tym samym kontynuuje problemy, które widać było już w "Chicas".

Artystka ma dużą świadomość materii, w której działa. Zainteresowanych jej poglądami na fotografię, sztukę, czy ocenami World Press Photo odsyłam do naszej rozmowy, która ukazała się w książce "Poszukiwanie sensu fotografii. Rozmowy o sztuce" (Łódź 2008).

Sylwia Kowalczyk jest jednym z kilku polskich przypadków - artystki bardziej znanej i wystawianej poza granicami kraju niż w Polsce.

poniedziałek, 26 października 2009

"Gracze" Zbigniewa Carewicza






Trzeba poszukiwać w takiej materii jakiej nikt nie zgłębia. To pierwsza niepisana zasada dokumentu fotograficznego i reportażu oraz chyba całej sztuki. Z pozoru wyścigi konne, jakie fotografuje od 2004 r. Zbigniew Carewicz mogą wydawać nie tylko banalne, ale zbyt proste czy nijakie. Ale siłą ("wolą twórcy") należy przełamać opór materii i określić własną wizję. W przypadku prezentowanych dokumentalnych zdjęć, bez jakiejkolwiek inscenizacji, mamy, co ciekawe, poczucia końca - tego rodzaju sportu, ale nie tylko. Ludzie są dziwni, wyobcowani, przypominają manekiny, ujęci są w trochę surrealnych ujęciach.

Mamy do czynienia nie z ukazaniem zawodów, co byłoby efektem większości zdjęć prasowych, ale problemu "końca bez końca" określonej społeczności, gdyż taki chyba szybko nie nastąpi. Dlatego z dużym zainteresowaniem będę oglądał jak się ten projekt będzie rozwijał. Czy zobaczymy zawodników, konie albo ukryte negatywowe aspekty, jeśli takie da się zauważyć, etc. Może tez to być pretekst do stworzenia zbioru z zakresu fotografii porterowej albo dokumentu, jak ze szkoły Becherów. Nie mówiąc o fakcie, że portret, jak to czyni Carewicz, łączony jest z oschłym dokumentem architektury. Tak też można postępować.

Co widzę jeszcze? Trochę Roberta Franka, trochę Lee Friedlandera, dokonania "fotografów ulicznych". Ale jest też osobista droga - wyobcowanie i nostalgia. To dobrze wróży.

wtorek, 20 października 2009

"Raj utracony", galeria Chiwara, Łodź, ul. Janosika 76




Rzeźby Andrzeja Zająca

16.10.2009 r. w Łodzi przy ul. Janosika 76 odbył wernisaż wystawy prac Andrzeja Zająca pt. „Raj utracony”. Zaprezentowano m.in. obrazy w nietypowych ramach uzupełniane płaskorzeźbą, rzeźby w formie instalacji np. z jabłkami. Autor, określający siebie mianem „rzemieślnika”, pokazuje m.in. w jaki sposób mity Adama i Ewy czy Matki Boskiej z Dzieciątkiem mogą funkcjonować w świecie sztuki afrykańskiej! Jest to zaskakujące, ale w tym przypadku prawdziwe.

Autor wychodząc od ikonografii sztuki chrześcijańskiej dokonuje jej transformacji w świat afrykańskich mitów. Czy jest to możliwe? Czy idee i symbole migrują i przemieszczają się w ludzkiej psychice? Być może odpowiedź znajdą Ci, którzy zobaczą artystyczny świat Andrzeja Zająca, tworzącego ciekawe rzeźby nawiązujące m.in. do sztuki Dogonów, gdyż duchowo czuje się Afrykańczykiem… Można powiedzieć, że ta sztuka udała się A. Zającowi. Jego wizja jest klarowana i prosta, a także zaskakująco nowoczesna poprzez umiejętnie zastosowanie motywu bramy (pasażu) i formuły abstrakcji geometrycznej. Np. afrykańska maska obrzędowa może w jego wizji przypominać architekturę kościoła chrześcijańskiego.

Jego świat sztuki jest poważny, innym razem nostalgiczny, a jeszcze innym ironiczny. Nie można mu zarzucić braku wewnętrznego zaangażowania i pasji twórczej. Tworzy także maski afrykańskie, inspirowane czy kopiowane ze sztuki afrykańskiej oraz malarstwo portretowe, w którym ważną rolę odgrywa wyjście poza granice ram obrazu, tak aby stał się on, co rzadko się czyni, integralną częścią pracy twórczej.

Wystawie towarzyszą także obrazy olejne Piotra Tymochowicza absolwenta UMCS w Lublinie, również inspirowane motywami afrykańskimi, w tym drzewa poznania dobra i zła, które może być także odczytane jako wyobrażenie szamańskiej duszy i struktury wszechświata. Artysta stosuje rodzaj filtra kulturowego i inspiruje się montażem elektronicznym, łącząc różne motywy. Ciekawy jest nowy symbol Szatana, jaki pojawia się w trzech obrazach.

Artyści starają się odpowiedzieć na jedno z najtrudniejszych wyzwań – co czynić i jak działać twórczo, gdy „raj został utracony”.

Chciałbym, aby Andrzej Zając jako artysta miał możliwość stworzenia dużych rzeźb w centrum jakiegoś miasta, z tak nośnymi symbolami, jakimi się posługuje.

Wystawa jest dowodem na to, że można być interesującym artystą-rzemieślnikiem, bez skończenia wyższej szkoły plastycznej. Dla sztuki jest obojętna edukacja, dla sztuki liczy się wyraz wizualny i zawarta w niej idea. W tym przypadku mamy i jedno i drugie.

Będę dalej dopingował i pomagał, aby Pan Andrzej tworzył dalej, gdyż jest dla mnie prawdziwym artysta, nie wykreowanym sztucznie przez mass-media czy galerie układy. Takich twórców, działających w stylu pop mamy zbyt wielu. Działają w stylu kaberetowo-cyrkowym, ku uciesze gawędzi.

czwartek, 15 października 2009

"Fragmenty suplementu do historii polskiego wideo 1989-2007" (Szczecin, klub 13 Muz,22.10.2009)


Piotr Wyrzykowski, Atomic Love, 2002

Od czasu do czasu wracam do historii polskiego filmu eksperymentalnego i wideo realizowanych w formie taśmy celuloidowej, potem magnetycznej a obecnie obrazu cyfrowego. Obecna nazwa wideo-art jest tu umowna, wynika bardziej z tradycji i estetyki, niż technologii. Interesują mnie różne spojrzenia na okres od lat 80. do chwili obecnej.

W Szczecinie pokażę m.in. mało znane prace Wiktora Polaka, sięgającego do swych obsesji w formule body-art i wciąż niedoceniane realizacje Anny Baumgart, która bardziej znana jest ze swej twórczości rzeźbiarskiej niż wideo, którym m.in. wyznaczyła drogę dla słynnej "Pasji" Doroty Nieznalskiej. Ale film Baumgart "Zima", 1997 jest dla mnie zdecydowanie ciekawszy, nie zaś tak jednostronna, by nie powiedzieć "łopatologiczna" "Pasja". Tak naprawdę została ona wylansowana przez proces sądowny, który nigdy nie powinien mieć miejsca, choć nie była to zbyt oryginalna i mądra praca. Lepsze fotografie o podobnym ładunku prowokacji wykonali np.: Man Ray czy Andres Serrano. O tym wszystkim opowiem na spotkaniu w Szczecinie o godzinie 17.13, a potem odbędzie wernisaż wystawy Andrzej Dudek-Dürea, który w tym roku obchodzi jubileusz 40 lecia "sztuki butów".

Program pokazu

I. Okolice Łodzi Kaliskiej
Adam Rzepecki i Grzegorz Zygier, Every dog has his day,1990, 5" 3"
Zygmunt Rytka, Czas do dyspozycji, cz. II, 1989, 3" 40 "
Andrzej Kwietniewski, Krzyżacy, 2002, 4"

II. Alchemia, medytacja – Od C 14 do Spiż 7
Marek Rogulski, Etap I, 1990, 1" 56"
Marek Rogulski, Krr, 2006,1" 30"
Marek Rogulski, Ćwiczenie łącza energetycznego, 2006, 1"
Marek Rogulski, Łączenie emanacji, 2006, 1" 10"
Piotr Wyrzykowski, Atomic Love, 2002, 5"
Marek Zygmunt, Medytacje, 2001, 8"
Wspólnota Leeeżeć, Bielmo awangardy, 1996, 2" 14"
Wspólnota Leeeżeć, Prombłuny mechanizm kuszenia, 1999, 5" 12"

III. Między feminizmem a sztuką kobiet
Anna Baumgart, I kiedy pocałowała żabę…1997, 5"
Anna Baumgart, Zima, 1997, 2" 30"
Anna Baumgart, Kto mówi?, 1998, 3"
Anna Baumgart, Kolekcja przypadkowych epitafiów, 1998, 5
Anna Orlikowska, Istota, 2005, 2" 11"
Anna Orlikowska, Autoportret, 2005, 0" 48"

IV. Wideo-performance i body-art
Arti Grabowski, Octoberfest, 2003, 8"
Wiktor Polak, Blisko, 2005, 8"
Wiktor Polak, Nie można oddychać zającem, 2007, 4"
Wiktor Polak, Zabawka, 2007, 3"15"

V. Muzyka i mantra
Andrzej Dudek-Dürer, Invisible time, 2001-02, 10" 28"
Mirosław Rajkowski, Motus, 2006, 1"
Mirosław Rajkowski, Radom Fantom, 2006, 2"
Leszek Żurek, Mantra, 2005, 3" 48"

poniedziałek, 12 października 2009

Mistrz Bogdan w galerii FF w Łodzi! (od 09.10.2209)


To nie żart! Z kilku najbardziej wpływowych fotografów polskich bez namysłu wymieniłbym Bogdana Konopkę. Jego fotografie posiadają duszę, jeśli tylko ktoś ją potrafi spostrzec. Ale nie jest to łatwe.

Wystawa "Szara pamięć" przybliża problem cmentarzy żydowskich w Polsce, które nie jest łatwo fotografować. Bogdan od lat 90., a może i wcześniej, posiada własny patent polegający na tym, że wszystkie zdjęcia mu wychodzą! Nie wykonuje on złych czy nawet przeciętnych fotografii w zakresie pejzażu! Ale zdarzały mu się takie portrety, gdyż jest to najtrudniejszy rodzaj fotografii. Niewątpliwie jest mistrzem w koncepcji fotografii klasycznej, nieczułym na jej przemiany z zakresu obrazu cyfrowego. Nie jest ważne, że on zwycięży, gdyż Bogdan dalej fotografuje "swoje"! Ciągle znajduje to "własne ja". Jego styl jest najbliższy, choć inny, bo mniej bolesny, zdjęciom Andrzeja Lecha.

Na czym polega ten mistrzowski styl Bogdana? Na spokoju, jaki widzimy w kadrze, jego pięknie i nostalgii. Ale także na symbolicznym wymiarze wielu zdjęć, których brakuje np. w ostatnich pracach Wojciecha Wilczyka.

Do galerii FF przyszło tego wieczoru bardzo dużo osób, np. Andrzej Kwietniewski, który opuścił Łódź Kaliską zanim osiadała na mieliźnie czy Waldek Śliwczyński z żoną Jolantą, a także Grzegorz Przyborek - najbardziej wpływowy pedagog w zakresie fotografii w Polsce. Tak, to było wydarzenie.

Nie było sposobności, aby znów porozmawiać z Bogdanem, podobnie jak w Bratysławie rok temu. Znów się rozminęliśmy. Na szczęście pozostają maile i telefony.

środa, 7 października 2009

Nie ma już neoawangardy! Na marginesie pewnego manifestu

Neoawangarda "umarła" na Zachodzie w latach 70., w Polsce jej śmierć obwieszczali już na początku lat 80. m.in.Janusz Bogucki i Grzegorz Dziamski. Stefan Morwaski pisał zaś o "złym samopoczuciu", ja zaś o jej kryzysie. Jej ostatnią redutą była Kultura Zrzuty, z czym zgadzał się np. Andrzej Kostołowski. Co mieliśmy potem? "Nową ekspresję" która była przekroczeniem neoawangardy, wg koncepcji Achille B. Olivy, a zwłaszcza "sztukę krytyczną", która do absurdu podniosła jej niektóre postulaty, ale z pozycji instytucji, galerii, bądź ASP! Wcześniej awangarda i neoawangarda zawsze były poza instytucjami, poza eksperymentem Bauhausu czy Warsztatu Formy Filmowej, ale były to wyjątki.

Sprawa nieoczekiwanie odżyła po opublikowaniu "Manifestu neoawangardy" podpisanego przez: Agnieszkę Kurant, Oskara Dawickiego, Łukasza Rondudę, Janka Simona, Edwina Bendyka. Są tu zarówno artyści, którzy tworzą m.in. sztukę w oparciu o "ready-made" , jak i teoretycy (Bendyk)i historycy zapatrzeni w osiągnięcia neoawangardy (Ronduda). Ale manifest neoawangardy powstał w instytucji, jaką jest CSW w Warszawie, które dodatkowo umożliwiło otwarcie wystawy na ten temat. Czy neoawngarda może rozwijać się w szacownej instytucji? Wątpię, prawdziwa neoawangarda atakował by instytucjonalną sieć lub dążyła do jej demontażu w imię sprawiedliwości społeczno-rewolucyjnej.

Jeśli analizować ten nierewolucyjny manifest, to przypomina on dialektykę z okolic Bauhausu, kiedy pisano o "laboratorium form" i Fluxsusu. Przede wszystkim jest on bardzo konserwatywny, gdyż dopomina się jedynie o absolutną autonomię, nie obraża, nie walczy, nie atakuje. Nie jest to więc retoryka awangardy, co najwyżej jej ostatnie pogłosy lub próba poszukiwania innego modelu twórczości artystycznej, gdzie punktem wyjścia ma być sytuacja neoawangardy z lat 60-70. XX wieku. Nie widzę osobiście perspektyw rozwoju przed wyżej wymienionymi artystami, jeśli rozpatrywać ich działalność w kontekście neoawangardy i podpisanego manifestu.

środa, 30 września 2009

„Lew na ulicy”, Teatr im. Jaracza w Łodzi, 25.09.2009 (premiera 2006)


Reżyser Mariusz Grzegorek to również historyk sztuki i niedoszły malarz, który spełnił się przede wszystkim jako wybitny reżyser teatralny, mniej reżyser filmowy. Od początku podąża własną drogą, na której zajmuje się relacjami skrajnie psychoanalitycznymi. Nie interesuje go modna tematyka podejmowana przez moralnych buntowników.

W kolejnym wybitnym przedstawieniu „Lew na ulicy” zaproponował świat widziany duszą czy poprzez uczucia nieżywego dziecka, które wędruje po Kanadzie, wchodząc w interakcje ze światem żywych. Isobel (świetna rola Mariet Żukowskiej, która gra na pograniczu snu i jawy, realności i bytowania w zaświatach, rola, która na długo pozostanie w pamięci) padła ofiarą Lwa i pragnie przed nim ochronić kolejne potencjalne ofiary. Dramat jest studium i wiwisekcją społeczeństwa, wraz z jego przypadłościami i oskarżeniem systemu. O co? O głupotę, zacietrzewcie, małostkowość (także kleru i konsumpcyjnego społeczeństwa) a przede wszystkim o wszechobecne zło. Lew/zło jest wokół nas i jest w nas.

Kolażowa struktura czyni ze spektaklu rodzaj składanki, która wciąż się dookreśla, aż do samego końca. Niebezpieczeństwa tej inscenizacji polegają na dotknięciu i epatowaniu najgłębszymi zakamarkami duszy ludzkiej i na wcielaniu się dorosłych aktorów w psychikę dzieci. Temu zadaniu nie wszyscy mogą w pełni podołać, gdyż najczęściej można dostrzec pewien nienaturalny wyraz. Ale tym razem udało się – reżyser umiejętnie wymknął się prawie wszystkim niebezpieczeństwom.

Mniej podobała mi się scenografia i stroje aktorów, najmniej kolaże, zdjęcia, grafiki, które uzupełniały kolejne sceny, gdyż były wykonane w manierze parakonceptualnej czy poezji wizualnej, jak z lat 70. XX wieku. Taka forma jest już passe. Podobnie jak plakat do omawianego przedstawienia. Ale to marginalia.

Bardzo dobrze dobrana była za to muzyka, ale wiadomo, że reżyser Mariusz Grzegorzek jest wybitnym koneserem.

W sztuce gra tylko sześciu aktorów! To zaskakujące jak potrafią transformować swe aktorstwo i wcielać się przekonująco w różne postacie – od księdza po gangstera (Mariusz Ostrowski), a czynią to, poza już wymienionymi, Ewa Audykowska-Wiśniewska, Urszula Gryczewska-Staszczak, Matylda Paszczenko i Ireneusz Czop.

P.s. Mariusz – Gratulacje!

środa, 23 września 2009

"Ziemia obiecana" - reżyseria Jan Klata, festiwal "Dialogu 4 Kultur", Łódź, 11.09.09

Na niewiele zdała się dobra gra aktorów, błąd istniał w już podstawowym założeniu adaptacji powieści Władysława Reymonta w reżyserii Jana Klaty. Wybitną adaptacją "Ziemi obiecanej" jest oczywiście film Andrzeja Wajdy. Z tego powodu dla Klaty było to dodatkowym wyzwaniem, któremu jednak nie sprostał.

Banalne w swej prostocie przeniesienie dziewiętnastowiecznego wizerunku Łodzi i jej bohaterów do czasów ponowoczesnej nowoczesności, kiedy na ul. Piotrkowskiej królują puby samo w sobie nie jest złe ani dobre. Ważniejsze jest to, co wyniknęło z tego przeniesienia - niebezpieczeństwo banalizacji tragicznych wątków z powieści Reymonta, a nawet, jak to się stało, rezygnacja z nich. Jeszcze większym problemem okazało się stosowanie modnego anturażu, jak laptopy i dziewczyny na rurach. A gdzie podziałała się bieda proletariatu i jego egzystencja, o której mówił reżyser Klata, kiedy przygotowywał dla festiwalu spektakl. Bieda stanowiła bardzo ważny problem, nie tylko artystyczny, dla Reymonta.

Właśnie popkultura z najczęściej z błahą muzyka pop („Money, Money” Abby), inspiracjami z reklamy, nie tylko uwiodła reżysera, ale pogrążyła cały spektakl, który stał się w większości kiczem, gdzie np. goryl gra na perkusji, a kelnerem jest monstrum, jak z „Terminatora”. Przedstawienie było przede wszystkim śmiesznie i kiczowate; zniknął cały nastrój powieści, a w zamian otrzymaliśmy wątpliwy i niewyrazisty obraz ponowoczesnej Łodzi , w którym pozostanie w mej pamięci przede wszystkim goryl ze względu na swą egzotyczny wdzięk, a nie dobra gra większości zespołu. Słowem – porażka!

To kolejny przykład w twórczości Klaty, jak popularna strategia transformacji wybitnej powieści w inny zupełnie wymiar kulturowy, o znamionach symulacji (w znaczeniu Jeana Baudrillarda) staje się popkulturą o znikomych wartościach, czasami ku uciesze publiczności.

Na koniec przytoczę fragment z frapującego wywiadu z Andrzejem Stasiukiem, (rozmowa z Dorotą Wodecką pt. „Idę, będąc nieco gruby, „GW”, 11.09.2009, s. 21): „Cała kultura współczesna, popkultura też jest falsyfikowana, zbudowana na wartościach nieistniejących. Nie ma pomagać w egzystencji , nie ma nas określać, tylko jest wampiryczną instytucją, która wysysa z nas energię, by sama mogła zarabiać, powielać się, regenerować. Żeby istniała jako zombie”. Nic dodać, nic ująć. Warto zastanowić się nad popkulturą i jej konsekwencjami dla całości utworu plastycznego, fotograficznego, dramatycznego czy muzycznego. W tym ostatnim gatunku najlepiej się ona sprawdza. A może tylko w tym?



„Ziemia obiecana”
według Władysława St. Reymonta
reżyseria i opracowanie muzyczne: Jan Klata
adaptacja: Jan Klata, Sebastian Majewski
dramaturgia: Sebastian Majewski
scenografia i reżyseria świateł: Justyna Łagowska
kostiumy: Mirek Kaczmarek

piątek, 18 września 2009

"Rechnitz. (Anioł zagłady)" reżyseria Jossi Wieler, Münchner Kammerspiele


Historię, która wydarzyła się 25.03.1945 w pogranicznym Rechnitz, mieście austriackim blisko granicy Węgier bez problemu znajdziemy w Internecie. Około 200 Żydów węgierskich w tajemniczych okolicznościach zostało rozstrzelanych. Winni – naziści i arystokraci, którzy są bohaterami sztuki, uniknęli kary. Miejscem kaźni był zamek a głównymi sprawcami hrabia i hrabina Margit von Batthyány , ale nigdy nie znaleziono grobu ofiar!

Sztuka Elfride Jelinek "Rechnitz. (Anioł zagłady)" traktuje o dyskutowanym współcześnie problemie banalności zła, banalności zagłady, w której tragedia ludzka rozpływa się w monotonnych rozmowach, dialogach. Autorka w bezkompromisowy sposób rozprawia się z „dobrymi Niemcami”. Pod względem dramatycznym jest to wybitny utwór, który pokazuje, jak "zwykli Niemcy" wobec zbliżającej się Armii Czerwonej dokonują okrutnej zbrodni. Nie wiadomo z jakich powodów? Czy z manii wielkości czy starali się coś ukryć? Jelinek próbuje rekonstruować motywy tego czynu i czyni to w sposób bardzo analityczny pokazując , że kaci bawili się życiem, zupełnie nie przejmując się swymi ofiarami.

Ale reżysera Jossi Wielera, który oparł swój spektakl na metodzie Bertolta Brechta okazała się przynajmniej częściowo zawodna. Zło i zbrodnia w zbyt długich dialogach zbanalizowały się, straciły swą dramaturgię. Zabrakło m.in. innych środków pracy scenicznej, jak: gest, cisza, śmiech czy wrzask. Metoda pracy niemieckiego reżysera była zbyt konwencjonalna, dlatego efekt końcowy rozminął się, jak sądzę, z oczekiwaniami widzów i być może zamierzeniem reżysera. Ważne jest, że Jelinek analizuje m.in. niemieckie aspiracje do bycia centrum świata, które oczywiście demistyfikuje i obnaża. W dialogu scenicznym pada mocne określenie Niemiec i Niemców – powinni oni stać się „dupą świata”.

Ale ze względu na wybitny tekst Jelinek, i karkołomną tezę że każdą zbrodnię można ukryć, warto było ten spektakl zobaczyć. Ciekawa była scenografia, która przypomina salkę myśliwską na zamku, wraz zawieszonym u góry sceny porożem jelenia, czyli końcowym efektem polowania.

Teatr dużo może nauczyć się z lekcji, jaką wygłasza wobec świata Jelinek. Jedną z takich prób mogliśmy zobaczyć w ramach festiwalu „Dialogu 4 Kultur”.

Elfriede Jelinek "Rechnitz.(Anioł zagłady)"
reżyseria: Jossi Wieler
scenografia i kostiumy: Anja Rabes
muzyka: Wolfgang Siuda
reżyseria świateł: Max Keller
dramaturgia: Julia Lochte
występują: Katja Bürkle, André Jung, Hans Kremer, Steven Scharf, Hildegard Schmahl
premiera: 28 listopada 2008, Münchner Kammerspiele, w ramach "Dialogu 4 Kultur", Łódź, Teatr Powszechny (12,13.09.2009).

poniedziałek, 14 września 2009

"Factory 2" Krystiana Lupy (Festiwal "Dialogu 4 Kultur" w Łodzi)


To było wydarzenie teatralne numer jeden na tegorocznym festiwalu "Dialogu 4 Kultur" w Łodzi, który stał się imprezą na wysokim poziomie, już nawet nie ogólnopolskim, co międzynarodowym. Kiedyś była to lokalna impreza.

Ponad siedmiogodzinne przedstawienie Teatru Starego w Krakowie było testem na wytrzymałość i widzów i zespołu teatralnego. Ku mojemu zaskoczeniu na dużej widowni do końca pozostało ok. 80% publiczności.

Krystian Lupa okazał się antropologiem kultury, który wniknął w psychikę nie tylko Andy'ego Warhola, ale całej jego świty, w której seks i narkotyki mieszały się z działaniami paraartystycznymi, gdzie dokonywał się eksperyment nowego rodzaju aktu twórczego, polegający m.in. na czerpaniu z banalności i nijakości życia. Mogliśmy obejrzeć słynny film "Blow Job" (1963), fragment z "Chelsea Girls" (1966)i "Woman in Revolt" (1971), które stanowią integralną cześć spektaklu.

Lupa ma duże zrozumienie dla najnowszych technik artystycznych, jak performance czy wideo-art, których używa jako integralnych części spektaklu i czyni to z wielkim zrozumieniem nowych mediów, w odróżnieniu od Jana Klaty, o czym w następnej relacji z łódzkiego festiwalu.

Mogliśmy wejść i zrozumieć nie tylko gejowski świat Warhola (świetna gra Piotra Skiby), ale i takich postaci jak: Gerard Malanga, Paul Morrisaey, Ondine, Brigid Berlin (świetna Iwaona Bielska), Viva, Nico, Ultra Violet, i wiele innych. Zresztą cały zespół grał bardzo dobrze, ujawniając rożne możliwości, od spokojnych i monotonnych dialogów, do ekspresyjnej groteski.

Czym była Fabryka? Miejscem, którym jak w tyglu kłębiły się ludzkie uczucia, namiętności i rywalizowano o wpływy wielkiego Warhola. Szukano uznania mistrza pop artu. Tutaj ludzie raczej się wypalali (narkotyki) i kończyli niż rozwijali swe zdolności, ponieważ w oparach alkoholu w gruncie rzeczy cyniczny i beznamiętny Warhol eksperymentował na ludzkich uczuciach i namiętnościach. Szybko pochłonął go jednak rynek sztuk i komercja, a po próbie jego zabójstwa w 1968 (strzelała do niego Valerie Solanas), późniejsza Fabryka nie była już tym samym "laboratorium ludzkiej psychiki".

Mimo, że reżyser spektaklu wypowiadał się, że jest to fantazja o dwóch dniach z życia Warhola, mamy bardzo ciekawe, oparte na książkach i wywiadach "odkrywanie świata" wokół Warhola, metody jego pracy twórczej, jak i wiwisekcję całego otoczenia.

Po śmierci w 1985 r. transwestyty Jackiego Curtisa znaleziono karteczkę, która wiele mówi o micie Fabryki: "Naprawdę nie jesteś gwiazdą Andy'ego Warhola, dopóki nie jesteś martwy".

Sztuka Lupy w bardzo zajmujący i przekonujący sposób przybliża mit Fabryki i jej tragicznych bohaterów. Do zrozumienia spektaklu potrzebna jest jednak duża wiedza z zakresu sztuki najnowszej, nie tylko pop artu. Myślę, że z tych powodów może być nie do końca zrozumiały czy akceptowany przez teatrologów.

piątek, 11 września 2009

"Życie jest piękne" w Kielcach?. Po raz trzeci konkurs fotografii

Pisałem kiedyś na blogu, że prezydent miasta Kielc ma za dużo pieniędzy na kulturę i nie wie co z nimi zrobić! Sprawa powtarza się jednak. Pan Prezydent ogłosił po raz trzeci konkurs dla "wszystkich fotografujących". Apeluję więc do Pana Prezydenta, aby zamiast organizować tego rodzaju przedsięwzięcia np. wydał książkę pt. "Historia fotografii w Kielcach od XIX wieku" albo sprowadził wystawę z Nowego Jorku, np. z ICP dotyczącą Roberta Capy. Mogłoby być to wydarzeniem europejskim.

Takie konkursy, jak ten w Kielcach, organizowane są w wielu miastach, ale za mniejsze finanse. Np. w Łodzi prowadzi je pod egidą prezydenta Kropiwnickiego (ZCHN) grupa Łódź Kaliska (podobno artyści niezależni?) i Fundacja ul. Piotrkowskiej (ci sami co w Łodzi Kaliskiej).

Kto udziela patronatu honorowego konkursowi w Kielcach i bierze udział w tym przedsięwzięciu? Prezes ZPAF, jego członkowie i co ciekawe walczący z tą organizacją bezkompromisowy przeciwnik fotografii artystycznej Adam Mazur! To największe zdziwienie i zaskoczenie! In minus, gdyż w realnym wyborze stanął na tym samym poziomie co ZPAF!

Wypada mieć nadzieję, że to ostatni tego rodzaju konkurs, czego życzę przede wszystkim mieszkańcom Kielc.

Fragment informacji o konkursie:

"Powyższy konkurs będzie oceniany w dwóch etapach przez dwa niezależne składy Jury. W I etapie - Jury
złożone z wybitnych fotografików dokona wyboru 24 nominowanych prac fotograficznych. Skład I Jury:
Mariusz Wideryński (Prezes ZG ZPAF),
Leszek Mądzik (ZPAF, Scena Plastyczna KUL),
Tomasz Tomaszewski (ZPAF, National Geographic),
Adam Mazur (Centrum Sztuki Zamek Ujazdowski),
Andrzej Borys (Prezes OŚ ZPAF).

W II etapie - Jury wybrane przez organizatorów i złożone z osób ze świata kultury nie związanych
profesjonalnie z fotografią, dokona wyboru 12 prac fotograficznych - laureatów niniejszego konkursu.


Nagrody
- 12 równorzędnych nagród dla laureatów II etapu konkursu - po 5.000 zł.
- 12 równorzędnych nagród dla prac fotograficznych na poziomie nominowania - po 2.000 zł."

ps. Nasuwa się pytanie, czym jest ten konkurs? Postsocrealistycznym zapisem realności, zakładającym "piękność życia", czy taż chałturą dla znajomych fotografów. Chyba jednym i drugim. Ale mam wątpliwości.

poniedziałek, 7 września 2009

"Ireneusz Zjeżdżałka (1972-2008). Fotografie", Galeria Fotografii "pf" (wrzesień 2009, Poznań)







02.09.2009 w Poznaniu otworzono największą z dotychczasowych ekspozycji Eryka Zjeżdżałki. Po tej wystawie nie ma wątpliwości, że Eryk stworzył oryginalne dzieło i wykonał wiele "własnych" prac, mówiących o jego odczuwaniu rzeczywistości, jak i potrzebie tworzenia "nowego dokumentu". Są to zdjęcia o prawdomówności, nie zaś o sztuczności fotografii. Po raz drugi po jego śmierci pokazano zdjęcia w kolorze, które jako poszczególne są ciekawe, chociaż nieskończone. Brakuje kulminacji tematu czy zakończenia. Jest to w tym przypadku zrozumiałe.

Piękna wystawa przygotowana przez Macieja Szymanowicza ujawniła także zdjęcia nieznane z ok. 2001 roku, nie tylko dla mnie, ale także dla Wojtka Wilczyka czy Waldka Śliwczyńskiego.

Wydawnictwo KROPKA opublikowało bardzo duży album poświęcony artyście pt. "Ireneusz Zjeżdżałka. Fotografie", w którym znalazło się omówienie jego drogi życiowej (W. Śliwczyński), kalendarium twórczości (M. Szymanowicz) oraz teksty interpretujące twórczość Eryka z różnych stron: teorii fotografii (Witold Kanicki), tradycji dokumentu (Marianna Michałowska)i mój w aspekcie tradycji "fotografii elementarnej" z lat 80. Ten album powinni mieć wszyscy, który interesują się najnowszą tradycją dokumentu. Twórczość Eryka jest przykładem, że bez skończenia szkoły artystycznej, szybko można znaleźć własne "ja" w fotografii. Zdjęcia, teksty są pewnym drogowskazem nie tylko jego drogi artystycznej, ale też obrazują jak to się dokonało, że jego sztuka jest bardzo zajmująca i ważna.

Oczywiście na wernisażu obecna była rodzina artysty, jego przyjaciele i bliscy. W ten sposób oddaliśmy w Poznaniu cześć Erykowi - wspaniałemu człowiekowi i bardzo ważnemu twórcy z pierwszej dekady XXI wieku.

Ekspozycję w Poznaniu bardzo polecam!

wtorek, 1 września 2009

Michał Szlaga "Autoportrety (2002) oraz trochę statystyki




Jak opisać historię własnej rodziny i własne odczucie historii pokazał dość dawno Michał Szlaga, jeden z najciekawszych dokumentalistów z nowej generacji. O tych pracach pisałem kiedyś w "Kwartalniku Fotografia", bo wydają się ważne.

Dziś jest 01.09. historia zaczyna się nakładać - wybuch wojny, Powstanie Warszawskie, niedawna rocznica likwidacji "Łódź Getto" czy raczej"Litzmannstadt Getto". Życiorysy ludzkie są bardzo skomplikowane, choć o tym czasami nie wiemy lub nie chcemy wiedzieć. Michał pokazał ciekawą i odważną realizację. Przyszli historycy być może będą poszukiwać autentyczności bądź inscenizacyjności pokazanych tu prac. To oczywiście fragment większej serii.

Dziś miało miejsce ponad 6000 wejście na blog. Jak wygląda statystyka od od tego roku, kiedy zdecydowałem się na systematyczne prowadzenie bloga? Luty: 170, marzec: 889, kwiecień: 851, maj: 1440; czerwiec: 1281, lipiec: 610; sierpień: 746. Średnia 750. Tyle statystyka. Blogów politycznych nie czytam - szkoda czasu, czasami artystyczne i na temat fotografii. Po prostu mam mało czasu, gdyż pracuję nad b.obszernym tekstem "Polska fotografia niezależna 1976-89". Gdyby ktoś miał jakieś zdjęcia, głównie ze stanu wojennego, proszę o kontakt. Jeśli są ciekawe, będą ujawnione. W mojej pracy badawczej nie chce mi pomóc ZPAF w osobie prezesa Mariusza Wideryńskiego, który mi odpisał, że są wakacje. Można dodać, że dla niektórych nigdy się nie kończą!

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Co nam wyjaśni koan?


Zapraszam w imieniu Tomka Sikorskiego na rzadką w świecie sztuki, nie tylko polskiej, wystawę poświeconą relacjom z inspiracjami (i nie tylko) Dalekiego Wschodu. Dlaczego zostali zaproszeni ci, a nie inni twórcy, tego dowiemy się w Radomiu. Jeszcze więcej być może poznamy 02.10 od godziny 10. na, jak napisał Tomek, prawdopodobnie pierwszej na świecie, sesji teoretycznej poświęconej temu zagadnieniu. Problemowi niełatwemu do analizy, ale wydaje mi się bardzo ważnemu, jeśli znajdziemy wspólny język.

Wielu spyta - czym jest "koan"? Zagadką czy czymś w tym rodzaju, jakie zadają mistrzowie buddyzmu, aby sprawdzić "oświecenie" umysłu konkretnej osoby czy grupy uczniów. To bardzo ciekawe doświadczenie, jeśli ktoś, miał okazję być na takim spotkaniu.

Z pewnością istnieje w Polsce grupa artystów, którzy wbrew modzie albo idąc z nią (!)praktykują róznego rodzaju praktyki Dalekowschodnie, łacząc to doświadczenie z tradycją sztuki modernistyczej. Co z tego "wyrasta", jakie są "owoce" tego plonu? Częściwo zobaczymy w Radomiu. Piękny pomysł, dobrze że w końcu się zmaterliazlizuje, choć tylko częsciwo, gdyż taka jest ogólna zasada działania procesu twórczego.

p.s Finisaż ekspozycji 02.10.09 godz. 18.

czwartek, 27 sierpnia 2009

Kilka słów o fotografii mody - Łukasz Ziętek





Fotografowanie mody jest istotne. W tym zakresie powstała już tradycja. Mamy mistrzów i autorytety. A Polsce? Bardzo cenię w tej materii zdjęcia Tomka Sikory z lat 70. (np. dla "Skuripexu"), które wcale się nie zestarzały.

Co mamy teraz? Wielką ilości dobrej, ale przeciętnej, choć poprawnej produkcji, która we własnym świecie (czytaj sosie) szczyci się wielkimi osiągnięciami. Są jakieś konkursy, wystawy, wydawane są katalogi i czas mija. Lubię zdjęcia Magdy Wunsche, bardziej graficzno-komiksowy styl Szymona Świętochowskiego, niektóre prace Krzysztofa Kozanowskiego. Niewiele!

Nie mam przekonania i zaufania do fotografii, która z założenia ma czemuś służyć i coś reklamować, gdyż wykonujący usługę fotograf zazwyczaj ma niewielkie pole wolności twórczej. Ten rodzaj twórczości, ma też swoje uwarunkowania i ograniczenia, z czego doskonale zdaje sobie sprawę np. Erwin Olaf. Czy za pomocą reklamy np. telefonu NOKIA można pokazać bardziej skomplikowane problemy tego świata? Pewnie, że można choć nie widziałem takiej reklamy.

Ale chciałbym zaprezentować zdjęcia Łukasza Ziętka studenta z ASP w Gdańsku (licencjat fotograficzny), który jest osobą myślącą i co równie istotne, stworzył ciekawe zdjęcia, o których piszę. Dodać należy, że kolekcję ubioru pt. "What Will Be Will Be" zaprojektował Michał Szulc, modelką była Karolina Mikołajczyk.

Co wyrażają fotografie Łukasza Ziętka i z czym się kojarzą? Ktoś przesadnie porównał go do Chadwicka Tylersa z Nowego Jorku, który jest bardziej ekspresjonistyczny i skoncentrowany na portrecie. Prace Polaka są lekkie, swobodne, afirmatywne - powstaje pytanie wobec czego? Są, jak tego oczekuje się w tym typie fotografii, erotyczne, ale mają jeszcze coś - naturalny wdzięk, a to już bardzo dużo. Wyłamują się z nudy i sztampy, gdyż Łukasz ma swoją wizję, i co ważne, udaje mu się mówić własnym głosem w tym mocno skonwencjonalizowanym typie twórczości, jakim jest fotografia mody.

czwartek, 20 sierpnia 2009

Lilla Szász - "Razor's Edge" (2009) - najnowsza cześć projektu






Lilla Szász (ur. 1977) fotografka z Budapesztu, która już kilkakrotnie wystawiała w Polsce (festiwale w Krakowie, Łodzi, 6 Biennale Fotografii w Poznaniu) w ostatnich latach konsekwentnie pracuje i przygotowuje kolejną odsłonę większego projektu pt. "Razor's Edge" ("Ostrze brzytwy"), wcześniejsza nazwa "Desire". Pokazywała swe zdjęcia także na festiwalach w Madrycie i Kownie. Bardzo cenię jej dokonania.

Tym razem mogę oglądać kilkadziesiąt zdjęć, z których cztery pokazuję na blogu, poświęconych prostytutce Webrze i jej relacjom z dużo młodszym przyjacielem(!), który o ironio mógłby być jej synem. Autorka za pomocą subtelnych portretów oddaje nie tylko wewnętrzne życie swoich tragicznych bohaterów, ale próbuje je przeniknąć i zrozumieć. W tej fotografii nie ma cynizmu i manipulacji ludzkim życiem, choć trudno tego uniknąć! W związku z czym fotografuje wnętrze mieszkalne, detale, czasami "zdejmuje" ("balsamuje") martwe natury. Te ostatnie słowa mają tutaj swój dodatkowy wydźwięk.

W bardzo ciekawy sposób operuje kolorem, który nawiązuje do malarstwa barokowego z XVII wieku. Jest to o tyle istotne, że dotychczas cykl "Desire" miał wymiar tylko czaro-biały. Teraz jest bardziej malarski, choć też nostalgiczny a nawet tragiczny, choć dramat jest tu skrywany.

Jak zrozumieć wewnętrzny świat Webry, jak jej pomóc? Zastanawia się Lilla Szász. To bardzo trudny typ czy model fotografii, gdyż łatwo wszystko przejaskrawić, ironizować czy wręcz ośmieszyć i wypaczyć. Jeśli fotografujący będzie miał tylko hedonistyczny i pasożytniczy stosunek do życia.

Chciałbym w 2010 lub 2011 roku pokazać cykl "Razor's Edge" w pełnej odsłonie w Polsce, najchętniej w Wozowni w Toruniu. Po to także, aby niektórzy zdolni polscy fotografowie mogli coś zrozumieć. Np. że wizja świata opierająca się na przedrzeźnianiu i ironizowaniu szybko się trywializuje i w końcu jest nieistotna. Ważniejsze jest postawa jaką reprezentuje węgierska artystka, czyli wniknięcie w tragiczny świat, który można spróbować naprawić! Ale nie jest oczywiście łatwe!

p.s. Tytuł "Webra" okazał się roboczy, właściwy to "Ostrze brzytwy", o czym piszę po konsultacjach z autorką.

wtorek, 18 sierpnia 2009

"Balkon", 2008 (fot. K. Jurecki)



Czasami warto zamieścić własne zdjęcie, kiedy rozpoczyna się kolejna dyskusja o tzw. "śmierci fotografii", która po raz kolejny ożyje i zmartwychwstanie. Dlaczego nie będzie uśmiercona przez zombies czy kolejnego Terminatora? Wystarczy np. spojrzeć na ten ogród, który odżywa co roku albo przypomnieć sobie kult Dionizosa. Czy można przenosić cechy estetyczne z przyrody na fotografię? Tak, choć nie zawsze i nie do końca. Odbyła się kiedyś na temat nawet akademicka dyskusja między prof. T. Pawłowskim a prof. G. Sztabińskim.

Fotografia jako sztuka istnieć będzie dopóki działać będą artyści wierzący i poszukujący pluralistycznych wartości. Nie tylko traktujący to medium jako źródło zabawy, rozkoszy czy buntu. Wartości te istnieją w naturze, w człowieku i oczywiście w Bogu (bogach). Brzmi to oczywiście banalnie i jest truizmem.

Oczywiście w świecie art world'u dominuje od dawna postsztuka, której ojcem chrzestnym okazał się Marcel Duchamp. Ale nie przejmujmy się nim i jego kontynuatorami. SĄ jeszcze artyści, jest sztuka i sztuka-fotografia, przy całej umowności tego określenia.

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

Czytajcie Jana Michalskiego (galeria Zderzak)

Ci, którzy będą chcieli poznać zagadnienia krytyki artystycznej z pierwszej dekady XXI wieku najpierw trafią na portale, jak "Obieg", potem dotrą do magazynów drukowanych, jak "Arteon", "Exit", a być może do korespondencji, jak na razie prywatnej. Taką opcję wybrał Jan Michalski (galeria Zderzak), który, poodnie jak ja, nie zgadza się z "flekowaniem" uprawianych przez najmłodszą generację, określaną już mianem terminatorów i zombies. Oczywiście nie kopie się swoich, co widać w przypadku działalności krytyków-kuratorów. O ich działalności przeczytamy, nie tylko na łamach "Obiegu", same laurki. Z kolei oni rewanżują się zaprzyjaźnionym instytucjom, których reklamy migają po lewej strony ekranu "Obiegu". A innych trzeba wykończyć, zgodnie z zasadami rewolucji. Tylko jakiej? Rynkowej?

Co napisał Jan Michalski w tekście pt. "KRÓTKA HISTORIA KUBUSIA KRYTYKA" (sierpień 2009). Oto fragment tekstu na temat jednego z krytyków młodej fali: "Szczyt koniunktury - lata 2006-2007 - to okres bujnego życia artystycznego:debiutanci odnoszą sukcesy, napływają nowi ludzie, media kierują jupitery na sztukę, a w kręgu świateł jupiterów pojawiają się twórcy mody – artyści i krytycy. Jest to okres szybkich lansów i ktoś taki jak Banasiak powinien był się pojawić, ponieważ było to na rękę największym graczom rynkowym. Przeznaczono mu pewną rolę - miał wziąć udział w nagonce. Jego blog "Krytykant" podłączono do największego portalu o nowej sztuce. Tak zaczął! działać rynkowy agregat - krytycy, kuratorzy i kupcy wzajemnie siebie rekomendujący i wspólnie dokonujący sezonowych odkryć".

Zwrócę uwagę na jeden fakt. Obecna dekada jest pierwszą, w której tak mocno połączono rynek sztuki z krytyką artystyczną. Teoretycznie nie ma tym nic nagannego, jeśli pisma czy portale o sztuce, wydawane na państwowe pieniądze nie będą prowadziły ukrytej gry rynkowej, polegającej na promowaniu tylko własnych artystów, których prace sprzedawane są przez ArtBazaar, jak ma to miejsce na łamach "Obiegu". O tym własnie zasygnaliował m.in. Michalski.

Gdzie czytać Jana Michalskiego? Powiem szczerze, że nie wiem, ale mam nadzieję, że opublikuje niedługo swoje teksty, gdyż bardzo często zgadzam się z nimi.

piątek, 7 sierpnia 2009

"Mała Wiera" (reż. Wasylij Piczuł , ZSRR, 1988)

W wakacyjny wieczór obejrzałem klasykę filmu rosyjskiego „Mała Wiera” [tytuł org. „Maleńkaja Wiera”, ZSRR, 1988 ) w reżyserii Wasilija Piczuła, ze świetnymi rolami: Natalii Niegody (Wiera), Andrieja Sokołowa (Siergiej), Ludmiły Zajcewej (matka), Yuri Nazarow (ojciec).

Dramat jest skryty, jak w powieściach Gogola. Ukazuje zwykły konflikt w socjalistycznej rodzinie między córką a ojcem, między przyszłym zięciem a niedoszłym teściem. Kluczowa w tym filmie jest postawa Wiery, która nie chce oskarżać ojca, tuszuje jego pijaństwo i przede wszystkim atak nożem na swego ukochanego. Film można odnieść także do każdej socjalistycznej, w tym polskiej rzeczywistości PRL-u i porównywać z wybitnymi realizacjami Kieślowskiego czy Holland.

Film w narracji jest spokojny, aktorzy ujawniają swoje wielkie możliwości odgrywania banalnego i pustego życia, które toczy się między pracą, domem i pijaństwem. Oskarżone zostało, choć skrycie, socjalistyczne państwo – ZSRR za brak kultury i łamanie życia rodzinnego. Socjalizm dał wolność, choć w klatce, strzeżonej przez milicję i wojsko. Młodzież spotykała się na dyskotekach, aby potem bić się, gdyż jest to forma obok alkoholu podstawowa forma rozrywki.

Wartość filmu polega na ukazaniu tragicznej miłości, która niszczona jest socjalistyczną rodzinę i jej moralność, arogancję Siergieja, niedoszłego pana młodego, niedojrzałość przyszłych nowożeńców, brak perspektyw na własne mieszkanie. W tle głównym oskarżonym jest socjalistyczny modernizm – symbolizowany przez fabryki oraz zniszczone statki, nieczynne stocznie. Jest on jednak Molochem, który jak w filmie „Metropolis” Langa, choć w bardziej subtelny sposób czuwa nad życiem, organizuje je, a tak naprawdę niszczy i pożera swe ofiary.

Film jest prawdziwy i okrutny w swym realistycznym w przekazie – polecam przede wszytskim studentom szkoły filmowej, aby uczyli się nie na kinie Tarantino, a Piczulu.

środa, 22 lipca 2009

Suplement do tekstu Adama Mazura z książki "Kocham fotografię"

Ukazała się książka Terminatora fotografii polskiej - Adama Mazura pt. "Kocham fotografię". Pozycja zaczynała się atakiem na wystawę "Wokół dekady. Fotografia polska lat 90." (2002) i na mnie osobiście. Jako wytrawny manipulator autor nie zaznacza, że odpowiedziałem mu tekstem, który można przeczytać poniżej. Jeśli Adam nie napisze innej historii fotografii polskiej lat 90., a do tej pory nie podjął takiej próby, moje słowa i określenia są w dalszym ciągu aktualne. Drogi czytelniku, sięgnij po mój tekst, dopiero do wnikliwej lekturze tekstu Adama Mazura i wyciągnij wnioski. Nie zawsze rację mają ci, którzy krzyczą.


Krzysztof Jurecki
Z motyką na dekadę. Ignorant czy niezręczny manipulator?

Polemiki pisane w dobrej wierze, np. interpretacje czy wyjaśnienia jakiegoś zjawiska są pożyteczne, ba nawet ożywcze, świadczące o żywotności konkretnej dziedziny. Natomiast, gdy głównym i w tym przypadku jedynym wyznacznikiem polemiki stają się niezbyt kulturalny ton i napastliwość przechodząca w agresję, poparte bardzo wątpliwymi, nieuzasadnionymi merytorycznie zarzutami, to świadczy to o słabości autora polemiki w dziedzinie, w której próbuje się wypowiedzieć. Z tego typu postawami i zachowaniami mamy niestety do czynienia coraz częściej. Nie jest to chlubny przykład do naśladowania, szczególnie w przypadku osób i środowisk działających w kręgu kultury, jak „Fototapeta”, na łamach której zamieszczono tekst Adama Mazura "Śmieszna walka z wyimaginowanym światem" (patrz: http://fototapeta.art.pl/2002/dek.php).

Panu Mazurowi nie odpowiadam w „Fototapecie”, ponieważ w trakcie mojej polemiki z redaktorem tego pisma – Markiem Gryglem (2000 r.) nt. katalogu do wystawy Zygmunta Rytki z Muzeum Sztuki w Łodzi głos w tej sprawie chciał zabrać także sam zainteresowany, czyli Rytka. Napisał tekst, którego Grygiel nigdy nie odważył się opublikować. To skłania mnie do prowadzenia polemiki na takich łamach, gdzie obowiązują uczciwe zasady dyskusji. 

Z dużym niesmakiem, właśnie ze względu na brak merytorycznego uzasadnienia zarzutów, przeczytałem próbę polemiki opublikowanej w „Fototapecie” pióra Mazura. Zastanawiałem się czy warto na nią odpowiadać, ponieważ Pan Mazur po pierwsze chce dyskutować o szczegółach mego tekstu, nie podejmując generalnych problemów, poza tym, co szczególnie istotne, wyciąga z moich tekstów niczym nieuzasadnione wnioski, świadczące o jego daleko posuniętej nadinterpretacji, stosowanej w sobie tylko wiadomym celu. Nie mówiąc o niebagatelnym fakcie, że krytyce podlegają sformułowania, których nigdy    n i e    n a p i s a ł e m! Więc jak dyskutować o czymś, co nigdy nie zaistniało, a jest jedynie projekcją myślową Mazura? Szczególnie zastanowił mnie akapit, w którym Pan Mazur napisał: „[...]autor [K.Jurecki] bowiem lubuje się w dość wątpliwych dla niewtajemniczonego czytelnika zbitkach myślowych w rodzaju ‘dialektyka awangardowa’, ‘działalność fotogeniczna’, ‘mariaż neoawangardy z postmodernizmem’, ‘neoawangardowe zainteresowania’, ‘postmodernizm artystyczny’” [...] etc. Wobec tego typu wyznania mam podstawy sądzić, że tym „niewtajemniczonym czytelnikiem” jest sam Mazur, tym bardziej, że swą ignorancję popiera używaniem sprzecznych argumentów i nieprzekonywujących merytorycznie zarzutów, skrzętnie ukrywając ją pod płaszczykiem agresji i jałowej retoryki. To cecha niewiele rozumiejących dyletantów albo manipulatorów.

Mimo wszystko memu adwersarzowi spróbuję wytłumaczyć pewne zjawiska fotografii lat 90. oczywiste dla osób mających jakiekolwiek pojęcie o tym zagadnieniu, a tym samym wyjaśnić niektóre moje sformułowania zawarte w analizowanym przez Pana Mazura tekście. Jeśli ktoś poważnie potraktuje nazwiska fotografów, których brak na wystawie, to stwierdzi, że Pan Mazur miesza wszystko ze wszystkim w zupełnie dowolny, arbitralny sposób. Jeśli dla Pana np. Krzysztof Miller, Jerzy Olek i Ryszard Horowitz są ważnymi postaciami na arenie fotografii polskiej, których chciałby widzieć obok Mariusza Hermanowicza czy Krzysztofa Gierałtowskiego, to może Pan zorganizować taką wystawę lub jeszcze lepiej – napisać tekst o znaczeniu ich dla lat 90. Z wielką niecierpliwością czekam na taką ekspozycję i z jeszcze większą uwagą przeczytam, co na ten temat Pan Mazur ma do powiedzenia.

Chciałbym zwrócić uwagę, że nigdzie nie napisałem, ba nawet o tym nie pomyślałem(!), co insynuuje mi Pan Mazur, że „powstanie III Rzeczypospolitej miało mniejsze konsekwencje dla polskiej fotografii niż zamachy terrorystyczne w USA [podkr. moje]”.  Nikt jeszcze nie wie jakie będzie to miało znaczenie. Napisałem natomiast, że najnowsza historia polityczna nie wpłynęła tak jak w latach 70. czy 80. w twórczy sposób na fotografię polską, a jest to zasadnicza różnica! Śmieszny jest zarzut, że nie podałem „klarownej definicji pojęć takich, jak postmodernizm, modernizm czy awangarda”. Jest o tyle śmieszny co świadczący o brakach w dziedzinie, w której próbuje Pan zabierać stanowczy głos. Wstęp do katalogu wystawy to nie podręcznik dla studentów, wyjaśniający terminologię stosowaną w historii sztuki! Ale może Pan sięgnąć np. do kilkuset wydań „Fototapety” i przytoczyć „klarowne” interpretacje tych pojęć. Ewentualnie proszę mi wskazać katalogi dotyczące fotografii lat 90. z „klarownymi” interpretacjami tych zjawisk. Zresztą uważny czytelnik w drugim moim tekście z katalogu "Wokół dekady" bez trudu znajdzie także interpretacje postmodernizmu i jedno z trafniejszych określeń na ten temat Romana Kubickiego (s. 32 przyp. 5). Do problemu pisania i definiowania wrócę jeszcze przy końcu tego tekstu.
Dalsza część rozważań Pana Mazura jest tak nużąca, że nawet nie próbuję zgłębić przenikliwych myśli autora na temat fotografii z Suwałk czy szkoły jeleniogórskiej. Szkoda, że nie próbuje Pan zrozumieć skomplikowanych relacji między modernizmem (przyjmuję interpretację Grzegorza Dziamskiego i Stefana Morawskiego) a postmodernizmem (przyjmuję interpretację Dziamskiego i Adama Soboty).

Nie używam postmodernizmu jako „wygodnego wytrycha” (określenie Pana Mazura), wolę własny klucz (por.: K.Jurecki, "Jaka droga"?, w:"Odkrywanie sztuki. Materiały z sympozjum", Galeria Biała, s.nlb, b.d. [1995]).  Jeśli chodzi o postmodernizm, to w dalszym ciągu jestem bliższy modernizmowi i sztuce w klasycznym znaczeniu niż twórczości postmodernistycznej. Ale nie znaczy to, że nie można korzystać z filozoficznej refleksji postmodernizmu, czy nawet przyjąć inny, ponowoczesny punkt obserwacji.

W dalszej części swej wypowiedzi Pan Mazur przypisuje mi sformułowania, których nigdy nie użyłem. Cytat: „Innymi słowy ich zainteresowania ‘postmodernizmem w postaci tzw. sztuki krytycznej’ są zbyt ‘krytyczne’ i nie wystarczająco ‘artystyczne’ by stać się sztuką, i dlatego są niczym więcej jak manipulacją”.Właśnie taki zabieg, jakim Pan wielokrotnie się posłużył, nazywa sięmanipulacją!  Takiego mojego stanowczego stwierdzenia nikt nie znajdzie, ale zapewne Pan Mazur lepiej wie, co miałem na myśli. Mało tego, podkreśliłem, że cenię sztukę niektórych „artystów krytycznych” (np. Zbigniewa Libery, Jerzego Truszkowskiego czy Konrada Kuzyszyna) i zaakcentowałem rolę gdańskiej i warszawskiej ASP! Proszę mi wskazać Panie Mazur gdzie i w jakim artykule, odnośnie Krzysztofa Cichosza napisałem o jego „zbliżeniu do łódzkich postmodernistów” – czyni Pan błąd merytoryczny i dodatkowo insynuuje, że jest to moja interpretacja. To świadczy, że terminy modernizm i postmodernizm są dla Pana równoznaczne, stosowane zamiennie. Dla mnie jednak nie!

Powinien Pan wiedzieć, gdyż na podstawie Pana wypowiedzi sądzę, że Pan o tym nie wie, iż w historii fotografii i to nie tylko polskiej, cenione są i były „wartości fotograficzne”. Nie przejąłem ich ze ZPAFu, z którym niewiele w życiu miałem wspólnego (to kolejna pańska manipulacja, tym razem na jeszcze niższym poziomie), ale z kilku światowych historii fotografii: Beaumonta Newhalla, Michela Frizota i Naomi Rosenblum. Naprawdę ręczę Panu, że takie istnieją. Na „wartościach fotograficznych”, które można by określić także „fotogenicznymi” opiera się historia fotografii, także lat 90. (np. Bogdan Konopka, Andrzej J. Lech, Ewa Andrzejewska). Ale może Pan napisać inną, ma Pan do tego prawo.

Jeśli nie podoba się Panu mój pogląd na feminizm naiwny, nic na to nie poradę! Jak Pan wytłumaczy wycofanie się nie tylko z polskiego feminizmu Natalii LL? Proszę zajrzeć do poznańskiego pisma feministycznego „Artmix” i zobaczyć, ile jest w nim przywołanych przeze mnie nazwisk. Na temat naiwności sądu Izabeli Kowalczyk odsyłam do dyskusji i bardzo przekonywującej wypowiedzi na ten temat Janusza Marciniaka z „Gazety Malarzy i Poetów”, 2001, nr 2/3. Nie neguję feminizmu, lecz uważam, że feministki mogą w autentyczny sposób starać się pomagać kobietom, a nie przede wszystkim walczyć z pojęciem fallusa, jak czyni to np. Dorota Nieznalska. Nic na to nie poradzę, że poszukuję autentycznych stanów egzystencjalnych i głębokich stanów duchowych także u feministek, mam do tego prawo. A czego Pan poszukuje?

Pan Mazur pisze także o wyeliminowaniu „z wystawy całego środowiska fotoreporterów, które w dekadzie lat 1990-tych przeżyło niesamowity rozkwit”. Jakim prawem zarzuca mi Pan wyeliminowanie? Trudno mówić o wyeliminowaniu kogoś, kto w koncepcji wystawy w ogóle nie był brany pod uwagę. Jest to z Pana strony kolejne nadużycie! Proszę przy okazji napisać o rozwoju reportażu w latach 90., szczególnie o jego rozkwicie. Ja dalej twierdzę, że był on słaby jako dokument, poza dokonaniami Tomasza Kiznego.
Pana kolejne zdanie: „Zainstalowanie na szczycie hierarchii tejże ‘fotografii artystycznej’ przypomina próby reaktywowania systemu wartości charakterystycznego dla zamierzchłych czasów świetności Związku Polskich Artystów Fotografików....” jest kolejnym nadużyciem. Proszę wskazać w moim tekście takie zdanie, w którym w swej hierarchii umieszczam na szczycie „fotografię artystyczną”. Mógłbym po raz kolejny wykazać Panu jego ignorancję odsyłając do innych mych tekstów na ten temat, ale wiem, że do tego typu wypowiedzi wiedza nie jest potrzebna. Przy okazji wspomnę, że od czasów studiów nie używam terminu „fotografika” w znaczeniu fotografii artystycznej, tak jak Pan. Mógłbym Panu udowodnić niewłaściwe, właśnie ZPAF-owskie, posługiwanie się nim, ale szkoda czasu.

Oczywiście istnieją dwa obiegi fotografii polskiej. Dlatego Katarzyna Kozyra, Grzegorz Klaman, Libera i wielu innych nigdy nie wystawiali w Małej Galerii, Galerii FF czy Galerii Pustej. Nikomu też nie wmawiam (to następna manipulacja), że ich twórczość postmodernistyczna była wtórna i nieistotna. Po raz kolejny proszę o zacytowanie takiego zdania. Pisałem zaś, nie tylko zresztą ja, o bulwersowaniu i rezygnacji z jakości, a w konsekwencji z wartości fotograficznych. I dalej tak twierdzę.

Chciałbym Panu zwrócić także uwagę, że przy jakiejkolwiek próbie polemiki dobrze jest znać dane zagadnienie i umieć czytać i interpretować teksty na ten temat. Zresztą słowa te kieruję również do redakcji „Fototapety”, która powinna dbać o odpowiedni poziom polemik. Od recenzenta danej pracy należy wymagać dużej wiedzy, ba nawet większej lub zbliżonej do piszącego te słowa. Przykro mi, że polemika z Panem Mazurem musiała ograniczyć się jedynie do podkreślenia jego ignorancji i licznych nadużyć, a także niestety – miałkich manipulacji, które sam z takim zapałem wielokrotnie mi zarzucał.

Oczywiście moja „prywatna” historia fotografii dotycząca lat 90. może redakcji „Fototapety” nie odpowiadać, ale ona istnieje, została przemyślana i napisana już w 1998 r., co zresztą zaznaczyłem w przypisie swego tekstu. Tak więc Pan Mazur zostanie w moich myślach (i wiem, że nie tylko moich) dość niezręcznym   m a n i p u l a t o r e m  i niestety ignorantem w sprawach fotografii lat 90. Z wielką niecierpliwością będę oczekiwał, kiedy przedstawi własną historię fotografii lat 90. w formie np. eseju, inną od mojej, z nazwiskami, o które się upominał, klarownymi definicjami i oczywiście podkreśleniem znaczenia warszawskiego fotoreportażu.

W jedynej chyba własnej interpretacji nt. fotografii lat 90. w ostatnich wersach swego paszkwilu (jeśli wiedział Pan, co chciał wyrazić, gdyż sformułowana myśl jest dość pokrętna), napisał Pan: „Zmiana [w latach 90. – przyp. K.J.]  jest zasadnicza i polega na zniesieniu podziałów na fotografię artystyczną (do niedawna zwaną ‘fotografiką’) i całą resztę, o której nie warto wspominać”.  Drogi Panie Mazur – kto do niedawna nazywał fotografię artystyczną fotografiką? Ma Pan dość anachroniczny aparat pojęciowy, gdyż tego terminu używali bardzo dawno temu m.in. Jan Bułhak i Edward Hartwig (album Fotografika) oraz ze względu na określoną tradycję używa jej ZPAF. Poza tym myli się Pan w kwestii znacznie ważniejszej. Ten podział między tradycją fotografii artystycznej a sztuką nowoczesną został zniesiony, choć nie we wszystkich oczywiście środowiskach i nie w latach 90. a dużo wcześniej – między 1968 a 1971 rokiem.

Czy redakcja „Fototapety” nie ma kontaktu z bardziej wyrafinowanymi „krytykami”, którzy mogliby określić mnie np. mianem „kogoś bez kompetencji”, kto pisze tylko „farmazony”? Wiemy doskonale, że tacy istnieją i niewykluczone, że wkrótce zabiorą swój głos w obronie „odważnego” tekstu Pana Mazura.

p.s.
Mój tekst z maja 2002 roku, proponowany do opublikowania w „Formacie” i „Gazecie Malarzy i Poetów”, nie proponowany „Fototapecie”. Zamieszczony w „Kwartalniku Fotografia” 2003, nr 13, ss. 116-117 oraz potem za moją zgodą na portalu http://zeta-media.com/mat/jurecki-iso.htm, wydawcy "Fototapety", gdzie znajduje się atak Adama Mazura. Należy dodać, że Grygiel nie miał odwagi zamieścić mego tekstu wraz z atakiem mego polemisty. Jak to określić? Może innym razem podejmę się tego zadania.

poniedziałek, 13 lipca 2009

Dwie konpecje kina - Ługin "Wyspa" i Żuławski "Wojna polsko-ruska"

Niedawno, bo 02.07 w Toruniu byłem na pokazie filmu "Wojna polska-ruska" oraz dyskusji z reżyserem filmu Xawerym Żuławskim prowadzonej przez Tomasza Raczka. Publiczności chyba się ten film podobał, okraszony nawiązaniami do "Kill Billa" czy "Zaginionej autostrady", zresztą niepotrzebnie. Jest to film o prymitywnych ludziach - blokersach. (Przepraszam za określenie, gdyż każdy może się teoretycznie zmienić w sensie rozwoju kulturowego) i ich niskich pobudkach, czyli alkoholu i narkotykach. Do kogo jest adresowany? Chyba nie do blokersów? Film był sztuczny i nieautentyczny, mimo, że chciał pokazać "real life". Nawiasem mówiąc uczynił to znacznie lepiej Michał Brzeziński w filmie "Modern post mortem" - polecam dokumentarne ujęcia z Łodzi z autentycznymi blokersami. Film Żuławskiego nie był też dobrze zagrany, najlepiej prezentowały się zdjęcia i montaż. Powstał film ROZRYWKOWY, nie ARTYSTYCZNY i na tym polega jego słabość. Rozrywka jest w kabarecie i cyrku (kiedyś), jeśli kino spełnia głownie taki postulat sytuuje się nisko w systemie kultury, ale przypominam, że "Batman" z Jackiem Nicholsonem był rzadkim przykładem kina pop o wysokich dystynkacjach artystycznych.

Także kilka dni temu wielkim przejęciem obejrzałem film rosyjski "Wyspa" ("Ostrov") Pawła Ługina, który kontynuuje linię Andrieja Tarkowskiego. Utwór pokazuje wybór drogi życiowej przez mnicha, który poczuwa się do morderstwa, do zabicia, dodajmy pod przymusem Niemców w czasie II wojny, innego człowieka. Ten człowiek jednak czy na szczęście przeżył! Zrealizowany w pięknych plenerach utwór filmowy pokazuje siłę modlitwy oraz przemianę mnicha i niektórych ludzi z jego otoczenia. Świetna gra kilku aktorów oraz niezwykle subtelne operowanie napięciem scenicznym, aż do ostatniego kadru, czyni z niego utwór wybitny! Jakże proste i metaficzyczne może być kino. To zupełnie przeciwstawna koncepcja do filmu Żuławskiego. Polecam oczywiście Ługina.

środa, 24 czerwca 2009

Bardzo dobre wystawy w Muzeum Sztuki w Łodzi oraz wakacje



W końcu mamy bardzo ciekawą, choć także kontrowersyjną wystawę w MS2 w Łodzi, gdzie prezentowane są prace podszyte politycznością czy niezgodą na obecne status-quo. Możemy oglądać bardzo wyrafinowaną pracę Hansa Haacke czy medytować o umieraniu z umierającym (słynny reżyser Derek Jarman znany z filmu "Caravaggio") czy w końcu zastanawiać się nad patologicznym obrazem Damiana Hirsta, który chyba nie należy do do generacji uznającej minimal-art na swe credo artystyczne, choć obraz-obiekt z martwych much, wyraża tytułowy problem ekspozycji. Także druga wystawa obrazów i filmów słynnej grupy muzycznej Leibach w muzeum na ul. Więckowskiego 36 jest nie tylko bardzo ciekawie zaaranżowana, ale pokazuje dziwny styl malarstwa, które trudno porównać do historycznego rozwoju i na tym m.in. opiera się jego atrakcyjność czy wyjątkowość.

Ale mamy wakacje więc potrzeba trochę ironii wobec życia. Dlatego zamieszczam zdjęcie z 2007 roku z sympozjum w czasie Cyberfoto w Częstochowie, przedstawiające na pierwszym planie głowę..., no właśnie kogo? Odpowiedź jest oczywiście ukryta w tym poście (nie lubię tego słowa). A w tle widoczny jest piszący te słowa podczas wykładu na temat obrazu cyfrowego w twórczości Francuzki Diane Ducruet, która lansowana była m.in. w Polsce i zobaczymy za kilka lat co z tego wyniknie dla samej artystki?

Polskie festiwale fotografii powinny lansować twórców, którzy mają szanse być ważni na świecie, gdyż właśnie wtedy ich ranga wzrośnie. Nie można opierać się tylko na wystawach historycznych (np. Weegee, Sander), nie można pokazywać tylko twórców polskich, choć oczywiście trzeba lansować tych, którzy mają szanse w Europie czy na świecie. Kogo wylansowały lub próbują to czynić polskie festiwale fotografii w XXI wieku? Kila nazwisk można wymienić dzięki działaniom z ub roku Festiwalu w Łodzi, który pokazał na granicą m.in. Asię Zastróżną, Andrzeja Kramarza i Weronikę Łodzińską i przede wszystkim Przemysława Pokryckiego, gdyż jego osiągnięcia wydają mi się najważniejsze z grona wymienionych w tym miejscu fotografów.

Festiwale, ale co znamienne polskie (nie słowacki czy w Arles!) przeoczyły dokonania Magdy Hueckel, której prace rozwijające się w dwóch lub trzech kierunkach mają największy potencjał twórczy na przyszłość. Dla mnie Jej twórczość jest najciekawsza w Polsce, z grona 30-latków. Dlatego cieszę się, że mogłem pokazać jej prace na 6. Biennale Fotografii w Poznaniu. Pokazały, jak twórczość kilku innych artystów z mojej ekspozycji, że można tworzyć poza ideologią i polityką. A krytykowanie przez recenzentów takiej postawy i takiego mego wybory jest śmieszne lub nawet żałosne. Nie można tematu wystawy interpertować literalnie i dosłownie, bo jest to nudne i nietwórcze. Podobnie tworząc scenariusz pokazu należy szukać nowych nazwisk, poszukiwać nowych znaczeń, a nie pokazać znane status-quo za pomocą uznanych mistrzów i pustych ścian, aby krytycy nie musieli się zbyt wysilać. Zazwyczaj wolą oglądać mniej w postaci znanych i sklasyfikowanych dokonań. Sztuka wymaga wysiłku, także od widza i interpretotora, a z tym bywa różnie.

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Czy leci z nami pilot? (Paweł Althamer w Brukseli)

Od piątku niedzieli byłem nad jeziorem Wigry w Domu Pracy Twórczej, w gościnnie u Radka Krupińskiego. Prezentowałem dwa wykłady, potem długo dyskutowaliśmy o fotografii, także ze Staszkiem Wosiem, który zadaje trudne pytania. I to chodzi!

Takich pytań zabrakło przy analizie akcji, w której bardzo ważny artysta - Paweł Althamer zabrał 04.06.09 na wycieczkę samolotem z okazji wstąpienia Polski do Unii Europejskiej 150 znajomych z Bródna do Brukseli! Wśród "znajomych z Bródna" znaleźli się też dziennikarze i krytycy sztuki. Gdyby zabrał znajomych na wycieczkę rowerową w okolice Warszawy lub gdyby zapłacił za wynajęcie samolotu z własnej kasy zastanowiłbym się nad "czystością" jego poczynań. Żal mi państwowych pieniędzy, gdyż mogłyby być spożytkowane na stypendia, katalogi, etc. a tak zaspakajane są kolejne fanaberie wybitnego artysty! Określenie go szamanem, powoływanie się na teorię "rzeźby społecznej" Josepha Beuysa jest atrakcyjne, modne, ale jest jedna podstawowa różnica. Twórczość Beuysa była prosta, a jego projekty najczęściej skromne czy ubogie. Polegały one nie na wynajmowaniu samolotów, tylko podróżowaniu własnym samochodem, także do Polski i wykonywaniu prostych zabiegów, jak zamiatanie lasu czy ulicy czy boksowanie, na rzecz walki o bezpośrednią demokrację.

Podobno teraz Althamer myśli o podróży lotniczej do Mali, do plemienia Dogonów. Pomysł świetny tylko proszę go realizować za własne pieniądze, gdyż wielu artystów odbywa takie podróże, takze do Indii, Nepalu nie chwaląc się swymi poczynaniami, gdyż pożądaną cechą twórcy i samej sztuki jest skromność, nie zaś bizantyjskość, czyli przepych, jaki widziałem w relacjach o wycieczce Althmera do Brukseli.

p.s. Prawdziwym szamanem sztuki, co widać w jego realizacjach od początku lat 90. jest Marek Rogulski (Rogulus), a Althamer jest na podobnej drodze, tylko że wszedł na nią dużo później.

poniedziałek, 8 czerwca 2009

"Autosugestie" Katarzyny Krakowiak i Łódź Kaliska w Muzeum Sztuki (po raz trzeci)




"Autosugestie" Katarzyny Krakowiak można oglądać AOIA w Łodzi na ul. Zachodniej 54. Wystawa opiera się na kontraście zgrafizowanych z podwójną ekspozycją zdjęć i surrealistycznych obiektów, które czasami odnoszą się do fotografii i przede wszystkim pamięci. W fotografiach jest klimat Łodzi, jest uniwersalizm, poczucie pustki a nawet wyobcowania. To trochę tradycja Andrzeja Różyckiego, przypomina też prace Piotra Rosińskiego, ale widać także pozytywny wpływ promotora pracy - dra Piotra Komorowskiego. Udało się młodej artystce (licencjat) uchwycić, jakże potrzebny i trudny stan, jakim "medytacyjność". Pisze o takiej potrzebie w niewielkim folderze do wystawy.

A Muzeum Sztuki na ul Więckowskiego 36 mamy kolejną wystawę Łodzi Kaliskiej, pod dziwnym tytułem (ani śmiesznym, ani wyjaśniającym) "Szczerość i blaga. Etyka prac Łodzi Kaliskiej w latach 1979-1989", gdyż w tych pracach nie chodziło o jakąkolwiek etykę, chyba że na nowo zdefiniujemy to pojęcie. Większość prac pokazano już w tym samym gmachu w 2004/05, o czym zapominano powiedzieć na wernisażu. Nie mówiąc, że już 1999 otworzono w tym samym miejscu "Instalację czysta sztuka" a 2002 ich inne prace były na "Wokół dekady. Fotografia polska lat 90.". Ale wiemy nie od dziś , że pamięć kuratorów, jak i artystów jest bardzo wybiórcza i zależy od "miejsca siedzenia". Niewielka wystawa jest ciekawie zaaranżowana, to pierwsza prawdziwie muzealna prezentacja, kodyfikująca pierwszy czy tak naprawdę dwa pierwsze okresy w twórczości tej ważnej grupy - późny medializm i neosocsurdada (Kultura Zrzuty).

Od ok. 2004 roku grupa Łódź Kaliska przeszła na pozycje twórczości akademickiej, bezpiecznej, okołoreklamowej - New Pop, oczekiwanej przez większość galerii w Polsce, gdyż jest "trendy" i "glamour". Tak, aby publiczność tak jak cyrku, mogła się trochę rozweselić. Łódź Kaliska już nie walczy i nie protestuje, przede wszystkim zbiera laury za swą wieloletnią niepokorność. Taka jest los awangardy.

p.s. W nieuzasadniony sposób na samej wystawie podzielono film "Movie picture of Łódź Kaliska" na kilka odrębnych filmików, gdyż stanowił zawsze jedną całość, zmontowaną (czego nie zaznaczono) przez Tomasza Snopkiewicza i Jacka Jóźwiaka, co w tym konkretnym przypadku jest bardzo ważne.

czwartek, 4 czerwca 2009

Co cenię w historii polskiego filmu eksperymentalnego i wideo?

O tym co cenię w filmie eksperymentalnym mówiłem i pokazywałem na "Miesiącu fotografii w Krakowie" (14.05.) w galerii Camelot. Do mojego wykładu i pokazu mogło dojść dzięki temu, że Bunkier Sztuki (Beata Seweryn) przez rok nie odpowiadał na moją propozycję, potem chciano 2 wykładów (!), bo tak się program podobał, a potem żadnego... Podobno na przeszkodzie stanęła "Ukryta dekada" Piotra Krajewskiego. Tylko chciałbym zaznaczyć, że swoje wybory pokazuję od marca 2007 roku, długo przed pomysłem Krajewskiego, który w kilku momentach dziwnie przypomina moje wybory filmowe (Rzepecki i Zygier "Every dog has his day", Wspólnota Leeeżeć, Andrzej Dudek Dürer czy bardzo mało znany Witold Krymarys), ale także różnimy się gdyż ja propaguję późniejszą twórczość takich artystów, jak: Rogulus, Marek Zygmunt, Wiktor Polak, Michał Brzeziński i Leszek Żurek oraz Anny Baumgart. Mój zestaw pokazuje także prace najnowsze z około 2005 roku. Ale zanim doszło do rozwoju techniki wideo film eksperymentalny na początku lat 80. rozkwitł dzięki pracom Łodzi Kaliskiej, potem kręgowi Strychu. Napisałem na ten temat teksty, można je odszukać w "Sztuce" i "Exitcie" (zainteresowanych odsyłam do mojej strony http://www.jureckifoto.republika.pl/. Przede wszystkim najważniejszy jest "Movie picture of Łódź Kaliska", a polskie wideo lat 80. rozwijało się w dwóch kierunkach zainicjowanych przez Józefa Robakowskiego i Zbigniewa Liberę, czego wpływ tego drugiego okazał się istotniejszy.

Pełny zestaw moich preferencji w zakresie filmu eksperymentalnego i wideo z 2008 roku. Oto pełen zestaw prac, które pokazywałem przez 4 i 1/2 godziny w Bratysławie. Wcześniej w mniejszym wyborze prezentowany był: w Warszawie, Wrocławiu, Gdańsku, Lublinie, Łodzi na Wigrach.

Natalia LL, Sztuka konsumpcyjna / Consumer Art, 1972-1974 (fragment), 13` 15`

Łódź Kaliska group and Tomasz Snopkiewicz i Jacek Jóźwiak (montage), Movie Picture of Łódź Kaliska, 1983, 3` (fragment)
Zygmunt Rytka, Retransmisja / Retransmission, 1979-83, 15`
Zygmunt Rytka, Czas do dyspozycji, cz. II / Time for spending, part II, 1989, 3` 40 `
Adam Rzepecki, Cóż artystokracie po małym fiacie? / What for Aristocrat has a small Fiat car?, 1989, 3` 15`
Adam Rzepecki i Grzegorz Zygier, Every Dog has his day, 1990, 5` 3`
Witold Krymarys, Wyścig / A Race, 1987, 4` 30`
Witold Krymarys, Minimal-video, 1988, 2`

Marek Rogulski, Etap I / Stage I, 1990, 1` 56`
Marek Rogulski, Krr, 2006,1` 30`
Marek Rogulski, Ćwiczenie łącza energetycznego / Lesson of Energetic Junction, 2006, 1`
Marek Rogulski, Łączaenie emanacji / Unique of Emanation, 2006, 1` 10`
Piotr Wyrzykowski, Atomic Love, 2002, 5` 40`
Piotr Wyrzykowski, Beta Nassau, 1993, 8`
Piotr Wyrzykowski, Runner, 1993, 5` 20

Marek Zygmunt, Medytacje / Meditations, 2001, 8`
Wspólnota Leeeżeć, Bielmo awangardy / Leucoma of Avant garde, 1996, 2` 14`
Wspólnota Leeeżeć, Prombłuny mechanizm kuszenia / Choptheglow of Mechanism of Temptation, 1999, 5` 12`
Michał Brzeziński, 2001, Ból / Pain, 7` 2`

Anna Baumgart, I kiedy pocałalowała żabę / When she Kissed a Frog…, 1997, 5`
Anna Baumgart, Zima / Winter, 1997, 2` 30`
Anna Baumgart, Kto mówi? / Who says?, 1998, 3`
Anna Baumgart, Kolekcja przypadkowych epitafium / The collection of accidental epitaphs 1998, 5

Andrzej Kwietniewski, Krzyżacy / Teutonic Knights, 2002, 4`
Andrzej Kwietniewski, Naród trwa / The people of Poland are going on, 2002, 1` 10`

Arti Grabowski, Oktoberfest, 2002, 4` 28`
Arti Grabowski, Człowiek@pl / Man@pl, 2002, 28`
Sławomir Marzec, Trzy minuty / Three Minutes, 2007, 4` 48`
Sławomir Marzec, It will be Nicely and Pleasenty, 2007, 5` 39`

Dominik Pabis, 6. zmysł / The Sixth Sense, 2003, 1`
Anna Orlikowska, Istota, A Person, 2005, 2` 11`
Anna Orlikowska, Autoportret, Self-portrait, 2005, 0` 48`
Anna Orlikowska, Film o robakach / Film about Worms, 2005, 2` 11`
Anna Orlikowska, Kyriem Angelicum, 2005, 0` 48`
Wiktor Polak, Nie można oddychać zającem / Can`t breathe a Hare , 2007, 4`
Wiktor Polak, Zabawka / A Toy, 2007, 3`15`
Wiktor Polak, Bliżej / Close to, 2005, 8`
Marcin Nowak, Cisza / Silence, 2006, 2` 40`

Andrzej Dudek-Dürer, Invisible time, 2001-02, 10` 28`
Andrzej Dudek-Dürer, Mental Steps, 2003, 5`
Katarzyna Majak, 2004, Circle D., Cactus, Cows, Factory, 11` 54``
Mirosław Rajkowski, Motus, 2006, 1`
Mirosław Rajkowski, Radom Fantom, 2006, 2`
Leszek Żurek, Mantra, 2005, 3` 48`

Łódź Kaliska, z serii New Pop / from New Pop series, 2002-2004, 15``

niedziela, 31 maja 2009

Znużenie festiwalami fotografii?

Od dwóch tygodni nie miałem czasu pisać bloga. Najpierw wyjazd do Gdańska na otwarcie wystawy "Andrzej Dudek-Dürer. Droga poprzez czasoprzestrzeń. 40 lat "sztuki butów" (1969-2009)" w galerii Pionova, a teraz do Warszawy i Krakowa, o czym poniżej.

W wielkim skrócie obejrzałem kilka festiwali fotografii. Nie chcę ich podsumowywać. Najwięcej publiczności spotkałem w piątek na Weegeem w Muzeum Narodowym w Krakowie, wcześniej w Noc Muzeów w Łódź Art Centre w Łodzi, ale już w czwartek w Starej Galerii ZPAF w W-wie nikogo na ekspozycji Vladimira Birgusa. Wystaw jest za dużo. Za moment otwiera się kolejny festiwal w Olsztynie, z kolejnymi mistrzami polskiej fotografii (wg organizatorów). Co wyniknęło przez kilka lat festiwali w Polsce? Jakie odkryto nowe zjawiska, postaci, jakie powstały teksty odkrywające nowe karty historii? Myślę, ze bardzo niewiele przy zaangażowaniu wielkich środków finansowych. Rola festiwali stała się przede wszytskim edukacyjna (np. pokazy Augusta Sandera, Zofii Rydet, teraz Weegeego). Nie zapominajmy, że festiwale w Krakowie, Łodzi, Warszawie oraz Biennale w Poznaniu publikuje duże katalogi. Sądzę, że bardzo niewiele powstało ciekawych opracowań i jaka szkoda! Pisałem kiedyś np. o ubiegłorocznym biogramie Michała Szlagi w katalogu fotofestiwalu w Łodzi, gdzie były informacje o psie Michała, a nie było o wczesnych pracach z ASP w Gdańsku. A szkoda, gdyż można pisać o tylko o poszczególnych fotografach, ale także całych nurtach, tendencjach, tradycji danego kraju. Można, powstaje pytanie dlaczego nie ma takich takich tekstów, ale kierujmy je do dyrektorów poszczególnych festiwali.

W czw obejrzałem w Warszawie wystawę fotografii Zdzisława Beksińskiego w galerii Asymetria. (Wcześniej miałem sympatyczne spotkanie z Tomkiem Sikorą i Małgosią oraz Anną Bohdziewicz, potem Teresą Gierzyńską, z którą bardzo lubię rozmawiać o fotografii). Wracając do ekspozycji Beksińskiego wg mojej opinii, która oczywiście może być pomyłką - wszystkie prace były falsyfikatami (!!!) - zarówno rysunki, jak i fotografie. To nie pierwszy przykład wprowadzenia na rynek sztuki sfałszowanych dzieł Beksińskiego.

Na koniec mały apel. IPN w Warszawie w ramach obchodów kultury niezależnej w czasach przygotowuje album na temat fotografii (1976-1989). Gdyby ktoś miał takie fotografie, wiedział coś na ten temat proszę pisać do mnie, gdyż jestem zaangażowany w ten projekt, który powinien być odkryciem nowych fotografii z tego "szarego", choć ideowo czerwonego czasu. Album ukaże się pod koniec 2009 roku.

p.s. Statystyka. W maju na mój blog miał do dziś 1412 wejść, a liczba wszystkich odwiedzin, z których się cieszę to na godzinę 6.40 - 3322.

wtorek, 19 maja 2009

Miesiąc Fotografii w Krakowie (maj 2009)



Wiele nie widziałem, ale polecam retrospektywę Viktora Kolářa w Starmach Gallery, najbardziej lekko surrealistyczne zdjęcia z górnikami. Największe wrażenie zrobiła na mnie mała wystawa Miroslava Tichý'ego – "Warianty stylu", gdzie pokazano jego malarstwo oraz innych Czechów oraz fotograficzne wyjście poza nie! Poprawna jest malutka instalacja Japończyka Masao Yamamoto "KAWA = flow", choć wolę jego wizualne zdjęcia niż eksperymenty z przestrzenią. Prawidłowo i logicznie ukazano dorobek Eryka Zjeżdżałki (1972-2008), w tym po raz pierwszy Jego eksperymenty z kolorem, które są także ważnym dokonaniem. Być może w tym kierunku rozwinąłby swą twórczość.

A w Bunkrze Sztuki rozczarowania i to same! Krzysztof Wodiczko, którego wystawa liczy cztery prace, ale istotne gdyż konceptualne rozważania połączone były z atmosferą alienacji i zagrożenia. Kolejne rozczarowanie już większe to zbiorowa wystawa czeska - "W dowolnym momencie", z dużą ilością pustych ścian, ukazująca przemiany modernistyczne w czeskim środowisku, analizująca czy starająca się to czynić w konceptualny czy socjologiczny sposób przestrzeń, ciało i rzeczywistość. Niewiele było to ciekawych analiz. Ale największe rozczarowanie to ekspozycja w tym samym miejscu "Witkacy. Psychoholizm", gdzie pokazano złe techniczne i zbyt duże wydruki, całkowicie mijające się z koncepcją estetyczną autora "Nienasycenia". To przykład jak nie należy pokazywać czy "poprawiać" Witkacego. W zasadzie nic nowego nie widziałem na tej wystawie, a jej teza o innym stylu autoportretu i innym portretów budzi co najmniej zastrzeżenia. O swym pokazie wideo napiszę następnym razem.

Warto na pewno obejrzeć dużą wystawę Weegeego w Muzeum Narodowym, gdyż to klasyk fotografii światowej, pokazany już 1996 w Łodzi. Podsumowując - nie jest źle, choć nie widziałem głównej ekspozycji poświęconej problemowi archiwum! Warto pojechać do Krakowa.

Zdjęcie w tym tekście:
E. Zjeżdżałka, "Kopanki", 2002

piątek, 15 maja 2009

Krzysztof Jurecki "Oblicza fotografii" już w sprzedaży -


Moja książka jest w sprzedaży. Sam ją widziałem na festiwalu fotografii w Łodzi. A nawet dowiedziałem się od sprzedawcy, że mimo braku promocji najlepiej się sprzedaje. Nie chwalę się, gdyż krótka rozmowa odbyła się przy moim studencie. Miło to było usłyszeć!

Wczoraj w Krakowie także rozdałem kilka egzemplarzy podczas imprezy Krzyśka Makowskiego z księgarni "f 5" i jego konkursu na "Fotograficzną publikację roku 2008", który uroczyście zakończył się MCK w godzinach wieczornych. Ale nie wszyscy wiedzieli o takim konkursie (np. Galeria Sztuki Wozownia w Toruniu) czy chcieli w nim startować (np. K. Jurecki). Dlaczego nie zdecydowałem się wystawić do konkursu książki "poszukiwanie sensu fotografii. Rozmowy o sztuce"? Zbyt liczni byli jurory (kilkanaście osób), a do tego do kilku z nich nie miałem przekonania, a nawet mógłbym zarzucić jednej z jurorek plagiatowanie moich tekstów!

Ale taki konkurs jest bardzo potrzebny. Radziłbym Krzyśkowi zmniejszenie ilości członków jury i promowanie przede wszystkim fotografii nie zaś techniki, gdyż ta wypromuje się sama!

środa, 13 maja 2009

Poznań - Biennale (09.05.2009)







"Od problemu symulacji do "nowego symbolizmu". Aspekty fotografii z początku XXI wieku."

(W niektórych innych materiałach galerii Arsenał mój tytuł ma trochę inną oryginalną formę - "Od problemu symulacji do "nowego symbolizowania". Aspekty fotografii z początku XXI wieku"). Tak to czasami bywa.

Przez kilka dni w Poznaniu było miło, pracowicie i ciepło, a na poziomie 2+ w Słodowni nawet gorąco. Chciałbym podziękować w tym miejscu Ani Miczko - studentce ASP w Poznaniu, która jako wolontariuszka bardzo mi pomogła w przygotowaniu wystawy, dosłownie do ostatniej chciwli. Incognito przechadzał się po wernisażach Bogdan Konopka, wraz z żoną Jaqueline i Waldkiem Śliwczyńskim (ten ostatni oczywiście nie incognito).

Na wernisaż przybyli prawie wszyscy artyści, których zaprosiłem do wystawy i którzy byli wówczas w Poznaniu. Przygotowałem wystawę problemową na temat ideologii i nawet polityki (Anna Baumgart, Wolf Kahlen). Potem starłem się zasygnalizować zmianę w myśleniu o problemie "symulacji", bo jest to bardzo ważne zagadnienie teoretyczne. W kolejnej części przeprowadzałem eksperyment polegający na ukazywaniu przeciwstawnych postaw lub kontrastujących ze sobą (poza Natalią LL, Michałem Brzezińskim i Januszem Leśniakiem - wszyscy oni pokazani byli w wydzielonych/autonomicznych przestrzeniach).

Mocne zestawienia na moim pokazie to m.in: Ewa Świdzińska i Adam Rzepecki, Magda Hueckel i Jerzy Wierzbicki, Joachim Froese i Tadesusz Żaczek. Właśnie mieszkającego na zupełnych antypodach, bo w Australii - Froesego wielu moich rozmówców wskazywało jako najciekawszego i zupełnie nieznanego artystę! (Chciałbym mu przygotować wystawę indywidualną w Polsce. Myślę, a nawet próbuję to realizować (na razie bez skutku)od 2007 roku, kiedy poznałem go na Słowacji na Letniej Szkole Fotografii).

Druga część pokazu miała wymiar parareligijny czy czasami medytacyjno-misteryjny (Tadeusz Żaczek, Stanisław Woś, Janusz Leśniak), gdyż chciałam zaakcentować indywidualne wyjścia poza ideologie właśnie w stronę religii czy medytacji! Innego wyjścia nie ma, chyba że w wejdziemy kategorie nicości...

Na końcu wystawy Marek Zygmunt pokazał świetny dla mnie cykl "Czekając na Mahometa", który łączył w sobie aspekt inscenizacji z dokumentem miejsca i ludzi.

Ekspozycna miała bardzo dokładny scenariusz, który udało mi się zrealizować, co nie było łatwe ze względu na ilość prac (188 plus filmy wideo), choć pewnie pojawią się głosy, że wystawa jest "przeładowana". Wolę nadmiar, niż miałbym ograniczyć rzadko pokazane prace: np. Natalii LL czy A. Rzepeckiego, bądź zaprezentowane po raz pierwszy, czyli premierowo (Ewa Świdzińska, Magdalena Samborska).

W sumie nie jest łatwo mówić o wpływie ideologii na najnowszą fotografię, gdyż przez nasze życie polityczne, mamy jej dość! Wpływ ma też refleksja nad realnym socjalizmem i jego wpływ na naszą świadomość w XXI wieku.

Sądzę, że festiwale czy biennale powinno mieć swój ogólny problem czy hasło wywoławcze, bo inaczej popada się w "wszystkoizm". Ale nie przekonują mnie takie tytuły, jak w Łodzi "atak łaskotek", ale o tym innym razem.

Wszystkim artystom, którzy wzięli udział w moim projekcie dziękuję, w tym panu Marcinowi Sudzińskiemu z Lublina, który okazał się współautorem wraz z Kataryzną Majak pracy "Tryptyk wdt" (2008), czego do dnia otwarcia ekspozycji nie miałem świadomości!

Lista zdjęć w tym wpisie:
St. Woś, "Stan skupienia", 2008
T. Żaczek, z cyklu "Prawosławie", 2008
J. Froese, "Wygnanie z raju", 2005
K. Matsubara, "Portret owoców", instalacja 17 zdjęć
A. Rzepecki, cykl "Feminismus", 2004-06
W. Kahlen, z serii "Zraniony Tybet", "Ozdobiony", 2009 (negatyw 1986)

niedziela, 10 maja 2009

Trochę statystyki (10.05.2009)

02.05.09 wieczorem mój blog miał już ponad 2000 odsłon. Sam byłem zaskoczony,że stało się w tak szybkim czasie. A stało się to dzięki krótkiemu tekstowi o Krzysztofie Hejke i jego listu do prezydenta Polski.

30.04 miało miejsce 118 odsłon blogu po tekście o Hejke, a w następnych dniach po kilkadziesiąt. Oprócz tego czytano czy poszukiwano informacji o MS2 w Łodzi, A. Dudku-Durerze czy co mnie cieszy nt mojej książki , która już jest w sprzedaży! Dziś miało miejsce 2338 wejście na blog. Niedługo opiszę swoje refleksje po 6. Biennale w Poznaniu i zapowiedzi dyskusji, która ma odbyć się w Krakowie 15.05 w Krakowie na temat festiwali fotograficznych.

Jednocześnie zapraszam na swój wykład i pokaz, czasami unikalnych prac pt. Suplement do historii filmu eksperymentalnego i wideo w Polsce (1983-2005) - 14.05.2009 w Galerii Camelot w Krakowie o godz. 16.30, pokażę także to, co potem będzie można zobaczyć m.in. w Bunkrze Sztuki w 2009 r. na Ukrytej dekadzie - zestawowi filmów z lat 80. i 90., wbrew tytułowi pochodzących jednak z dwóch dekad a nie jednej.

sobota, 2 maja 2009

Już wkrótce "Oblicza fotografii" K. Jureckiego (maj 2009)


Oblicza fotografii według Krzysztofa Jureckiego
wyd. Kropka, Września
na okładce fotografia Andrzeja J. Lecha
stron 275

Wydawnictwo KROPKA wydało nową książkę krytyka sztuki – Krzysztofa Jureckiego, wykładowcy fotografii w WSSiP w Łodzi i ASP w Gdańsku oraz kuratora wielu wystaw. Jego ostatnia książka "Poszukiwanie sensu fotografii. Rozmowy o sztuce" ukazała się w 2008 roku.

Książkę można już kupić m.in. na Biennale Fotografii w Poznaniu i Fotofestiwalu w Łodzi.

Publikacja zawiera dwadzieścia cztery teksty o charakterze teoretycznym i historycznym ("Krótka historia fotografii", "Fotografia a totalitaryzm") w pierwszej części. Duża część książki analizuje mało znane watki z okresu międzywojennego zarówno z zakresu dokumentu fotograficznego (Józef Szymańczyk), modernizmu (Karol Hiller, Janusz M. Brzeski i Kazimierz Podsadecki) czy awangardy (Hans Bellmer). Następna część jest rozrachunkiem z polską fotografią awangardową, w tym wiele miejsca autor poświecił: Zdzisławowi Beksińskiemu i Jerzemu Lewczyńskiemu polskim twórcom „fotografii subiektywnej”, o których miejsce w światowej historii fotografii upominał się już od lat 80. i 90. Dużo miejsca Jurecki poświecił Zofii Rydet, której monograficznej wystawy był kuratorem w 1999 r. oraz Wisławowi Hudonowi, zapomnianemu przez historyków sztuki artyście, który był jednym z pierwszych polskich konceptualistów na przełomie lat 60./70. oraz próbie oceny twórczości portretowej Krzysztofa Gierałtowskiego. Końcowa część tej historycznej z założenia publikacji poświęcona jest problematyce lat 80. i 90., zarówno w sensie analiz ogólnych, jak i bardziej szczegółowym (Andrzej J. Lech, Eva Rubinstein czy Grzegorz Przyborek, którego twórczość czeka na europejskie odkrycie).

Książka jest bogato ilustrowana pracami ze zbiorów: Muzeum Sztuki w Łodzi (np. Witkacy), gdzie autor był kierownikiem Działu Fotografii i Technik Wizualnych (1998-05), archiwum K. Jureckiego oraz zdjęciami prezentowanych twórców. Niektóre ze zdjęć są publikowane po raz pierwszy (np. Jan Bułhak, Henryk Ross (getto w Łodzi), Bronisław Schlabs, Mariusz Wieczorkowski).

Zdecydowana większość tekstów była już publikowana w różnych czasopismach, katalogach, ale zostały na nowo opracowane i przeredagowane, tak aby tworzyć zarys wybranych zjawisk zarówno o charakterze problemowym i przekrojowym, jak i monograficznym. Celem jej wykreowanie najważniejszych zjawisk z XX wiecznej historii polskiej.

p.s. Książka miała ukazać się do 31.03.2008 roku, a wydawcą miała być Fundacja Turleja w Krakowie, ale nie wyszła. Był to kolejny termin, który okazał się niemożliwy do spełnienia. Dlatego podjąłem rozmowy z Waldemarem Śliwczyńskim, a dodatkowo w radykalny sposób zmieniłem pierwotną zawartość publikacji i jej materiał ilustracyjny, tak aby była bardziej aktualna i interesująca.

czwartek, 30 kwietnia 2009

Czym zajmuje się prof. Krzysztof Hejke?

Niestety nie fotografią, choć naucza fotografii w filmowce, tylko pisaniem skargi do prezydenta L. Kaczyńskiego na temat m.in. uwiedzenia żony, którą podpisał jako profesor, aby uwiarygodnić swą wypowiedź! Bardzo dawno temu K. Hejke był zdolnym studentem szkoły filmowej, zorganizowałem mu wystawę galerii CIK-u w Łodzi w 1990 roku pt. "Strefa". Pomogłem także w zakupie jego prac do kolekcji Muzeum Sztuki w Łodzi. Najlepsze zdjęcia wykonał jednak w latach 80. XX wieku, czyli bardzo dawno temu. Później nastąpiło to, co starałem się zasygnalizować w tekście pt. "Czas zatrzymany" ”Kalejdoskop” [Łódź], lipiec/sierpień 1993. I tak już zostało, niestety.

poniedziałek, 27 kwietnia 2009

Cyberfoto 2009 (RCK Częstochowa, kwiecień-maj)






Dzięki Sławkowi Jodłowskiemu mamy konkurs fotograficzny z którego "coś" wynika, gdyż w większości konkursów wynika niewiele lub NIC. Co szczególnego zaistniało w Częstochowie przez dwanaście lat? Powstaje polska tradycja obrazu cyfrowego, z jego zaletami i wadami. Można wymienić znanych jurorów czy wykładowców corocznych spotkań. Liczy się przede wszystkim fakt, że mogą się tu pojawić znani i uznani fotografowie, jak Krystyna Andryszkiewicz, nieżyjący grafik/fotograf Marek E. Janicki czy przedstawiciele środowiska suwalskiego, jak Ewa Przytuła czy Jarosław J. Jasiński.

W tym roku wiele prac pretendowało do nagród i wyróżnień. W związku z tym mieliśmy duży kłopot, ale z takich faktów należy się przede wszystkim cieszyć, gdyż wzrasta, przynajmniej w tym międzynarodowym konkursie, poziom estetyczny i artystyczny.

Po raz kolejny mamy ciekawy katalog, m.in. z tekstem wybitnego specjalisty w zakresie obrazu cyfrowego - dra Piotra Zawojskiego, który podążając tropami teorii Zbigniewa Rybczyńskiego, zajmuje się jego paradoksami. Konkluzja jest na pozór zaskakująca - obraz cyfrowy musi być dwuwymiarowy, a także powrócić do obrazu przed otograficznego! Ale oczywiście to jedna z możliwości, bo na przeciwnej stronie znajduje się "obraz trójwymiarowy i PRZESTRZENNY", czyli "virtual reality". Powstaje tylko pytanie, czy będzie można tego typu "obrazy", które nie są obrazami w tradycyjnym sensie, tworzyć w aspekcie artystycznym, a nie tylko technologicznym, jak miało to miejsce np. z fotografią stroboskopową czy holografią.

Pragnę zwrócić uwagę na nazwiska: Olgi Grabiwody (kilkakrotnie już nagradzanej), Jacka Szczerbaniewicza (także nagradzanego już na Cyberfoto), czy działających w formule reklamowo-komiksowej: Michała Sosnę i Kornela Wołodźko. Wygrał, za działanie wbrew logice sprzętu (telefon komórkowy!) i za ryzyko jakie podjął Dawid Krzysteczko.

Za rok kolejne trzynaste Cyberfoto! Powtórzy konkurs, na podstawie którego tworzy się najnowsza fotografia, czasem grafika o znaczeniu kreacyjnym (wyróżniony w tym roku Sławomir Twardowski). Tym konkursem powinna cieszyć się Częstochowa.

czwartek, 23 kwietnia 2009

Nowy talent - Tomasz Adam Fularski (wystawa w ŁTF-ie w Łodzi)




Z panem Tomaszem spotykamy się co dwa tygodnie na wykładach z historii sztuki w WSSiP w Łodzi. Należy do wyjątkowo zainteresowanych i uzdolnionych studentów, choć edukację fotograficzną rozpoczął późno. Ale nigdy nie jest za późno, aby przypomnieć tylko Zofię Rydet, która rozpoczęła zainteresowanie fotografią jako dojrzała kobieta, w wieku ok. czterdziestu kilku lat, ok. 1954 roku.

Na wystawie w galerii ŁTF-u (do 20 kwietnia) wiedzieliśmy dwa cykle, z których zdecydowanie dojrzalszy był "Za betonową kurtyną" - rodzaj intymnego pejzażu i chęć sakralizowania go, a także poszukiwania w nim ostatniej nadziei, w sensie uratowania czy ratowania resztek człowieczeństwa. Autor bardzo dobrze "panuje" nad fotografowaną materią a potem materializacją wydruków, które zyskują na aurze niejednoznaczności i tajemniczości. Często w wydruku, jako formie zgrafizowanej, młodzi artyści tracą na jakości foto-techniczne i przede wszystkim ontologiczne (jeśli przyjmiemy, że takie istnieją). A Tomasz Fularski nie tylko zapanował nad nimi, ale je zwielokrotnił.

W niektórych pracach czytelna jest pewna naiwność, ale może to być zarówno kategoria pozytywna, jak i negatywna, wtedy jeśli ktoś nie panuje nad nią i wymyka się ona spod kontroli. Artysta nie tylko pokazuje romantyzm przyrody, ale jej mistycyzm, gdyż skryta jest atmosfera nieracjonalości, czy panreligijnego nieokreślonego rytułau. Ale uwaga jesteśmy już blisko kiczu, którym można się bawić, ale nie można mu ulec.

poniedziałek, 20 kwietnia 2009

Dlaczego mało ludzi odwiedza MS2 w Łodzi?

Ze zdziwieniem otworzyłem maila wysłanego do mnie dziś o godzinie 18.17 z Muzeum Sztuki - o spotkaniu i dyskusji w muzeum, dziś o godz. 18 (!)... Jak można przyjść na dyskusję w czasie jej trwania, chyba że jest się właśnie na terenie Manufaktury. Spotkania są organizowane ciągiem dzień po dniu i tak jest w tym tygodniu, stąd pustki wśród widzów. Oczywiście nie wiem, jak będzie dzisiejszego wieczoru. Raczę, że niewiele osób przyjedzie na panel dyskusyjny w sobotę, bo nie ma takiej tradycji, a o nową trudno.

Niewielkim echem odbija się w prasie druga wystawa w nowym MS2, która zrobiona jest pod publiczność i miała udowadniać niesprawdzalną tezę, że "każdy jest artystą". Teza Josepha Beuysa używana była przez niego wyłącznie w systemie edukacji, jaką prowadził ze studentami, nie zaś wystawiennictwa. Szkoda miejsca, czasu i tradycji, jaką ma czy miało Muzeum Sztuki. W sierpniu br minie trzy lata od powołania nowej dyrekcji Muzeum Sztuki. Dlaczego nie zorganizowano praktycznie żadnych poważnych wystaw muzealnych, dlaczego nie pokazuje się bogatych zbiorów grafiki, fotografii. Jedynym jasnym punktem są tylko czasami spotkania i dyskusje oraz dwie kawiarnie, ale to zdecydowanie za mało.

Ciekawe, jakie pisma artystyczne i czasopisma podsumują dotychczasowe wystawy i publikacje? Sądzę, że żadne, bo "Obieg" jest układowy czy systemowy. Może "Arteon", a najszybciej uczyni to "Spam".

piątek, 17 kwietnia 2009

6 Biennale Fotografii w Poznaniu. Fotografia, ideologia, polityka





08.05 w Poznaniu otworzone będzie kolejne Biennale Fotografii. Kiedyś ok. 2000 była to jedyna(?) i najważniejszą impreza poświęcona najnowszej fotografii. Ale bardzo szybko pojawiły się "młode wilki", ujawnione na festiwalach w Łodzi i Krakowie. Impreza w Poznaniu stała się zbyt poznańska i zbytnio skoncentrowana na fotografii studenckiej, z której szybko wykruszają się zdolni i mniej zdolni. Wystarczy sięgnąć do katalogu sprzed kilku lat. 

Czy w tym roku roku Poznań sprosta konkurencji? Zobaczymy, zależny to od poziomu wystaw głównych - Izabelli Kowalczyk, Macieja Szymanowicza i mojej. Zestaw nazwisk i prac w ekspozycji Kowalczyk wydaje się zbyt "klasyczny" i znany. Nieoczekiwanie pojawił się jeszcze nowy festiwal - w Warszawie, koncentrujący swe eksploracje na fotografii czeskiej, podobnie jak festiwal w Krakowie. Powstaje ciekawe porównanie i konfrontacja. 

Na mojej ekspozycji (Stary Browar, Słodownia +2)zaprezentuję ponad 200 prac 24 artystów. Wymieniam ich w kolejności, w jakiej będą pokazani w Pozaniu: Anna Baumgart, Wolf Kahlen (Niemcy),Dominik Pabis, Ewa Świdzińska, Adam Rzepecki, Magda Samborska, Ken Matsubara (Japonia), Magdalena Hueckel, Jerzy Wierzbicki, Katarzyna Majak/Marcin Sudziński, Lilla Szász (Węgry), Michał Brzeziński, Natalia LL, Andrzej Dudek-Dürer, Waldemar Jama, Jaroslav Malik (Czechy), Sławomir Marzec, Tadeusz Żaczek, Joachim Froese (Australia), Grzegorz Zygier, Janusz Leśniak, Stanisław Woś, Marek Zygmunt. 

Co wyniknie z mego pokazu? Jaką świadomość w zakresie ideologii i polityki pokażą kuratorzy biennale? Jest to jeden z najważniejszych problemów i fotografii, i "sztuki krytycznej" i tzw. postsztuki. Fotografia dysponuje w tym zakresie swą tradycją oraz historią, wobec której należy być także krytycznym a nawet wstrzemęźliwym. O czym piszę? Nie ujawnię, zachęcam do przeczytania swego tekstu na temat z katalogu tej ekspozycji pt. "Czy wikłać się w ideologiczność fotografii?" 

P.s. zdjęcia w tym tekście są w następującej kolejności: K.Majak i M.Sudziński, M.Samborska, L.Szász i J.Malik. Zobaczymy m.in. sakralizująca świat i umarłych dawno ludzi "archeologię fotografii" w wydaniu czeskim (Malik), problem komunikacji czy przyjaźni z prostytutką (Szász), polski feminizm w aspekcie domowym i prowincjonalnym (Samborska) oraz dalszą historię sukni ślubnej znanej z projektu "Desire" (Majak).

P.s. O tym, że drugim autorem pracy pod znaną "Tryptyk wdt" jest Marcin Sudziński dowiedziałem się późno, bo podczas wieszania tej pracy na Biennale Fotografii. No comments.

środa, 8 kwietnia 2009

Krzysztof Jurecki "Oblicza fotografii" (wyd. Kropka, Września 2009)



Trwają ostatnie przygotowania do druku mojej książki o historycznym przesłaniu. Akcenty interpretacyjne postawiłem na dwóch problemach - okresie międzywojennym oraz latach 50. w fotografii europejskiej i polskiej. Publikacja powinna ukazać się w maju 2009 roku. Na okładce znajdzie się zdjęcie Andrzeja J. Lecha "Stary Gierałtów" (1985). Poniżej spis treści, stron jest 275 oraz wiele ilustracji, w tym także ze zbiorów Muzeum Sztuki w Łodzi.


Spis treści

Wstęp 5
Krótka historia fotografii 7
Współczesne funkcje fotografii 14
Fotografia i totalitaryzm. Uwagi ogólne 23
Racjonalność w fotografii. Obszar, granice. Analiza historyczna 41
Unikatowy dokument Louise Arner Boyd 52
Oblicza wsi poleskiej w twórczości Józefa Szymańczyka (1909-2003) 55
Autoportrety. O istocie wizerunku w historii fotografii 61
Fotografia polska 1912-48. Na marginesie wystawy
w Rezydencji Księży Młyn 73
Fotografia i awangarda w Polsce do 1996 roku 81
Twórczość Hansa Bellmera na tle fotografii surrealistycznej
w okresie międzywojennym 111
Apokaliptyczna wizja miasta w twórczości fotomontażowej
Janusza Marii Brzeskiego i Kazimierza Podsadeckiego? 120
Heliografika Karola Hillera 132
Weegee. Czy są granice moralności w fotografii? 137
Czy istniała polska fotografia subiektywna? 140
Antyfotografia i ciąg dalszy. Beksiński, Lewczyński, Schlabs 157
Twórczość fotograficzna Zdzisława Beksińskiego w latach 1953-60.
Od awangardy do postmodernizmu 162
„Aura fotografii” Jerzego Lewczyńskiego 168
Niekwestionowana wielkość Zofii Rydet (1911-97) 178
Dwa etapy rozwoju portretu w twórczości Krzysztofa Gierałtowskiego 191
Początki konceptualizmu w fotografii polskiej.
Wiesław Hudon — Artysta w podróży 199
Fotografia polska lat 80. 209
Wyzwolone fotografie Andrzeja Jerzego Lecha 225
O inscenizowanej fotografii Grzegorza Przyborka 237
Wobec rzeczywistości, wobec fotografii — twórczość Evy Rubinstein 252
Utrwalić czas. Wyjść poza ograniczenia fotografii 256
Indeks nazwisk 266

środa, 1 kwietnia 2009

Dwie wystawy w ŁTF-ie (marzec 2009)



Wystawiały dwie studentki WSSiP w Łodzi. Ku mojemu zaskoczeniu była to bardzo dobra wystawa, jeśli ocenimy ją w kategoriach studenckich. Obie działają na styku fotografii reklamowej i kreacyjnej/artystycznej, gdyż taka jest specyfika naszej szkoły. Wydaje mi się, że rzadko na tym polu udaje się twórczo połączyć obie koncepcje, ale są takie przykłady. Raczej mamy oddzielnie fotografii reklamowej od artystycznej (Man Ray, Erwin Olaf) lub tworzenie reklamowej tak, aby uznana został za sztukę (Cecil Beaton, Helmut Newton).

W pierwszej sali prace pokazała Marta Wiktoria Słyż pod tytułem "A dziś co czujesz jak na mnie patrzysz?". Autorka w fotografii trochę francuskiej poszukuje nastroju i kontaktu z portretowanymi parami. Bardzo dobrze panuje nad stroną techniczną. Sprawnie operuje przynajmniej dwoma konwencjami. Pierwsza to zdjęcie skontrastowane z tłem i silnym światłocieniem, zgrafitowane. Druga, dla mnie ciekawsza, to lekko poruszone bardziej intymne portrety, o charakterze piktriolnaym niż dokumentalnym.

W drugiej, mniejszej salce obsesyjne prace pokazała Aleksandra Korszuń. Tytuł pokazu "Dystans intymny". Tym razem znowu można było zobaczyć kilka konwencji, z których najbardziej przemawiała do mnie ta, w formie barwnych prac, gdzie ciało sprowadzone zostało do zagadkowego obiektu, który toczy jakoś walkę - z życiem, z samym sobą? Mieliśmy także obejrzeć animację zdjęć, utwór pośredni medialnie, pomiędzy wideo a klasyczną fotografią, także bardzo intrygujący.

Co jest ważne, kiedy młodzi fotografowie zaczynają pokazywać swoje prace? Skoncentrowanie się nad jednym lub kilkoma problemami, a potem wnikanie w nie, jak najdłużej i jak najbardziej w sensie znalezienia nowej i własnej formuły. Potem przekazanie w niej własnej wizji życia i bycia ("Sein"). Tego życzę także autorkom tej udanej ekspozycji.

niedziela, 29 marca 2009

Trochę statystyki, czyli o moim blogu


Dziś jest święto i to podwójne - niedziela, teoretycznie dzień wypoczynku i refleksji o życiu oraz zanotowałem 1000 wejście na mój blog, któremu licznik założyłem w środę ok. południa w dniu 25.02.2009. W lutym zanotowałem 170 wejść, zaś do dziś, czyli 29.03.2009 830(!), co daje ładną sumę 1000. To cieszy!

Największą popularnością blog cieszył się dnia 13.03, kiedy opublikowałem wpis o wystawie "Zwiadowca". W ciągu dnia było 100 wejść, co mnie zaskoczyło. Kto czyta moje recenzje, informacje? Najwięcej wejść jest Łodzi, potem na liście znajduje się: Kraków, Warszawa, Poznań i Trójmiasto, dalej Lublin i Szczecin. Czasami są egzotyczni czytelnicy z Koła (1), Kielc (1), których "biją na głowę" miłośnicy fotografii z Francji (11), Australii (6) czy Meksyku i Ameryki Pł. (6). 62 wejścia na blog system zidentyfikował jako "nieokreślone".

Jako materiału wizualnego użyłem tym razem zaproszenia na wystawę w Korei na wielkim festiwalu fotografii młodej artystki - Ji-Hyun Kwon, o której pisałem w ostatnim "Kwartalniku Fotografia" (2009 nr 28), w tekście pt. "18. rok Mesiaca Fotografie w Bratysławie". Bardzo lubię zdjęcia Ji-Hyon, studiującej w niemieckim Bielefeld. Na zaproszeniu widnieje subtelna praca z serii "The Family", odnosząca się do Jej... oczywiście poetyckiego odczytania rodziny. Na pierwszy rzut okna przypomina o równie ciekawych zdjęciach Jadwigi Sawickiej.

Ale jest niedziela, więc jeszcze wypoczywajmy.