30.10.2008 znany krytyk sztuki Ryszard Ziarkiewiecz został zwolniony z pracy z muzeum w Koszalinie. W obronie zwolnionego gremialnie wystąpiło środowiskowo artystyczne. Oczywiście sprawę trzeba wyjaśnić, gdyż administratorzy sztuki czują się faktycznie bezkarni.
W wypowiedziach i komentarzach nt Ziarkiewicz zwraca uwagę komentarz Kazimierza Piotrowskiego, który wspomina, że wydawca najlepszego obok "Obiegu" pisma, jakim był "Magazyn Sztuki", nie płacił za teksty. Wypowiedź niby żartobliwa, ale mnie spotkało to samo i to jeszcze w mocniejszym kontekście.
Na prośbę Ziarkiewicza ok. 1996 r., kiedy "sztuka krytyczna" przeżywała swój boom przygotowałem bardzo długi wywiad z Konradem Kuzyszynem. Potem bez mojej zgody nasza rozmowa została mocno skrócona, z ok. 14 stron do 7. Widzieliśmy jej szczotkę, zrobiliśmy dalszą korektę tekstu. Otrzymałem nawet rachunek na sumę 700 zł polskich podpisany przez Ziarkiewicza z pieczątką na ul. Zakopiańskiej. Trzymam go dziś. Potem okazało się, że w wydanym numerze nie ma mego wywiadu. Pojawił się tekst o artyście Jolanty Ciesielskiej i opublikowano także zdjęcia Kuzyszyna. Nie usłyszałem od redaktora Ziarkiewicza jakiegokolwiek słowa wytłumaczenia niemoralnej dla mnie sytuacji. Moja duża praca poszła na marne. I nie tylko. Czuję się oszukany na kwotę kilkuset złotych. Nie chodzi tylko o pieniądze, chodzi o fakt że Ziarkiewicz tak cynicznie postępował nie tylko ze mną, czy Piotrkowskim. Czuł się.... wielki i "poza dobrem poza złem". Wydawało mu się, że wszystko mu wolno. Może jest to klucz do zrozumienia jego najnowszego konfliktu? Może? Tego nie wiem na pewno.
Właśnie z powodu nieuczciwości Ryszarda Ziarkiewicza, nie będę go bronił.
czwartek, 5 listopada 2009
Dlaczego nie bedę bronił Ryszarda Ziarkiewicza?
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
czwartek, listopad 05, 2009
0
komentarze
Linki do tego posta
niedziela, 1 listopada 2009
Sylwia Kowalczyk - jeden z przypadków...



z cyklu "Chicas", 2005-07
Lev
Liska
Sylwia Kowalczyk nie zaistniała w polskiej fotografii z początku XXI wieku w takim stopniu, na jaki zasługuje. Nie było jej zdjęć na najbardziej spektakularnych pokazach, jak "Nowi dokumentaliści". Absolwentka ASP w Krakowie (dyplom w pracowni Agaty Pankiewicz) obecnie studiuje na podyplomowych studiach z fotografii w Edynburgu.
Niedługo obok dwójki innych Polaków prace jej pokazane zostaną na prestiżowej wystawie organizowanej przez znane Musée de l'Elysée w Lozannie (dyrektor William A. Ewing) pt. "reGeneration2. Tomorrow’s Photographers Today". Dodatkowo wydany zostanie katalog w wersji francuskiej, angielskiej, a może i chińskiej!
Dlaczego o tym wspominam? Pamiętam, że jej wystawa pt. "Chicas" została zgłoszona przez mnie w 2007 do konkursu na "Miesiącu fotografii" w Krakowie. Wybrano kilkanaście innych, ale nie Kowalczyk, np. wystawę Moniki Brodki pt. "Przemiany". Zdjęcia Kowalczyk, moim zdaniem należą do najciekawszych w początku XXI wieku w fotografii polskiej, gdyż w inscenizacyjny sposób, sięgając jednak po niektóre zasady fotografii dokumentalnej z subtelną ironią, a także wyrażając obsesyjne lęki, przedstawiła życie młodych kobiet w interesujący malarski sposób.
Prace Sylwii, i to nie tylko z cyklu "Chicas", bardzo mi się podobają. Dlatego napisałem o nich tekst do "Kwartalnika Fotografia" (2006 nr 20), a 2007 kolejny do katalogu wystawy indywidualnej w Wozowni w Toruniu. W tym czasie wystawiała także za granicą oraz miała świadomość wielkości nowych postaci w fotografii europejskiej, jak Elina Brotherus. Świadomość działania jest rzeczą bardzo ważną w sztuce, podobnie jak intuicja. Tylko, że intuicja powinna pomagać w działaniu. Zaś bez odpowiedniej i zmiennej w czasie historycznym świadomości nie da się tworzyć! Chyba, że chce się być twórcą naiwnym, działającym we własnym rytmie i "czasie wewnętrznym" własnej aktywności.
Obecnie wykonuje portrety, które sięgają do tradycji portretu nowożytnego w malarstwie. Potwierdza popularną tezę rozwijaną przez m.in. Jeffa Walla, że jedynie fotografia może udźwignąć ciężar tradycji malarstwa. Nie udaje się to, trudno powiedzieć dlaczego, samym malarzom!
Sylwia pokazuje dziwność i tajemniczość przedstawionych postaci. Tym samym kontynuuje problemy, które widać było już w "Chicas".
Artystka ma dużą świadomość materii, w której działa. Zainteresowanych jej poglądami na fotografię, sztukę, czy ocenami World Press Photo odsyłam do naszej rozmowy, która ukazała się w książce "Poszukiwanie sensu fotografii. Rozmowy o sztuce" (Łódź 2008).
Sylwia Kowalczyk jest jednym z kilku polskich przypadków - artystki bardziej znanej i wystawianej poza granicami kraju niż w Polsce.
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
niedziela, listopad 01, 2009
1 komentarze
Linki do tego posta
poniedziałek, 26 października 2009
"Gracze" Zbigniewa Carewicza




Trzeba poszukiwać w takiej materii jakiej nikt nie zgłębia. To pierwsza niepisana zasada dokumentu fotograficznego i reportażu oraz chyba całej sztuki. Z pozoru wyścigi konne, jakie fotografuje od 2004 r. Zbigniew Carewicz mogą wydawać nie tylko banalne, ale zbyt proste czy nijakie. Ale siłą ("wolą twórcy") należy przełamać opór materii i określić własną wizję. W przypadku prezentowanych dokumentalnych zdjęć, bez jakiejkolwiek inscenizacji, mamy, co ciekawe, poczucia końca - tego rodzaju sportu, ale nie tylko. Ludzie są dziwni, wyobcowani, przypominają manekiny, ujęci są w trochę surrealnych ujęciach.
Mamy do czynienia nie z ukazaniem zawodów, co byłoby efektem większości zdjęć prasowych, ale problemu "końca bez końca" określonej społeczności, gdyż taki chyba szybko nie nastąpi. Dlatego z dużym zainteresowaniem będę oglądał jak się ten projekt będzie rozwijał. Czy zobaczymy zawodników, konie albo ukryte negatywowe aspekty, jeśli takie da się zauważyć, etc. Może tez to być pretekst do stworzenia zbioru z zakresu fotografii porterowej albo dokumentu, jak ze szkoły Becherów. Nie mówiąc o fakcie, że portret, jak to czyni Carewicz, łączony jest z oschłym dokumentem architektury. Tak też można postępować.
Co widzę jeszcze? Trochę Roberta Franka, trochę Lee Friedlandera, dokonania "fotografów ulicznych". Ale jest też osobista droga - wyobcowanie i nostalgia. To dobrze wróży.
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
poniedziałek, październik 26, 2009
1 komentarze
Linki do tego posta
wtorek, 20 października 2009
"Raj utracony", galeria Chiwara, Łodź, ul. Janosika 76


Rzeźby Andrzeja Zająca
16.10.2009 r. w Łodzi przy ul. Janosika 76 odbył wernisaż wystawy prac Andrzeja Zająca pt. „Raj utracony”. Zaprezentowano m.in. obrazy w nietypowych ramach uzupełniane płaskorzeźbą, rzeźby w formie instalacji np. z jabłkami. Autor, określający siebie mianem „rzemieślnika”, pokazuje m.in. w jaki sposób mity Adama i Ewy czy Matki Boskiej z Dzieciątkiem mogą funkcjonować w świecie sztuki afrykańskiej! Jest to zaskakujące, ale w tym przypadku prawdziwe.
Autor wychodząc od ikonografii sztuki chrześcijańskiej dokonuje jej transformacji w świat afrykańskich mitów. Czy jest to możliwe? Czy idee i symbole migrują i przemieszczają się w ludzkiej psychice? Być może odpowiedź znajdą Ci, którzy zobaczą artystyczny świat Andrzeja Zająca, tworzącego ciekawe rzeźby nawiązujące m.in. do sztuki Dogonów, gdyż duchowo czuje się Afrykańczykiem… Można powiedzieć, że ta sztuka udała się A. Zającowi. Jego wizja jest klarowana i prosta, a także zaskakująco nowoczesna poprzez umiejętnie zastosowanie motywu bramy (pasażu) i formuły abstrakcji geometrycznej. Np. afrykańska maska obrzędowa może w jego wizji przypominać architekturę kościoła chrześcijańskiego.
Jego świat sztuki jest poważny, innym razem nostalgiczny, a jeszcze innym ironiczny. Nie można mu zarzucić braku wewnętrznego zaangażowania i pasji twórczej. Tworzy także maski afrykańskie, inspirowane czy kopiowane ze sztuki afrykańskiej oraz malarstwo portretowe, w którym ważną rolę odgrywa wyjście poza granice ram obrazu, tak aby stał się on, co rzadko się czyni, integralną częścią pracy twórczej.
Wystawie towarzyszą także obrazy olejne Piotra Tymochowicza absolwenta UMCS w Lublinie, również inspirowane motywami afrykańskimi, w tym drzewa poznania dobra i zła, które może być także odczytane jako wyobrażenie szamańskiej duszy i struktury wszechświata. Artysta stosuje rodzaj filtra kulturowego i inspiruje się montażem elektronicznym, łącząc różne motywy. Ciekawy jest nowy symbol Szatana, jaki pojawia się w trzech obrazach.
Artyści starają się odpowiedzieć na jedno z najtrudniejszych wyzwań – co czynić i jak działać twórczo, gdy „raj został utracony”.
Chciałbym, aby Andrzej Zając jako artysta miał możliwość stworzenia dużych rzeźb w centrum jakiegoś miasta, z tak nośnymi symbolami, jakimi się posługuje.
Wystawa jest dowodem na to, że można być interesującym artystą-rzemieślnikiem, bez skończenia wyższej szkoły plastycznej. Dla sztuki jest obojętna edukacja, dla sztuki liczy się wyraz wizualny i zawarta w niej idea. W tym przypadku mamy i jedno i drugie.
Będę dalej dopingował i pomagał, aby Pan Andrzej tworzył dalej, gdyż jest dla mnie prawdziwym artysta, nie wykreowanym sztucznie przez mass-media czy galerie układy. Takich twórców, działających w stylu pop mamy zbyt wielu. Działają w stylu kaberetowo-cyrkowym, ku uciesze gawędzi.
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
wtorek, październik 20, 2009
0
komentarze
Linki do tego posta
czwartek, 15 października 2009
"Fragmenty suplementu do historii polskiego wideo 1989-2007" (Szczecin, klub 13 Muz,22.10.2009)
Piotr Wyrzykowski, Atomic Love, 2002
Od czasu do czasu wracam do historii polskiego filmu eksperymentalnego i wideo realizowanych w formie taśmy celuloidowej, potem magnetycznej a obecnie obrazu cyfrowego. Obecna nazwa wideo-art jest tu umowna, wynika bardziej z tradycji i estetyki, niż technologii. Interesują mnie różne spojrzenia na okres od lat 80. do chwili obecnej.
W Szczecinie pokażę m.in. mało znane prace Wiktora Polaka, sięgającego do swych obsesji w formule body-art i wciąż niedoceniane realizacje Anny Baumgart, która bardziej znana jest ze swej twórczości rzeźbiarskiej niż wideo, którym m.in. wyznaczyła drogę dla słynnej "Pasji" Doroty Nieznalskiej. Ale film Baumgart "Zima", 1997 jest dla mnie zdecydowanie ciekawszy, nie zaś tak jednostronna, by nie powiedzieć "łopatologiczna" "Pasja". Tak naprawdę została ona wylansowana przez proces sądowny, który nigdy nie powinien mieć miejsca, choć nie była to zbyt oryginalna i mądra praca. Lepsze fotografie o podobnym ładunku prowokacji wykonali np.: Man Ray czy Andres Serrano. O tym wszystkim opowiem na spotkaniu w Szczecinie o godzinie 17.13, a potem odbędzie wernisaż wystawy Andrzej Dudek-Dürea, który w tym roku obchodzi jubileusz 40 lecia "sztuki butów".
Program pokazu
I. Okolice Łodzi Kaliskiej
Adam Rzepecki i Grzegorz Zygier, Every dog has his day,1990, 5" 3"
Zygmunt Rytka, Czas do dyspozycji, cz. II, 1989, 3" 40 "
Andrzej Kwietniewski, Krzyżacy, 2002, 4"
II. Alchemia, medytacja – Od C 14 do Spiż 7
Marek Rogulski, Etap I, 1990, 1" 56"
Marek Rogulski, Krr, 2006,1" 30"
Marek Rogulski, Ćwiczenie łącza energetycznego, 2006, 1"
Marek Rogulski, Łączenie emanacji, 2006, 1" 10"
Piotr Wyrzykowski, Atomic Love, 2002, 5"
Marek Zygmunt, Medytacje, 2001, 8"
Wspólnota Leeeżeć, Bielmo awangardy, 1996, 2" 14"
Wspólnota Leeeżeć, Prombłuny mechanizm kuszenia, 1999, 5" 12"
III. Między feminizmem a sztuką kobiet
Anna Baumgart, I kiedy pocałowała żabę…1997, 5"
Anna Baumgart, Zima, 1997, 2" 30"
Anna Baumgart, Kto mówi?, 1998, 3"
Anna Baumgart, Kolekcja przypadkowych epitafiów, 1998, 5
Anna Orlikowska, Istota, 2005, 2" 11"
Anna Orlikowska, Autoportret, 2005, 0" 48"
IV. Wideo-performance i body-art
Arti Grabowski, Octoberfest, 2003, 8"
Wiktor Polak, Blisko, 2005, 8"
Wiktor Polak, Nie można oddychać zającem, 2007, 4"
Wiktor Polak, Zabawka, 2007, 3"15"
V. Muzyka i mantra
Andrzej Dudek-Dürer, Invisible time, 2001-02, 10" 28"
Mirosław Rajkowski, Motus, 2006, 1"
Mirosław Rajkowski, Radom Fantom, 2006, 2"
Leszek Żurek, Mantra, 2005, 3" 48"
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
czwartek, październik 15, 2009
0
komentarze
Linki do tego posta
poniedziałek, 12 października 2009
Mistrz Bogdan w galerii FF w Łodzi! (od 09.10.2209)

To nie żart! Z kilku najbardziej wpływowych fotografów polskich bez namysłu wymieniłbym Bogdana Konopkę. Jego fotografie posiadają duszę, jeśli tylko ktoś ją potrafi spostrzec. Ale nie jest to łatwe.
Wystawa "Szara pamięć" przybliża problem cmentarzy żydowskich w Polsce, które nie jest łatwo fotografować. Bogdan od lat 90., a może i wcześniej, posiada własny patent polegający na tym, że wszystkie zdjęcia mu wychodzą! Nie wykonuje on złych czy nawet przeciętnych fotografii w zakresie pejzażu! Ale zdarzały mu się takie portrety, gdyż jest to najtrudniejszy rodzaj fotografii. Niewątpliwie jest mistrzem w koncepcji fotografii klasycznej, nieczułym na jej przemiany z zakresu obrazu cyfrowego. Nie jest ważne, że on zwycięży, gdyż Bogdan dalej fotografuje "swoje"! Ciągle znajduje to "własne ja". Jego styl jest najbliższy, choć inny, bo mniej bolesny, zdjęciom Andrzeja Lecha.
Na czym polega ten mistrzowski styl Bogdana? Na spokoju, jaki widzimy w kadrze, jego pięknie i nostalgii. Ale także na symbolicznym wymiarze wielu zdjęć, których brakuje np. w ostatnich pracach Wojciecha Wilczyka.
Do galerii FF przyszło tego wieczoru bardzo dużo osób, np. Andrzej Kwietniewski, który opuścił Łódź Kaliską zanim osiadała na mieliźnie czy Waldek Śliwczyński z żoną Jolantą, a także Grzegorz Przyborek - najbardziej wpływowy pedagog w zakresie fotografii w Polsce. Tak, to było wydarzenie.
Nie było sposobności, aby znów porozmawiać z Bogdanem, podobnie jak w Bratysławie rok temu. Znów się rozminęliśmy. Na szczęście pozostają maile i telefony.
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
poniedziałek, październik 12, 2009
2
komentarze
Linki do tego posta
środa, 7 października 2009
Nie ma już neoawangardy! Na marginesie pewnego manifestu
Neoawangarda "umarła" na Zachodzie w latach 70., w Polsce jej śmierć obwieszczali już na początku lat 80. m.in.Janusz Bogucki i Grzegorz Dziamski. Stefan Morwaski pisał zaś o "złym samopoczuciu", ja zaś o jej kryzysie. Jej ostatnią redutą była Kultura Zrzuty, z czym zgadzał się np. Andrzej Kostołowski. Co mieliśmy potem? "Nową ekspresję" która była przekroczeniem neoawangardy, wg koncepcji Achille B. Olivy, a zwłaszcza "sztukę krytyczną", która do absurdu podniosła jej niektóre postulaty, ale z pozycji instytucji, galerii, bądź ASP! Wcześniej awangarda i neoawangarda zawsze były poza instytucjami, poza eksperymentem Bauhausu czy Warsztatu Formy Filmowej, ale były to wyjątki.
Sprawa nieoczekiwanie odżyła po opublikowaniu "Manifestu neoawangardy" podpisanego przez: Agnieszkę Kurant, Oskara Dawickiego, Łukasza Rondudę, Janka Simona, Edwina Bendyka. Są tu zarówno artyści, którzy tworzą m.in. sztukę w oparciu o "ready-made" , jak i teoretycy (Bendyk)i historycy zapatrzeni w osiągnięcia neoawangardy (Ronduda). Ale manifest neoawangardy powstał w instytucji, jaką jest CSW w Warszawie, które dodatkowo umożliwiło otwarcie wystawy na ten temat. Czy neoawngarda może rozwijać się w szacownej instytucji? Wątpię, prawdziwa neoawangarda atakował by instytucjonalną sieć lub dążyła do jej demontażu w imię sprawiedliwości społeczno-rewolucyjnej.
Jeśli analizować ten nierewolucyjny manifest, to przypomina on dialektykę z okolic Bauhausu, kiedy pisano o "laboratorium form" i Fluxsusu. Przede wszystkim jest on bardzo konserwatywny, gdyż dopomina się jedynie o absolutną autonomię, nie obraża, nie walczy, nie atakuje. Nie jest to więc retoryka awangardy, co najwyżej jej ostatnie pogłosy lub próba poszukiwania innego modelu twórczości artystycznej, gdzie punktem wyjścia ma być sytuacja neoawangardy z lat 60-70. XX wieku. Nie widzę osobiście perspektyw rozwoju przed wyżej wymienionymi artystami, jeśli rozpatrywać ich działalność w kontekście neoawangardy i podpisanego manifestu.
Sprawa nieoczekiwanie odżyła po opublikowaniu "Manifestu neoawangardy" podpisanego przez: Agnieszkę Kurant, Oskara Dawickiego, Łukasza Rondudę, Janka Simona, Edwina Bendyka. Są tu zarówno artyści, którzy tworzą m.in. sztukę w oparciu o "ready-made" , jak i teoretycy (Bendyk)i historycy zapatrzeni w osiągnięcia neoawangardy (Ronduda). Ale manifest neoawangardy powstał w instytucji, jaką jest CSW w Warszawie, które dodatkowo umożliwiło otwarcie wystawy na ten temat. Czy neoawngarda może rozwijać się w szacownej instytucji? Wątpię, prawdziwa neoawangarda atakował by instytucjonalną sieć lub dążyła do jej demontażu w imię sprawiedliwości społeczno-rewolucyjnej.
Jeśli analizować ten nierewolucyjny manifest, to przypomina on dialektykę z okolic Bauhausu, kiedy pisano o "laboratorium form" i Fluxsusu. Przede wszystkim jest on bardzo konserwatywny, gdyż dopomina się jedynie o absolutną autonomię, nie obraża, nie walczy, nie atakuje. Nie jest to więc retoryka awangardy, co najwyżej jej ostatnie pogłosy lub próba poszukiwania innego modelu twórczości artystycznej, gdzie punktem wyjścia ma być sytuacja neoawangardy z lat 60-70. XX wieku. Nie widzę osobiście perspektyw rozwoju przed wyżej wymienionymi artystami, jeśli rozpatrywać ich działalność w kontekście neoawangardy i podpisanego manifestu.
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
środa, październik 07, 2009
2
komentarze
Linki do tego posta
środa, 30 września 2009
„Lew na ulicy”, Teatr im. Jaracza w Łodzi, 25.09.2009 (premiera 2006)
.jpg)
Reżyser Mariusz Grzegorek to również historyk sztuki i niedoszły malarz, który spełnił się przede wszystkim jako wybitny reżyser teatralny, mniej reżyser filmowy. Od początku podąża własną drogą, na której zajmuje się relacjami skrajnie psychoanalitycznymi. Nie interesuje go modna tematyka podejmowana przez moralnych buntowników.
W kolejnym wybitnym przedstawieniu „Lew na ulicy” zaproponował świat widziany duszą czy poprzez uczucia nieżywego dziecka, które wędruje po Kanadzie, wchodząc w interakcje ze światem żywych. Isobel (świetna rola Mariet Żukowskiej, która gra na pograniczu snu i jawy, realności i bytowania w zaświatach, rola, która na długo pozostanie w pamięci) padła ofiarą Lwa i pragnie przed nim ochronić kolejne potencjalne ofiary. Dramat jest studium i wiwisekcją społeczeństwa, wraz z jego przypadłościami i oskarżeniem systemu. O co? O głupotę, zacietrzewcie, małostkowość (także kleru i konsumpcyjnego społeczeństwa) a przede wszystkim o wszechobecne zło. Lew/zło jest wokół nas i jest w nas.
Kolażowa struktura czyni ze spektaklu rodzaj składanki, która wciąż się dookreśla, aż do samego końca. Niebezpieczeństwa tej inscenizacji polegają na dotknięciu i epatowaniu najgłębszymi zakamarkami duszy ludzkiej i na wcielaniu się dorosłych aktorów w psychikę dzieci. Temu zadaniu nie wszyscy mogą w pełni podołać, gdyż najczęściej można dostrzec pewien nienaturalny wyraz. Ale tym razem udało się – reżyser umiejętnie wymknął się prawie wszystkim niebezpieczeństwom.
Mniej podobała mi się scenografia i stroje aktorów, najmniej kolaże, zdjęcia, grafiki, które uzupełniały kolejne sceny, gdyż były wykonane w manierze parakonceptualnej czy poezji wizualnej, jak z lat 70. XX wieku. Taka forma jest już passe. Podobnie jak plakat do omawianego przedstawienia. Ale to marginalia.
Bardzo dobrze dobrana była za to muzyka, ale wiadomo, że reżyser Mariusz Grzegorzek jest wybitnym koneserem.
W sztuce gra tylko sześciu aktorów! To zaskakujące jak potrafią transformować swe aktorstwo i wcielać się przekonująco w różne postacie – od księdza po gangstera (Mariusz Ostrowski), a czynią to, poza już wymienionymi, Ewa Audykowska-Wiśniewska, Urszula Gryczewska-Staszczak, Matylda Paszczenko i Ireneusz Czop.
P.s. Mariusz – Gratulacje!
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
środa, wrzesień 30, 2009
1 komentarze
Linki do tego posta
środa, 23 września 2009
"Ziemia obiecana" - reżyseria Jan Klata, festiwal "Dialogu 4 Kultur", Łódź, 11.09.09
Na niewiele zdała się dobra gra aktorów, błąd istniał w już podstawowym założeniu adaptacji powieści Władysława Reymonta w reżyserii Jana Klaty. Wybitną adaptacją "Ziemi obiecanej" jest oczywiście film Andrzeja Wajdy. Z tego powodu dla Klaty było to dodatkowym wyzwaniem, któremu jednak nie sprostał.
Banalne w swej prostocie przeniesienie dziewiętnastowiecznego wizerunku Łodzi i jej bohaterów do czasów ponowoczesnej nowoczesności, kiedy na ul. Piotrkowskiej królują puby samo w sobie nie jest złe ani dobre. Ważniejsze jest to, co wyniknęło z tego przeniesienia - niebezpieczeństwo banalizacji tragicznych wątków z powieści Reymonta, a nawet, jak to się stało, rezygnacja z nich. Jeszcze większym problemem okazało się stosowanie modnego anturażu, jak laptopy i dziewczyny na rurach. A gdzie podziałała się bieda proletariatu i jego egzystencja, o której mówił reżyser Klata, kiedy przygotowywał dla festiwalu spektakl. Bieda stanowiła bardzo ważny problem, nie tylko artystyczny, dla Reymonta.
Właśnie popkultura z najczęściej z błahą muzyka pop („Money, Money” Abby), inspiracjami z reklamy, nie tylko uwiodła reżysera, ale pogrążyła cały spektakl, który stał się w większości kiczem, gdzie np. goryl gra na perkusji, a kelnerem jest monstrum, jak z „Terminatora”. Przedstawienie było przede wszystkim śmiesznie i kiczowate; zniknął cały nastrój powieści, a w zamian otrzymaliśmy wątpliwy i niewyrazisty obraz ponowoczesnej Łodzi , w którym pozostanie w mej pamięci przede wszystkim goryl ze względu na swą egzotyczny wdzięk, a nie dobra gra większości zespołu. Słowem – porażka!
To kolejny przykład w twórczości Klaty, jak popularna strategia transformacji wybitnej powieści w inny zupełnie wymiar kulturowy, o znamionach symulacji (w znaczeniu Jeana Baudrillarda) staje się popkulturą o znikomych wartościach, czasami ku uciesze publiczności.
Na koniec przytoczę fragment z frapującego wywiadu z Andrzejem Stasiukiem, (rozmowa z Dorotą Wodecką pt. „Idę, będąc nieco gruby, „GW”, 11.09.2009, s. 21): „Cała kultura współczesna, popkultura też jest falsyfikowana, zbudowana na wartościach nieistniejących. Nie ma pomagać w egzystencji , nie ma nas określać, tylko jest wampiryczną instytucją, która wysysa z nas energię, by sama mogła zarabiać, powielać się, regenerować. Żeby istniała jako zombie”. Nic dodać, nic ująć. Warto zastanowić się nad popkulturą i jej konsekwencjami dla całości utworu plastycznego, fotograficznego, dramatycznego czy muzycznego. W tym ostatnim gatunku najlepiej się ona sprawdza. A może tylko w tym?
„Ziemia obiecana”
według Władysława St. Reymonta
reżyseria i opracowanie muzyczne: Jan Klata
adaptacja: Jan Klata, Sebastian Majewski
dramaturgia: Sebastian Majewski
scenografia i reżyseria świateł: Justyna Łagowska
kostiumy: Mirek Kaczmarek
Banalne w swej prostocie przeniesienie dziewiętnastowiecznego wizerunku Łodzi i jej bohaterów do czasów ponowoczesnej nowoczesności, kiedy na ul. Piotrkowskiej królują puby samo w sobie nie jest złe ani dobre. Ważniejsze jest to, co wyniknęło z tego przeniesienia - niebezpieczeństwo banalizacji tragicznych wątków z powieści Reymonta, a nawet, jak to się stało, rezygnacja z nich. Jeszcze większym problemem okazało się stosowanie modnego anturażu, jak laptopy i dziewczyny na rurach. A gdzie podziałała się bieda proletariatu i jego egzystencja, o której mówił reżyser Klata, kiedy przygotowywał dla festiwalu spektakl. Bieda stanowiła bardzo ważny problem, nie tylko artystyczny, dla Reymonta.
Właśnie popkultura z najczęściej z błahą muzyka pop („Money, Money” Abby), inspiracjami z reklamy, nie tylko uwiodła reżysera, ale pogrążyła cały spektakl, który stał się w większości kiczem, gdzie np. goryl gra na perkusji, a kelnerem jest monstrum, jak z „Terminatora”. Przedstawienie było przede wszystkim śmiesznie i kiczowate; zniknął cały nastrój powieści, a w zamian otrzymaliśmy wątpliwy i niewyrazisty obraz ponowoczesnej Łodzi , w którym pozostanie w mej pamięci przede wszystkim goryl ze względu na swą egzotyczny wdzięk, a nie dobra gra większości zespołu. Słowem – porażka!
To kolejny przykład w twórczości Klaty, jak popularna strategia transformacji wybitnej powieści w inny zupełnie wymiar kulturowy, o znamionach symulacji (w znaczeniu Jeana Baudrillarda) staje się popkulturą o znikomych wartościach, czasami ku uciesze publiczności.
Na koniec przytoczę fragment z frapującego wywiadu z Andrzejem Stasiukiem, (rozmowa z Dorotą Wodecką pt. „Idę, będąc nieco gruby, „GW”, 11.09.2009, s. 21): „Cała kultura współczesna, popkultura też jest falsyfikowana, zbudowana na wartościach nieistniejących. Nie ma pomagać w egzystencji , nie ma nas określać, tylko jest wampiryczną instytucją, która wysysa z nas energię, by sama mogła zarabiać, powielać się, regenerować. Żeby istniała jako zombie”. Nic dodać, nic ująć. Warto zastanowić się nad popkulturą i jej konsekwencjami dla całości utworu plastycznego, fotograficznego, dramatycznego czy muzycznego. W tym ostatnim gatunku najlepiej się ona sprawdza. A może tylko w tym?
„Ziemia obiecana”
według Władysława St. Reymonta
reżyseria i opracowanie muzyczne: Jan Klata
adaptacja: Jan Klata, Sebastian Majewski
dramaturgia: Sebastian Majewski
scenografia i reżyseria świateł: Justyna Łagowska
kostiumy: Mirek Kaczmarek
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
środa, wrzesień 23, 2009
0
komentarze
Linki do tego posta
piątek, 18 września 2009
"Rechnitz. (Anioł zagłady)" reżyseria Jossi Wieler, Münchner Kammerspiele

Historię, która wydarzyła się 25.03.1945 w pogranicznym Rechnitz, mieście austriackim blisko granicy Węgier bez problemu znajdziemy w Internecie. Około 200 Żydów węgierskich w tajemniczych okolicznościach zostało rozstrzelanych. Winni – naziści i arystokraci, którzy są bohaterami sztuki, uniknęli kary. Miejscem kaźni był zamek a głównymi sprawcami hrabia i hrabina Margit von Batthyány , ale nigdy nie znaleziono grobu ofiar!
Sztuka Elfride Jelinek "Rechnitz. (Anioł zagłady)" traktuje o dyskutowanym współcześnie problemie banalności zła, banalności zagłady, w której tragedia ludzka rozpływa się w monotonnych rozmowach, dialogach. Autorka w bezkompromisowy sposób rozprawia się z „dobrymi Niemcami”. Pod względem dramatycznym jest to wybitny utwór, który pokazuje, jak "zwykli Niemcy" wobec zbliżającej się Armii Czerwonej dokonują okrutnej zbrodni. Nie wiadomo z jakich powodów? Czy z manii wielkości czy starali się coś ukryć? Jelinek próbuje rekonstruować motywy tego czynu i czyni to w sposób bardzo analityczny pokazując , że kaci bawili się życiem, zupełnie nie przejmując się swymi ofiarami.
Ale reżysera Jossi Wielera, który oparł swój spektakl na metodzie Bertolta Brechta okazała się przynajmniej częściowo zawodna. Zło i zbrodnia w zbyt długich dialogach zbanalizowały się, straciły swą dramaturgię. Zabrakło m.in. innych środków pracy scenicznej, jak: gest, cisza, śmiech czy wrzask. Metoda pracy niemieckiego reżysera była zbyt konwencjonalna, dlatego efekt końcowy rozminął się, jak sądzę, z oczekiwaniami widzów i być może zamierzeniem reżysera. Ważne jest, że Jelinek analizuje m.in. niemieckie aspiracje do bycia centrum świata, które oczywiście demistyfikuje i obnaża. W dialogu scenicznym pada mocne określenie Niemiec i Niemców – powinni oni stać się „dupą świata”.
Ale ze względu na wybitny tekst Jelinek, i karkołomną tezę że każdą zbrodnię można ukryć, warto było ten spektakl zobaczyć. Ciekawa była scenografia, która przypomina salkę myśliwską na zamku, wraz zawieszonym u góry sceny porożem jelenia, czyli końcowym efektem polowania.
Teatr dużo może nauczyć się z lekcji, jaką wygłasza wobec świata Jelinek. Jedną z takich prób mogliśmy zobaczyć w ramach festiwalu „Dialogu 4 Kultur”.
Elfriede Jelinek "Rechnitz.(Anioł zagłady)"
reżyseria: Jossi Wieler
scenografia i kostiumy: Anja Rabes
muzyka: Wolfgang Siuda
reżyseria świateł: Max Keller
dramaturgia: Julia Lochte
występują: Katja Bürkle, André Jung, Hans Kremer, Steven Scharf, Hildegard Schmahl
premiera: 28 listopada 2008, Münchner Kammerspiele, w ramach "Dialogu 4 Kultur", Łódź, Teatr Powszechny (12,13.09.2009).
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
piątek, wrzesień 18, 2009
0
komentarze
Linki do tego posta
poniedziałek, 14 września 2009
"Factory 2" Krystiana Lupy (Festiwal "Dialogu 4 Kultur" w Łodzi)

To było wydarzenie teatralne numer jeden na tegorocznym festiwalu "Dialogu 4 Kultur" w Łodzi, który stał się imprezą na wysokim poziomie, już nawet nie ogólnopolskim, co międzynarodowym. Kiedyś była to lokalna impreza.
Ponad siedmiogodzinne przedstawienie Teatru Starego w Krakowie było testem na wytrzymałość i widzów i zespołu teatralnego. Ku mojemu zaskoczeniu na dużej widowni do końca pozostało ok. 80% publiczności.
Krystian Lupa okazał się antropologiem kultury, który wniknął w psychikę nie tylko Andy'ego Warhola, ale całej jego świty, w której seks i narkotyki mieszały się z działaniami paraartystycznymi, gdzie dokonywał się eksperyment nowego rodzaju aktu twórczego, polegający m.in. na czerpaniu z banalności i nijakości życia. Mogliśmy obejrzeć słynny film "Blow Job" (1963), fragment z "Chelsea Girls" (1966)i "Woman in Revolt" (1971), które stanowią integralną cześć spektaklu.
Lupa ma duże zrozumienie dla najnowszych technik artystycznych, jak performance czy wideo-art, których używa jako integralnych części spektaklu i czyni to z wielkim zrozumieniem nowych mediów, w odróżnieniu od Jana Klaty, o czym w następnej relacji z łódzkiego festiwalu.
Mogliśmy wejść i zrozumieć nie tylko gejowski świat Warhola (świetna gra Piotra Skiby), ale i takich postaci jak: Gerard Malanga, Paul Morrisaey, Ondine, Brigid Berlin (świetna Iwaona Bielska), Viva, Nico, Ultra Violet, i wiele innych. Zresztą cały zespół grał bardzo dobrze, ujawniając rożne możliwości, od spokojnych i monotonnych dialogów, do ekspresyjnej groteski.
Czym była Fabryka? Miejscem, którym jak w tyglu kłębiły się ludzkie uczucia, namiętności i rywalizowano o wpływy wielkiego Warhola. Szukano uznania mistrza pop artu. Tutaj ludzie raczej się wypalali (narkotyki) i kończyli niż rozwijali swe zdolności, ponieważ w oparach alkoholu w gruncie rzeczy cyniczny i beznamiętny Warhol eksperymentował na ludzkich uczuciach i namiętnościach. Szybko pochłonął go jednak rynek sztuk i komercja, a po próbie jego zabójstwa w 1968 (strzelała do niego Valerie Solanas), późniejsza Fabryka nie była już tym samym "laboratorium ludzkiej psychiki".
Mimo, że reżyser spektaklu wypowiadał się, że jest to fantazja o dwóch dniach z życia Warhola, mamy bardzo ciekawe, oparte na książkach i wywiadach "odkrywanie świata" wokół Warhola, metody jego pracy twórczej, jak i wiwisekcję całego otoczenia.
Po śmierci w 1985 r. transwestyty Jackiego Curtisa znaleziono karteczkę, która wiele mówi o micie Fabryki: "Naprawdę nie jesteś gwiazdą Andy'ego Warhola, dopóki nie jesteś martwy".
Sztuka Lupy w bardzo zajmujący i przekonujący sposób przybliża mit Fabryki i jej tragicznych bohaterów. Do zrozumienia spektaklu potrzebna jest jednak duża wiedza z zakresu sztuki najnowszej, nie tylko pop artu. Myślę, że z tych powodów może być nie do końca zrozumiały czy akceptowany przez teatrologów.
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
poniedziałek, wrzesień 14, 2009
0
komentarze
Linki do tego posta
piątek, 11 września 2009
"Życie jest piękne" w Kielcach?. Po raz trzeci konkurs fotografii
Pisałem kiedyś na blogu, że prezydent miasta Kielc ma za dużo pieniędzy na kulturę i nie wie co z nimi zrobić! Sprawa powtarza się jednak. Pan Prezydent ogłosił po raz trzeci konkurs dla "wszystkich fotografujących". Apeluję więc do Pana Prezydenta, aby zamiast organizować tego rodzaju przedsięwzięcia np. wydał książkę pt. "Historia fotografii w Kielcach od XIX wieku" albo sprowadził wystawę z Nowego Jorku, np. z ICP dotyczącą Roberta Capy. Mogłoby być to wydarzeniem europejskim.
Takie konkursy, jak ten w Kielcach, organizowane są w wielu miastach, ale za mniejsze finanse. Np. w Łodzi prowadzi je pod egidą prezydenta Kropiwnickiego (ZCHN) grupa Łódź Kaliska (podobno artyści niezależni?) i Fundacja ul. Piotrkowskiej (ci sami co w Łodzi Kaliskiej).
Kto udziela patronatu honorowego konkursowi w Kielcach i bierze udział w tym przedsięwzięciu? Prezes ZPAF, jego członkowie i co ciekawe walczący z tą organizacją bezkompromisowy przeciwnik fotografii artystycznej Adam Mazur! To największe zdziwienie i zaskoczenie! In minus, gdyż w realnym wyborze stanął na tym samym poziomie co ZPAF!
Wypada mieć nadzieję, że to ostatni tego rodzaju konkurs, czego życzę przede wszystkim mieszkańcom Kielc.
Fragment informacji o konkursie:
"Powyższy konkurs będzie oceniany w dwóch etapach przez dwa niezależne składy Jury. W I etapie - Jury
złożone z wybitnych fotografików dokona wyboru 24 nominowanych prac fotograficznych. Skład I Jury:
Mariusz Wideryński (Prezes ZG ZPAF),
Leszek Mądzik (ZPAF, Scena Plastyczna KUL),
Tomasz Tomaszewski (ZPAF, National Geographic),
Adam Mazur (Centrum Sztuki Zamek Ujazdowski),
Andrzej Borys (Prezes OŚ ZPAF).
W II etapie - Jury wybrane przez organizatorów i złożone z osób ze świata kultury nie związanych
profesjonalnie z fotografią, dokona wyboru 12 prac fotograficznych - laureatów niniejszego konkursu.
Nagrody
- 12 równorzędnych nagród dla laureatów II etapu konkursu - po 5.000 zł.
- 12 równorzędnych nagród dla prac fotograficznych na poziomie nominowania - po 2.000 zł."
ps. Nasuwa się pytanie, czym jest ten konkurs? Postsocrealistycznym zapisem realności, zakładającym "piękność życia", czy taż chałturą dla znajomych fotografów. Chyba jednym i drugim. Ale mam wątpliwości.
Takie konkursy, jak ten w Kielcach, organizowane są w wielu miastach, ale za mniejsze finanse. Np. w Łodzi prowadzi je pod egidą prezydenta Kropiwnickiego (ZCHN) grupa Łódź Kaliska (podobno artyści niezależni?) i Fundacja ul. Piotrkowskiej (ci sami co w Łodzi Kaliskiej).
Kto udziela patronatu honorowego konkursowi w Kielcach i bierze udział w tym przedsięwzięciu? Prezes ZPAF, jego członkowie i co ciekawe walczący z tą organizacją bezkompromisowy przeciwnik fotografii artystycznej Adam Mazur! To największe zdziwienie i zaskoczenie! In minus, gdyż w realnym wyborze stanął na tym samym poziomie co ZPAF!
Wypada mieć nadzieję, że to ostatni tego rodzaju konkurs, czego życzę przede wszystkim mieszkańcom Kielc.
Fragment informacji o konkursie:
"Powyższy konkurs będzie oceniany w dwóch etapach przez dwa niezależne składy Jury. W I etapie - Jury
złożone z wybitnych fotografików dokona wyboru 24 nominowanych prac fotograficznych. Skład I Jury:
Mariusz Wideryński (Prezes ZG ZPAF),
Leszek Mądzik (ZPAF, Scena Plastyczna KUL),
Tomasz Tomaszewski (ZPAF, National Geographic),
Adam Mazur (Centrum Sztuki Zamek Ujazdowski),
Andrzej Borys (Prezes OŚ ZPAF).
W II etapie - Jury wybrane przez organizatorów i złożone z osób ze świata kultury nie związanych
profesjonalnie z fotografią, dokona wyboru 12 prac fotograficznych - laureatów niniejszego konkursu.
Nagrody
- 12 równorzędnych nagród dla laureatów II etapu konkursu - po 5.000 zł.
- 12 równorzędnych nagród dla prac fotograficznych na poziomie nominowania - po 2.000 zł."
ps. Nasuwa się pytanie, czym jest ten konkurs? Postsocrealistycznym zapisem realności, zakładającym "piękność życia", czy taż chałturą dla znajomych fotografów. Chyba jednym i drugim. Ale mam wątpliwości.
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
piątek, wrzesień 11, 2009
0
komentarze
Linki do tego posta
poniedziałek, 7 września 2009
"Ireneusz Zjeżdżałka (1972-2008). Fotografie", Galeria Fotografii "pf" (wrzesień 2009, Poznań)



02.09.2009 w Poznaniu otworzono największą z dotychczasowych ekspozycji Eryka Zjeżdżałki. Po tej wystawie nie ma wątpliwości, że Eryk stworzył oryginalne dzieło i wykonał wiele "własnych" prac, mówiących o jego odczuwaniu rzeczywistości, jak i potrzebie tworzenia "nowego dokumentu". Są to zdjęcia o prawdomówności, nie zaś o sztuczności fotografii. Po raz drugi po jego śmierci pokazano zdjęcia w kolorze, które jako poszczególne są ciekawe, chociaż nieskończone. Brakuje kulminacji tematu czy zakończenia. Jest to w tym przypadku zrozumiałe.
Piękna wystawa przygotowana przez Macieja Szymanowicza ujawniła także zdjęcia nieznane z ok. 2001 roku, nie tylko dla mnie, ale także dla Wojtka Wilczyka czy Waldka Śliwczyńskiego.
Wydawnictwo KROPKA opublikowało bardzo duży album poświęcony artyście pt. "Ireneusz Zjeżdżałka. Fotografie", w którym znalazło się omówienie jego drogi życiowej (W. Śliwczyński), kalendarium twórczości (M. Szymanowicz) oraz teksty interpretujące twórczość Eryka z różnych stron: teorii fotografii (Witold Kanicki), tradycji dokumentu (Marianna Michałowska)i mój w aspekcie tradycji "fotografii elementarnej" z lat 80. Ten album powinni mieć wszyscy, który interesują się najnowszą tradycją dokumentu. Twórczość Eryka jest przykładem, że bez skończenia szkoły artystycznej, szybko można znaleźć własne "ja" w fotografii. Zdjęcia, teksty są pewnym drogowskazem nie tylko jego drogi artystycznej, ale też obrazują jak to się dokonało, że jego sztuka jest bardzo zajmująca i ważna.
Oczywiście na wernisażu obecna była rodzina artysty, jego przyjaciele i bliscy. W ten sposób oddaliśmy w Poznaniu cześć Erykowi - wspaniałemu człowiekowi i bardzo ważnemu twórcy z pierwszej dekady XXI wieku.
Ekspozycję w Poznaniu bardzo polecam!
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
poniedziałek, wrzesień 07, 2009
3
komentarze
Linki do tego posta
wtorek, 1 września 2009
Michał Szlaga "Autoportrety (2002) oraz trochę statystyki

.jpg)

Jak opisać historię własnej rodziny i własne odczucie historii pokazał dość dawno Michał Szlaga, jeden z najciekawszych dokumentalistów z nowej generacji. O tych pracach pisałem kiedyś w "Kwartalniku Fotografia", bo wydają się ważne.
Dziś jest 01.09. historia zaczyna się nakładać - wybuch wojny, Powstanie Warszawskie, niedawna rocznica likwidacji "Łódź Getto" czy raczej"Litzmannstadt Getto". Życiorysy ludzkie są bardzo skomplikowane, choć o tym czasami nie wiemy lub nie chcemy wiedzieć. Michał pokazał ciekawą i odważną realizację. Przyszli historycy być może będą poszukiwać autentyczności bądź inscenizacyjności pokazanych tu prac. To oczywiście fragment większej serii.
Dziś miało miejsce ponad 6000 wejście na blog. Jak wygląda statystyka od od tego roku, kiedy zdecydowałem się na systematyczne prowadzenie bloga? Luty: 170, marzec: 889, kwiecień: 851, maj: 1440; czerwiec: 1281, lipiec: 610; sierpień: 746. Średnia 750. Tyle statystyka. Blogów politycznych nie czytam - szkoda czasu, czasami artystyczne i na temat fotografii. Po prostu mam mało czasu, gdyż pracuję nad b.obszernym tekstem "Polska fotografia niezależna 1976-89". Gdyby ktoś miał jakieś zdjęcia, głównie ze stanu wojennego, proszę o kontakt. Jeśli są ciekawe, będą ujawnione. W mojej pracy badawczej nie chce mi pomóc ZPAF w osobie prezesa Mariusza Wideryńskiego, który mi odpisał, że są wakacje. Można dodać, że dla niektórych nigdy się nie kończą!
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
wtorek, wrzesień 01, 2009
0
komentarze
Linki do tego posta
poniedziałek, 31 sierpnia 2009
Co nam wyjaśni koan?

Zapraszam w imieniu Tomka Sikorskiego na rzadką w świecie sztuki, nie tylko polskiej, wystawę poświeconą relacjom z inspiracjami (i nie tylko) Dalekiego Wschodu. Dlaczego zostali zaproszeni ci, a nie inni twórcy, tego dowiemy się w Radomiu. Jeszcze więcej być może poznamy 02.10 od godziny 10. na, jak napisał Tomek, prawdopodobnie pierwszej na świecie, sesji teoretycznej poświęconej temu zagadnieniu. Problemowi niełatwemu do analizy, ale wydaje mi się bardzo ważnemu, jeśli znajdziemy wspólny język.
Wielu spyta - czym jest "koan"? Zagadką czy czymś w tym rodzaju, jakie zadają mistrzowie buddyzmu, aby sprawdzić "oświecenie" umysłu konkretnej osoby czy grupy uczniów. To bardzo ciekawe doświadczenie, jeśli ktoś, miał okazję być na takim spotkaniu.
Z pewnością istnieje w Polsce grupa artystów, którzy wbrew modzie albo idąc z nią (!)praktykują róznego rodzaju praktyki Dalekowschodnie, łacząc to doświadczenie z tradycją sztuki modernistyczej. Co z tego "wyrasta", jakie są "owoce" tego plonu? Częściwo zobaczymy w Radomiu. Piękny pomysł, dobrze że w końcu się zmaterliazlizuje, choć tylko częsciwo, gdyż taka jest ogólna zasada działania procesu twórczego.
p.s Finisaż ekspozycji 02.10.09 godz. 18.
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
poniedziałek, sierpień 31, 2009
1 komentarze
Linki do tego posta
czwartek, 27 sierpnia 2009
Kilka słów o fotografii mody - Łukasz Ziętek




Fotografowanie mody jest istotne. W tym zakresie powstała już tradycja. Mamy mistrzów i autorytety. A Polsce? Bardzo cenię w tej materii zdjęcia Tomka Sikory z lat 70. (np. dla "Skuripexu"), które wcale się nie zestarzały.
Co mamy teraz? Wielką ilości dobrej, ale przeciętnej, choć poprawnej produkcji, która we własnym świecie (czytaj sosie) szczyci się wielkimi osiągnięciami. Są jakieś konkursy, wystawy, wydawane są katalogi i czas mija. Lubię zdjęcia Magdy Wunsche, bardziej graficzno-komiksowy styl Szymona Świętochowskiego, niektóre prace Krzysztofa Kozanowskiego. Niewiele!
Nie mam przekonania i zaufania do fotografii, która z założenia ma czemuś służyć i coś reklamować, gdyż wykonujący usługę fotograf zazwyczaj ma niewielkie pole wolności twórczej. Ten rodzaj twórczości, ma też swoje uwarunkowania i ograniczenia, z czego doskonale zdaje sobie sprawę np. Erwin Olaf. Czy za pomocą reklamy np. telefonu NOKIA można pokazać bardziej skomplikowane problemy tego świata? Pewnie, że można choć nie widziałem takiej reklamy.
Ale chciałbym zaprezentować zdjęcia Łukasza Ziętka studenta z ASP w Gdańsku (licencjat fotograficzny), który jest osobą myślącą i co równie istotne, stworzył ciekawe zdjęcia, o których piszę. Dodać należy, że kolekcję ubioru pt. "What Will Be Will Be" zaprojektował Michał Szulc, modelką była Karolina Mikołajczyk.
Co wyrażają fotografie Łukasza Ziętka i z czym się kojarzą? Ktoś przesadnie porównał go do Chadwicka Tylersa z Nowego Jorku, który jest bardziej ekspresjonistyczny i skoncentrowany na portrecie. Prace Polaka są lekkie, swobodne, afirmatywne - powstaje pytanie wobec czego? Są, jak tego oczekuje się w tym typie fotografii, erotyczne, ale mają jeszcze coś - naturalny wdzięk, a to już bardzo dużo. Wyłamują się z nudy i sztampy, gdyż Łukasz ma swoją wizję, i co ważne, udaje mu się mówić własnym głosem w tym mocno skonwencjonalizowanym typie twórczości, jakim jest fotografia mody.
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
czwartek, sierpień 27, 2009
4
komentarze
Linki do tego posta
czwartek, 20 sierpnia 2009
Lilla Szász - "Razor's Edge" (2009) - najnowsza cześć projektu




Lilla Szász (ur. 1977) fotografka z Budapesztu, która już kilkakrotnie wystawiała w Polsce (festiwale w Krakowie, Łodzi, 6 Biennale Fotografii w Poznaniu) w ostatnich latach konsekwentnie pracuje i przygotowuje kolejną odsłonę większego projektu pt. "Razor's Edge" ("Ostrze brzytwy"), wcześniejsza nazwa "Desire". Pokazywała swe zdjęcia także na festiwalach w Madrycie i Kownie. Bardzo cenię jej dokonania.
Tym razem mogę oglądać kilkadziesiąt zdjęć, z których cztery pokazuję na blogu, poświęconych prostytutce Webrze i jej relacjom z dużo młodszym przyjacielem(!), który o ironio mógłby być jej synem. Autorka za pomocą subtelnych portretów oddaje nie tylko wewnętrzne życie swoich tragicznych bohaterów, ale próbuje je przeniknąć i zrozumieć. W tej fotografii nie ma cynizmu i manipulacji ludzkim życiem, choć trudno tego uniknąć! W związku z czym fotografuje wnętrze mieszkalne, detale, czasami "zdejmuje" ("balsamuje") martwe natury. Te ostatnie słowa mają tutaj swój dodatkowy wydźwięk.
W bardzo ciekawy sposób operuje kolorem, który nawiązuje do malarstwa barokowego z XVII wieku. Jest to o tyle istotne, że dotychczas cykl "Desire" miał wymiar tylko czaro-biały. Teraz jest bardziej malarski, choć też nostalgiczny a nawet tragiczny, choć dramat jest tu skrywany.
Jak zrozumieć wewnętrzny świat Webry, jak jej pomóc? Zastanawia się Lilla Szász. To bardzo trudny typ czy model fotografii, gdyż łatwo wszystko przejaskrawić, ironizować czy wręcz ośmieszyć i wypaczyć. Jeśli fotografujący będzie miał tylko hedonistyczny i pasożytniczy stosunek do życia.
Chciałbym w 2010 lub 2011 roku pokazać cykl "Razor's Edge" w pełnej odsłonie w Polsce, najchętniej w Wozowni w Toruniu. Po to także, aby niektórzy zdolni polscy fotografowie mogli coś zrozumieć. Np. że wizja świata opierająca się na przedrzeźnianiu i ironizowaniu szybko się trywializuje i w końcu jest nieistotna. Ważniejsze jest postawa jaką reprezentuje węgierska artystka, czyli wniknięcie w tragiczny świat, który można spróbować naprawić! Ale nie jest oczywiście łatwe!
p.s. Tytuł "Webra" okazał się roboczy, właściwy to "Ostrze brzytwy", o czym piszę po konsultacjach z autorką.
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
czwartek, sierpień 20, 2009
0
komentarze
Linki do tego posta
wtorek, 18 sierpnia 2009
"Balkon", 2008 (fot. K. Jurecki)

Czasami warto zamieścić własne zdjęcie, kiedy rozpoczyna się kolejna dyskusja o tzw. "śmierci fotografii", która po raz kolejny ożyje i zmartwychwstanie. Dlaczego nie będzie uśmiercona przez zombies czy kolejnego Terminatora? Wystarczy np. spojrzeć na ten ogród, który odżywa co roku albo przypomnieć sobie kult Dionizosa. Czy można przenosić cechy estetyczne z przyrody na fotografię? Tak, choć nie zawsze i nie do końca. Odbyła się kiedyś na temat nawet akademicka dyskusja między prof. T. Pawłowskim a prof. G. Sztabińskim.
Fotografia jako sztuka istnieć będzie dopóki działać będą artyści wierzący i poszukujący pluralistycznych wartości. Nie tylko traktujący to medium jako źródło zabawy, rozkoszy czy buntu. Wartości te istnieją w naturze, w człowieku i oczywiście w Bogu (bogach). Brzmi to oczywiście banalnie i jest truizmem.
Oczywiście w świecie art world'u dominuje od dawna postsztuka, której ojcem chrzestnym okazał się Marcel Duchamp. Ale nie przejmujmy się nim i jego kontynuatorami. SĄ jeszcze artyści, jest sztuka i sztuka-fotografia, przy całej umowności tego określenia.
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
wtorek, sierpień 18, 2009
0
komentarze
Linki do tego posta
poniedziałek, 10 sierpnia 2009
Czytajcie Jana Michalskiego (galeria Zderzak)
Ci, którzy będą chcieli poznać zagadnienia krytyki artystycznej z pierwszej dekady XXI wieku najpierw trafią na portale, jak "Obieg", potem dotrą do magazynów drukowanych, jak "Arteon", "Exit", a być może do korespondencji, jak na razie prywatnej. Taką opcję wybrał Jan Michalski (galeria Zderzak), który, poodnie jak ja, nie zgadza się z "flekowaniem" uprawianych przez najmłodszą generację, określaną już mianem terminatorów i zombies. Oczywiście nie kopie się swoich, co widać w przypadku działalności krytyków-kuratorów. O ich działalności przeczytamy, nie tylko na łamach "Obiegu", same laurki. Z kolei oni rewanżują się zaprzyjaźnionym instytucjom, których reklamy migają po lewej strony ekranu "Obiegu". A innych trzeba wykończyć, zgodnie z zasadami rewolucji. Tylko jakiej? Rynkowej?
Co napisał Jan Michalski w tekście pt. "KRÓTKA HISTORIA KUBUSIA KRYTYKA" (sierpień 2009). Oto fragment tekstu na temat jednego z krytyków młodej fali: "Szczyt koniunktury - lata 2006-2007 - to okres bujnego życia artystycznego:debiutanci odnoszą sukcesy, napływają nowi ludzie, media kierują jupitery na sztukę, a w kręgu świateł jupiterów pojawiają się twórcy mody – artyści i krytycy. Jest to okres szybkich lansów i ktoś taki jak Banasiak powinien był się pojawić, ponieważ było to na rękę największym graczom rynkowym. Przeznaczono mu pewną rolę - miał wziąć udział w nagonce. Jego blog "Krytykant" podłączono do największego portalu o nowej sztuce. Tak zaczął! działać rynkowy agregat - krytycy, kuratorzy i kupcy wzajemnie siebie rekomendujący i wspólnie dokonujący sezonowych odkryć".
Zwrócę uwagę na jeden fakt. Obecna dekada jest pierwszą, w której tak mocno połączono rynek sztuki z krytyką artystyczną. Teoretycznie nie ma tym nic nagannego, jeśli pisma czy portale o sztuce, wydawane na państwowe pieniądze nie będą prowadziły ukrytej gry rynkowej, polegającej na promowaniu tylko własnych artystów, których prace sprzedawane są przez ArtBazaar, jak ma to miejsce na łamach "Obiegu". O tym własnie zasygnaliował m.in. Michalski.
Gdzie czytać Jana Michalskiego? Powiem szczerze, że nie wiem, ale mam nadzieję, że opublikuje niedługo swoje teksty, gdyż bardzo często zgadzam się z nimi.
Co napisał Jan Michalski w tekście pt. "KRÓTKA HISTORIA KUBUSIA KRYTYKA" (sierpień 2009). Oto fragment tekstu na temat jednego z krytyków młodej fali: "Szczyt koniunktury - lata 2006-2007 - to okres bujnego życia artystycznego:debiutanci odnoszą sukcesy, napływają nowi ludzie, media kierują jupitery na sztukę, a w kręgu świateł jupiterów pojawiają się twórcy mody – artyści i krytycy. Jest to okres szybkich lansów i ktoś taki jak Banasiak powinien był się pojawić, ponieważ było to na rękę największym graczom rynkowym. Przeznaczono mu pewną rolę - miał wziąć udział w nagonce. Jego blog "Krytykant" podłączono do największego portalu o nowej sztuce. Tak zaczął! działać rynkowy agregat - krytycy, kuratorzy i kupcy wzajemnie siebie rekomendujący i wspólnie dokonujący sezonowych odkryć".
Zwrócę uwagę na jeden fakt. Obecna dekada jest pierwszą, w której tak mocno połączono rynek sztuki z krytyką artystyczną. Teoretycznie nie ma tym nic nagannego, jeśli pisma czy portale o sztuce, wydawane na państwowe pieniądze nie będą prowadziły ukrytej gry rynkowej, polegającej na promowaniu tylko własnych artystów, których prace sprzedawane są przez ArtBazaar, jak ma to miejsce na łamach "Obiegu". O tym własnie zasygnaliował m.in. Michalski.
Gdzie czytać Jana Michalskiego? Powiem szczerze, że nie wiem, ale mam nadzieję, że opublikuje niedługo swoje teksty, gdyż bardzo często zgadzam się z nimi.
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
poniedziałek, sierpień 10, 2009
0
komentarze
Linki do tego posta
piątek, 7 sierpnia 2009
"Mała Wiera" (reż. Wasylij Piczuł , ZSRR, 1988)
W wakacyjny wieczór obejrzałem klasykę filmu rosyjskiego „Mała Wiera” [tytuł org. „Maleńkaja Wiera”, ZSRR, 1988 ) w reżyserii Wasilija Piczuła, ze świetnymi rolami: Natalii Niegody (Wiera), Andrieja Sokołowa (Siergiej), Ludmiły Zajcewej (matka), Yuri Nazarow (ojciec).
Dramat jest skryty, jak w powieściach Gogola. Ukazuje zwykły konflikt w socjalistycznej rodzinie między córką a ojcem, między przyszłym zięciem a niedoszłym teściem. Kluczowa w tym filmie jest postawa Wiery, która nie chce oskarżać ojca, tuszuje jego pijaństwo i przede wszystkim atak nożem na swego ukochanego. Film można odnieść także do każdej socjalistycznej, w tym polskiej rzeczywistości PRL-u i porównywać z wybitnymi realizacjami Kieślowskiego czy Holland.
Film w narracji jest spokojny, aktorzy ujawniają swoje wielkie możliwości odgrywania banalnego i pustego życia, które toczy się między pracą, domem i pijaństwem. Oskarżone zostało, choć skrycie, socjalistyczne państwo – ZSRR za brak kultury i łamanie życia rodzinnego. Socjalizm dał wolność, choć w klatce, strzeżonej przez milicję i wojsko. Młodzież spotykała się na dyskotekach, aby potem bić się, gdyż jest to forma obok alkoholu podstawowa forma rozrywki.
Wartość filmu polega na ukazaniu tragicznej miłości, która niszczona jest socjalistyczną rodzinę i jej moralność, arogancję Siergieja, niedoszłego pana młodego, niedojrzałość przyszłych nowożeńców, brak perspektyw na własne mieszkanie. W tle głównym oskarżonym jest socjalistyczny modernizm – symbolizowany przez fabryki oraz zniszczone statki, nieczynne stocznie. Jest on jednak Molochem, który jak w filmie „Metropolis” Langa, choć w bardziej subtelny sposób czuwa nad życiem, organizuje je, a tak naprawdę niszczy i pożera swe ofiary.
Film jest prawdziwy i okrutny w swym realistycznym w przekazie – polecam przede wszytskim studentom szkoły filmowej, aby uczyli się nie na kinie Tarantino, a Piczulu.
Dramat jest skryty, jak w powieściach Gogola. Ukazuje zwykły konflikt w socjalistycznej rodzinie między córką a ojcem, między przyszłym zięciem a niedoszłym teściem. Kluczowa w tym filmie jest postawa Wiery, która nie chce oskarżać ojca, tuszuje jego pijaństwo i przede wszystkim atak nożem na swego ukochanego. Film można odnieść także do każdej socjalistycznej, w tym polskiej rzeczywistości PRL-u i porównywać z wybitnymi realizacjami Kieślowskiego czy Holland.
Film w narracji jest spokojny, aktorzy ujawniają swoje wielkie możliwości odgrywania banalnego i pustego życia, które toczy się między pracą, domem i pijaństwem. Oskarżone zostało, choć skrycie, socjalistyczne państwo – ZSRR za brak kultury i łamanie życia rodzinnego. Socjalizm dał wolność, choć w klatce, strzeżonej przez milicję i wojsko. Młodzież spotykała się na dyskotekach, aby potem bić się, gdyż jest to forma obok alkoholu podstawowa forma rozrywki.
Wartość filmu polega na ukazaniu tragicznej miłości, która niszczona jest socjalistyczną rodzinę i jej moralność, arogancję Siergieja, niedoszłego pana młodego, niedojrzałość przyszłych nowożeńców, brak perspektyw na własne mieszkanie. W tle głównym oskarżonym jest socjalistyczny modernizm – symbolizowany przez fabryki oraz zniszczone statki, nieczynne stocznie. Jest on jednak Molochem, który jak w filmie „Metropolis” Langa, choć w bardziej subtelny sposób czuwa nad życiem, organizuje je, a tak naprawdę niszczy i pożera swe ofiary.
Film jest prawdziwy i okrutny w swym realistycznym w przekazie – polecam przede wszytskim studentom szkoły filmowej, aby uczyli się nie na kinie Tarantino, a Piczulu.
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
piątek, sierpień 07, 2009
2
komentarze
Linki do tego posta
środa, 22 lipca 2009
Suplement do tekstu Adama Mazura z książki "Kocham fotografię"
Ukazała się książka Terminatora fotografii polskiej - Adama Mazura pt. "Kocham fotografię". Pozycja zaczynała się atakiem na wystawę "Wokół dekady. Fotografia polska lat 90." (2002) i na mnie osobiście. Jako wytrawny manipulator autor nie zaznacza, że odpowiedziałem mu tekstem, który można przeczytać poniżej. Jeśli Adam nie napisze innej historii fotografii polskiej lat 90., a do tej pory nie podjął takiej próby, moje słowa i określenia są w dalszym ciągu aktualne. Drogi czytelniku, sięgnij po mój tekst, dopiero do wnikliwej lekturze tekstu Adama Mazura i wyciągnij wnioski. Nie zawsze rację mają ci, którzy krzyczą.
Krzysztof Jurecki
Z motyką na dekadę. Ignorant czy niezręczny manipulator?
Polemiki pisane w dobrej wierze, np. interpretacje czy wyjaśnienia jakiegoś zjawiska są pożyteczne, ba nawet ożywcze, świadczące o żywotności konkretnej dziedziny. Natomiast, gdy głównym i w tym przypadku jedynym wyznacznikiem polemiki stają się niezbyt kulturalny ton i napastliwość przechodząca w agresję, poparte bardzo wątpliwymi, nieuzasadnionymi merytorycznie zarzutami, to świadczy to o słabości autora polemiki w dziedzinie, w której próbuje się wypowiedzieć. Z tego typu postawami i zachowaniami mamy niestety do czynienia coraz częściej. Nie jest to chlubny przykład do naśladowania, szczególnie w przypadku osób i środowisk działających w kręgu kultury, jak „Fototapeta”, na łamach której zamieszczono tekst Adama Mazura "Śmieszna walka z wyimaginowanym światem" (patrz: http://fototapeta.art.pl/2002/dek.php).
Panu Mazurowi nie odpowiadam w „Fototapecie”, ponieważ w trakcie mojej polemiki z redaktorem tego pisma – Markiem Gryglem (2000 r.) nt. katalogu do wystawy Zygmunta Rytki z Muzeum Sztuki w Łodzi głos w tej sprawie chciał zabrać także sam zainteresowany, czyli Rytka. Napisał tekst, którego Grygiel nigdy nie odważył się opublikować. To skłania mnie do prowadzenia polemiki na takich łamach, gdzie obowiązują uczciwe zasady dyskusji.
Z dużym niesmakiem, właśnie ze względu na brak merytorycznego uzasadnienia zarzutów, przeczytałem próbę polemiki opublikowanej w „Fototapecie” pióra Mazura. Zastanawiałem się czy warto na nią odpowiadać, ponieważ Pan Mazur po pierwsze chce dyskutować o szczegółach mego tekstu, nie podejmując generalnych problemów, poza tym, co szczególnie istotne, wyciąga z moich tekstów niczym nieuzasadnione wnioski, świadczące o jego daleko posuniętej nadinterpretacji, stosowanej w sobie tylko wiadomym celu. Nie mówiąc o niebagatelnym fakcie, że krytyce podlegają sformułowania, których nigdy n i e n a p i s a ł e m! Więc jak dyskutować o czymś, co nigdy nie zaistniało, a jest jedynie projekcją myślową Mazura? Szczególnie zastanowił mnie akapit, w którym Pan Mazur napisał: „[...]autor [K.Jurecki] bowiem lubuje się w dość wątpliwych dla niewtajemniczonego czytelnika zbitkach myślowych w rodzaju ‘dialektyka awangardowa’, ‘działalność fotogeniczna’, ‘mariaż neoawangardy z postmodernizmem’, ‘neoawangardowe zainteresowania’, ‘postmodernizm artystyczny’” [...] etc. Wobec tego typu wyznania mam podstawy sądzić, że tym „niewtajemniczonym czytelnikiem” jest sam Mazur, tym bardziej, że swą ignorancję popiera używaniem sprzecznych argumentów i nieprzekonywujących merytorycznie zarzutów, skrzętnie ukrywając ją pod płaszczykiem agresji i jałowej retoryki. To cecha niewiele rozumiejących dyletantów albo manipulatorów.
Mimo wszystko memu adwersarzowi spróbuję wytłumaczyć pewne zjawiska fotografii lat 90. oczywiste dla osób mających jakiekolwiek pojęcie o tym zagadnieniu, a tym samym wyjaśnić niektóre moje sformułowania zawarte w analizowanym przez Pana Mazura tekście. Jeśli ktoś poważnie potraktuje nazwiska fotografów, których brak na wystawie, to stwierdzi, że Pan Mazur miesza wszystko ze wszystkim w zupełnie dowolny, arbitralny sposób. Jeśli dla Pana np. Krzysztof Miller, Jerzy Olek i Ryszard Horowitz są ważnymi postaciami na arenie fotografii polskiej, których chciałby widzieć obok Mariusza Hermanowicza czy Krzysztofa Gierałtowskiego, to może Pan zorganizować taką wystawę lub jeszcze lepiej – napisać tekst o znaczeniu ich dla lat 90. Z wielką niecierpliwością czekam na taką ekspozycję i z jeszcze większą uwagą przeczytam, co na ten temat Pan Mazur ma do powiedzenia.
Chciałbym zwrócić uwagę, że nigdzie nie napisałem, ba nawet o tym nie pomyślałem(!), co insynuuje mi Pan Mazur, że „powstanie III Rzeczypospolitej miało mniejsze konsekwencje dla polskiej fotografii niż zamachy terrorystyczne w USA [podkr. moje]”. Nikt jeszcze nie wie jakie będzie to miało znaczenie. Napisałem natomiast, że najnowsza historia polityczna nie wpłynęła tak jak w latach 70. czy 80. w twórczy sposób na fotografię polską, a jest to zasadnicza różnica! Śmieszny jest zarzut, że nie podałem „klarownej definicji pojęć takich, jak postmodernizm, modernizm czy awangarda”. Jest o tyle śmieszny co świadczący o brakach w dziedzinie, w której próbuje Pan zabierać stanowczy głos. Wstęp do katalogu wystawy to nie podręcznik dla studentów, wyjaśniający terminologię stosowaną w historii sztuki! Ale może Pan sięgnąć np. do kilkuset wydań „Fototapety” i przytoczyć „klarowne” interpretacje tych pojęć. Ewentualnie proszę mi wskazać katalogi dotyczące fotografii lat 90. z „klarownymi” interpretacjami tych zjawisk. Zresztą uważny czytelnik w drugim moim tekście z katalogu "Wokół dekady" bez trudu znajdzie także interpretacje postmodernizmu i jedno z trafniejszych określeń na ten temat Romana Kubickiego (s. 32 przyp. 5). Do problemu pisania i definiowania wrócę jeszcze przy końcu tego tekstu.
Dalsza część rozważań Pana Mazura jest tak nużąca, że nawet nie próbuję zgłębić przenikliwych myśli autora na temat fotografii z Suwałk czy szkoły jeleniogórskiej. Szkoda, że nie próbuje Pan zrozumieć skomplikowanych relacji między modernizmem (przyjmuję interpretację Grzegorza Dziamskiego i Stefana Morawskiego) a postmodernizmem (przyjmuję interpretację Dziamskiego i Adama Soboty).
Nie używam postmodernizmu jako „wygodnego wytrycha” (określenie Pana Mazura), wolę własny klucz (por.: K.Jurecki, "Jaka droga"?, w:"Odkrywanie sztuki. Materiały z sympozjum", Galeria Biała, s.nlb, b.d. [1995]). Jeśli chodzi o postmodernizm, to w dalszym ciągu jestem bliższy modernizmowi i sztuce w klasycznym znaczeniu niż twórczości postmodernistycznej. Ale nie znaczy to, że nie można korzystać z filozoficznej refleksji postmodernizmu, czy nawet przyjąć inny, ponowoczesny punkt obserwacji.
W dalszej części swej wypowiedzi Pan Mazur przypisuje mi sformułowania, których nigdy nie użyłem. Cytat: „Innymi słowy ich zainteresowania ‘postmodernizmem w postaci tzw. sztuki krytycznej’ są zbyt ‘krytyczne’ i nie wystarczająco ‘artystyczne’ by stać się sztuką, i dlatego są niczym więcej jak manipulacją”.Właśnie taki zabieg, jakim Pan wielokrotnie się posłużył, nazywa sięmanipulacją! Takiego mojego stanowczego stwierdzenia nikt nie znajdzie, ale zapewne Pan Mazur lepiej wie, co miałem na myśli. Mało tego, podkreśliłem, że cenię sztukę niektórych „artystów krytycznych” (np. Zbigniewa Libery, Jerzego Truszkowskiego czy Konrada Kuzyszyna) i zaakcentowałem rolę gdańskiej i warszawskiej ASP! Proszę mi wskazać Panie Mazur gdzie i w jakim artykule, odnośnie Krzysztofa Cichosza napisałem o jego „zbliżeniu do łódzkich postmodernistów” – czyni Pan błąd merytoryczny i dodatkowo insynuuje, że jest to moja interpretacja. To świadczy, że terminy modernizm i postmodernizm są dla Pana równoznaczne, stosowane zamiennie. Dla mnie jednak nie!
Powinien Pan wiedzieć, gdyż na podstawie Pana wypowiedzi sądzę, że Pan o tym nie wie, iż w historii fotografii i to nie tylko polskiej, cenione są i były „wartości fotograficzne”. Nie przejąłem ich ze ZPAFu, z którym niewiele w życiu miałem wspólnego (to kolejna pańska manipulacja, tym razem na jeszcze niższym poziomie), ale z kilku światowych historii fotografii: Beaumonta Newhalla, Michela Frizota i Naomi Rosenblum. Naprawdę ręczę Panu, że takie istnieją. Na „wartościach fotograficznych”, które można by określić także „fotogenicznymi” opiera się historia fotografii, także lat 90. (np. Bogdan Konopka, Andrzej J. Lech, Ewa Andrzejewska). Ale może Pan napisać inną, ma Pan do tego prawo.
Jeśli nie podoba się Panu mój pogląd na feminizm naiwny, nic na to nie poradę! Jak Pan wytłumaczy wycofanie się nie tylko z polskiego feminizmu Natalii LL? Proszę zajrzeć do poznańskiego pisma feministycznego „Artmix” i zobaczyć, ile jest w nim przywołanych przeze mnie nazwisk. Na temat naiwności sądu Izabeli Kowalczyk odsyłam do dyskusji i bardzo przekonywującej wypowiedzi na ten temat Janusza Marciniaka z „Gazety Malarzy i Poetów”, 2001, nr 2/3. Nie neguję feminizmu, lecz uważam, że feministki mogą w autentyczny sposób starać się pomagać kobietom, a nie przede wszystkim walczyć z pojęciem fallusa, jak czyni to np. Dorota Nieznalska. Nic na to nie poradzę, że poszukuję autentycznych stanów egzystencjalnych i głębokich stanów duchowych także u feministek, mam do tego prawo. A czego Pan poszukuje?
Pan Mazur pisze także o wyeliminowaniu „z wystawy całego środowiska fotoreporterów, które w dekadzie lat 1990-tych przeżyło niesamowity rozkwit”. Jakim prawem zarzuca mi Pan wyeliminowanie? Trudno mówić o wyeliminowaniu kogoś, kto w koncepcji wystawy w ogóle nie był brany pod uwagę. Jest to z Pana strony kolejne nadużycie! Proszę przy okazji napisać o rozwoju reportażu w latach 90., szczególnie o jego rozkwicie. Ja dalej twierdzę, że był on słaby jako dokument, poza dokonaniami Tomasza Kiznego.
Pana kolejne zdanie: „Zainstalowanie na szczycie hierarchii tejże ‘fotografii artystycznej’ przypomina próby reaktywowania systemu wartości charakterystycznego dla zamierzchłych czasów świetności Związku Polskich Artystów Fotografików....” jest kolejnym nadużyciem. Proszę wskazać w moim tekście takie zdanie, w którym w swej hierarchii umieszczam na szczycie „fotografię artystyczną”. Mógłbym po raz kolejny wykazać Panu jego ignorancję odsyłając do innych mych tekstów na ten temat, ale wiem, że do tego typu wypowiedzi wiedza nie jest potrzebna. Przy okazji wspomnę, że od czasów studiów nie używam terminu „fotografika” w znaczeniu fotografii artystycznej, tak jak Pan. Mógłbym Panu udowodnić niewłaściwe, właśnie ZPAF-owskie, posługiwanie się nim, ale szkoda czasu.
Oczywiście istnieją dwa obiegi fotografii polskiej. Dlatego Katarzyna Kozyra, Grzegorz Klaman, Libera i wielu innych nigdy nie wystawiali w Małej Galerii, Galerii FF czy Galerii Pustej. Nikomu też nie wmawiam (to następna manipulacja), że ich twórczość postmodernistyczna była wtórna i nieistotna. Po raz kolejny proszę o zacytowanie takiego zdania. Pisałem zaś, nie tylko zresztą ja, o bulwersowaniu i rezygnacji z jakości, a w konsekwencji z wartości fotograficznych. I dalej tak twierdzę.
Chciałbym Panu zwrócić także uwagę, że przy jakiejkolwiek próbie polemiki dobrze jest znać dane zagadnienie i umieć czytać i interpretować teksty na ten temat. Zresztą słowa te kieruję również do redakcji „Fototapety”, która powinna dbać o odpowiedni poziom polemik. Od recenzenta danej pracy należy wymagać dużej wiedzy, ba nawet większej lub zbliżonej do piszącego te słowa. Przykro mi, że polemika z Panem Mazurem musiała ograniczyć się jedynie do podkreślenia jego ignorancji i licznych nadużyć, a także niestety – miałkich manipulacji, które sam z takim zapałem wielokrotnie mi zarzucał.
Oczywiście moja „prywatna” historia fotografii dotycząca lat 90. może redakcji „Fototapety” nie odpowiadać, ale ona istnieje, została przemyślana i napisana już w 1998 r., co zresztą zaznaczyłem w przypisie swego tekstu. Tak więc Pan Mazur zostanie w moich myślach (i wiem, że nie tylko moich) dość niezręcznym m a n i p u l a t o r e m i niestety ignorantem w sprawach fotografii lat 90. Z wielką niecierpliwością będę oczekiwał, kiedy przedstawi własną historię fotografii lat 90. w formie np. eseju, inną od mojej, z nazwiskami, o które się upominał, klarownymi definicjami i oczywiście podkreśleniem znaczenia warszawskiego fotoreportażu.
W jedynej chyba własnej interpretacji nt. fotografii lat 90. w ostatnich wersach swego paszkwilu (jeśli wiedział Pan, co chciał wyrazić, gdyż sformułowana myśl jest dość pokrętna), napisał Pan: „Zmiana [w latach 90. – przyp. K.J.] jest zasadnicza i polega na zniesieniu podziałów na fotografię artystyczną (do niedawna zwaną ‘fotografiką’) i całą resztę, o której nie warto wspominać”. Drogi Panie Mazur – kto do niedawna nazywał fotografię artystyczną fotografiką? Ma Pan dość anachroniczny aparat pojęciowy, gdyż tego terminu używali bardzo dawno temu m.in. Jan Bułhak i Edward Hartwig (album Fotografika) oraz ze względu na określoną tradycję używa jej ZPAF. Poza tym myli się Pan w kwestii znacznie ważniejszej. Ten podział między tradycją fotografii artystycznej a sztuką nowoczesną został zniesiony, choć nie we wszystkich oczywiście środowiskach i nie w latach 90. a dużo wcześniej – między 1968 a 1971 rokiem.
Czy redakcja „Fototapety” nie ma kontaktu z bardziej wyrafinowanymi „krytykami”, którzy mogliby określić mnie np. mianem „kogoś bez kompetencji”, kto pisze tylko „farmazony”? Wiemy doskonale, że tacy istnieją i niewykluczone, że wkrótce zabiorą swój głos w obronie „odważnego” tekstu Pana Mazura.
p.s.
Mój tekst z maja 2002 roku, proponowany do opublikowania w „Formacie” i „Gazecie Malarzy i Poetów”, nie proponowany „Fototapecie”. Zamieszczony w „Kwartalniku Fotografia” 2003, nr 13, ss. 116-117 oraz potem za moją zgodą na portalu http://zeta-media.com/mat/jurecki-iso.htm, wydawcy "Fototapety", gdzie znajduje się atak Adama Mazura. Należy dodać, że Grygiel nie miał odwagi zamieścić mego tekstu wraz z atakiem mego polemisty. Jak to określić? Może innym razem podejmę się tego zadania.
Krzysztof Jurecki
Z motyką na dekadę. Ignorant czy niezręczny manipulator?
Polemiki pisane w dobrej wierze, np. interpretacje czy wyjaśnienia jakiegoś zjawiska są pożyteczne, ba nawet ożywcze, świadczące o żywotności konkretnej dziedziny. Natomiast, gdy głównym i w tym przypadku jedynym wyznacznikiem polemiki stają się niezbyt kulturalny ton i napastliwość przechodząca w agresję, poparte bardzo wątpliwymi, nieuzasadnionymi merytorycznie zarzutami, to świadczy to o słabości autora polemiki w dziedzinie, w której próbuje się wypowiedzieć. Z tego typu postawami i zachowaniami mamy niestety do czynienia coraz częściej. Nie jest to chlubny przykład do naśladowania, szczególnie w przypadku osób i środowisk działających w kręgu kultury, jak „Fototapeta”, na łamach której zamieszczono tekst Adama Mazura "Śmieszna walka z wyimaginowanym światem" (patrz: http://fototapeta.art.pl/2002/dek.php).
Panu Mazurowi nie odpowiadam w „Fototapecie”, ponieważ w trakcie mojej polemiki z redaktorem tego pisma – Markiem Gryglem (2000 r.) nt. katalogu do wystawy Zygmunta Rytki z Muzeum Sztuki w Łodzi głos w tej sprawie chciał zabrać także sam zainteresowany, czyli Rytka. Napisał tekst, którego Grygiel nigdy nie odważył się opublikować. To skłania mnie do prowadzenia polemiki na takich łamach, gdzie obowiązują uczciwe zasady dyskusji.
Z dużym niesmakiem, właśnie ze względu na brak merytorycznego uzasadnienia zarzutów, przeczytałem próbę polemiki opublikowanej w „Fototapecie” pióra Mazura. Zastanawiałem się czy warto na nią odpowiadać, ponieważ Pan Mazur po pierwsze chce dyskutować o szczegółach mego tekstu, nie podejmując generalnych problemów, poza tym, co szczególnie istotne, wyciąga z moich tekstów niczym nieuzasadnione wnioski, świadczące o jego daleko posuniętej nadinterpretacji, stosowanej w sobie tylko wiadomym celu. Nie mówiąc o niebagatelnym fakcie, że krytyce podlegają sformułowania, których nigdy n i e n a p i s a ł e m! Więc jak dyskutować o czymś, co nigdy nie zaistniało, a jest jedynie projekcją myślową Mazura? Szczególnie zastanowił mnie akapit, w którym Pan Mazur napisał: „[...]autor [K.Jurecki] bowiem lubuje się w dość wątpliwych dla niewtajemniczonego czytelnika zbitkach myślowych w rodzaju ‘dialektyka awangardowa’, ‘działalność fotogeniczna’, ‘mariaż neoawangardy z postmodernizmem’, ‘neoawangardowe zainteresowania’, ‘postmodernizm artystyczny’” [...] etc. Wobec tego typu wyznania mam podstawy sądzić, że tym „niewtajemniczonym czytelnikiem” jest sam Mazur, tym bardziej, że swą ignorancję popiera używaniem sprzecznych argumentów i nieprzekonywujących merytorycznie zarzutów, skrzętnie ukrywając ją pod płaszczykiem agresji i jałowej retoryki. To cecha niewiele rozumiejących dyletantów albo manipulatorów.
Mimo wszystko memu adwersarzowi spróbuję wytłumaczyć pewne zjawiska fotografii lat 90. oczywiste dla osób mających jakiekolwiek pojęcie o tym zagadnieniu, a tym samym wyjaśnić niektóre moje sformułowania zawarte w analizowanym przez Pana Mazura tekście. Jeśli ktoś poważnie potraktuje nazwiska fotografów, których brak na wystawie, to stwierdzi, że Pan Mazur miesza wszystko ze wszystkim w zupełnie dowolny, arbitralny sposób. Jeśli dla Pana np. Krzysztof Miller, Jerzy Olek i Ryszard Horowitz są ważnymi postaciami na arenie fotografii polskiej, których chciałby widzieć obok Mariusza Hermanowicza czy Krzysztofa Gierałtowskiego, to może Pan zorganizować taką wystawę lub jeszcze lepiej – napisać tekst o znaczeniu ich dla lat 90. Z wielką niecierpliwością czekam na taką ekspozycję i z jeszcze większą uwagą przeczytam, co na ten temat Pan Mazur ma do powiedzenia.
Chciałbym zwrócić uwagę, że nigdzie nie napisałem, ba nawet o tym nie pomyślałem(!), co insynuuje mi Pan Mazur, że „powstanie III Rzeczypospolitej miało mniejsze konsekwencje dla polskiej fotografii niż zamachy terrorystyczne w USA [podkr. moje]”. Nikt jeszcze nie wie jakie będzie to miało znaczenie. Napisałem natomiast, że najnowsza historia polityczna nie wpłynęła tak jak w latach 70. czy 80. w twórczy sposób na fotografię polską, a jest to zasadnicza różnica! Śmieszny jest zarzut, że nie podałem „klarownej definicji pojęć takich, jak postmodernizm, modernizm czy awangarda”. Jest o tyle śmieszny co świadczący o brakach w dziedzinie, w której próbuje Pan zabierać stanowczy głos. Wstęp do katalogu wystawy to nie podręcznik dla studentów, wyjaśniający terminologię stosowaną w historii sztuki! Ale może Pan sięgnąć np. do kilkuset wydań „Fototapety” i przytoczyć „klarowne” interpretacje tych pojęć. Ewentualnie proszę mi wskazać katalogi dotyczące fotografii lat 90. z „klarownymi” interpretacjami tych zjawisk. Zresztą uważny czytelnik w drugim moim tekście z katalogu "Wokół dekady" bez trudu znajdzie także interpretacje postmodernizmu i jedno z trafniejszych określeń na ten temat Romana Kubickiego (s. 32 przyp. 5). Do problemu pisania i definiowania wrócę jeszcze przy końcu tego tekstu.
Dalsza część rozważań Pana Mazura jest tak nużąca, że nawet nie próbuję zgłębić przenikliwych myśli autora na temat fotografii z Suwałk czy szkoły jeleniogórskiej. Szkoda, że nie próbuje Pan zrozumieć skomplikowanych relacji między modernizmem (przyjmuję interpretację Grzegorza Dziamskiego i Stefana Morawskiego) a postmodernizmem (przyjmuję interpretację Dziamskiego i Adama Soboty).
Nie używam postmodernizmu jako „wygodnego wytrycha” (określenie Pana Mazura), wolę własny klucz (por.: K.Jurecki, "Jaka droga"?, w:"Odkrywanie sztuki. Materiały z sympozjum", Galeria Biała, s.nlb, b.d. [1995]). Jeśli chodzi o postmodernizm, to w dalszym ciągu jestem bliższy modernizmowi i sztuce w klasycznym znaczeniu niż twórczości postmodernistycznej. Ale nie znaczy to, że nie można korzystać z filozoficznej refleksji postmodernizmu, czy nawet przyjąć inny, ponowoczesny punkt obserwacji.
W dalszej części swej wypowiedzi Pan Mazur przypisuje mi sformułowania, których nigdy nie użyłem. Cytat: „Innymi słowy ich zainteresowania ‘postmodernizmem w postaci tzw. sztuki krytycznej’ są zbyt ‘krytyczne’ i nie wystarczająco ‘artystyczne’ by stać się sztuką, i dlatego są niczym więcej jak manipulacją”.Właśnie taki zabieg, jakim Pan wielokrotnie się posłużył, nazywa sięmanipulacją! Takiego mojego stanowczego stwierdzenia nikt nie znajdzie, ale zapewne Pan Mazur lepiej wie, co miałem na myśli. Mało tego, podkreśliłem, że cenię sztukę niektórych „artystów krytycznych” (np. Zbigniewa Libery, Jerzego Truszkowskiego czy Konrada Kuzyszyna) i zaakcentowałem rolę gdańskiej i warszawskiej ASP! Proszę mi wskazać Panie Mazur gdzie i w jakim artykule, odnośnie Krzysztofa Cichosza napisałem o jego „zbliżeniu do łódzkich postmodernistów” – czyni Pan błąd merytoryczny i dodatkowo insynuuje, że jest to moja interpretacja. To świadczy, że terminy modernizm i postmodernizm są dla Pana równoznaczne, stosowane zamiennie. Dla mnie jednak nie!
Powinien Pan wiedzieć, gdyż na podstawie Pana wypowiedzi sądzę, że Pan o tym nie wie, iż w historii fotografii i to nie tylko polskiej, cenione są i były „wartości fotograficzne”. Nie przejąłem ich ze ZPAFu, z którym niewiele w życiu miałem wspólnego (to kolejna pańska manipulacja, tym razem na jeszcze niższym poziomie), ale z kilku światowych historii fotografii: Beaumonta Newhalla, Michela Frizota i Naomi Rosenblum. Naprawdę ręczę Panu, że takie istnieją. Na „wartościach fotograficznych”, które można by określić także „fotogenicznymi” opiera się historia fotografii, także lat 90. (np. Bogdan Konopka, Andrzej J. Lech, Ewa Andrzejewska). Ale może Pan napisać inną, ma Pan do tego prawo.
Jeśli nie podoba się Panu mój pogląd na feminizm naiwny, nic na to nie poradę! Jak Pan wytłumaczy wycofanie się nie tylko z polskiego feminizmu Natalii LL? Proszę zajrzeć do poznańskiego pisma feministycznego „Artmix” i zobaczyć, ile jest w nim przywołanych przeze mnie nazwisk. Na temat naiwności sądu Izabeli Kowalczyk odsyłam do dyskusji i bardzo przekonywującej wypowiedzi na ten temat Janusza Marciniaka z „Gazety Malarzy i Poetów”, 2001, nr 2/3. Nie neguję feminizmu, lecz uważam, że feministki mogą w autentyczny sposób starać się pomagać kobietom, a nie przede wszystkim walczyć z pojęciem fallusa, jak czyni to np. Dorota Nieznalska. Nic na to nie poradzę, że poszukuję autentycznych stanów egzystencjalnych i głębokich stanów duchowych także u feministek, mam do tego prawo. A czego Pan poszukuje?
Pan Mazur pisze także o wyeliminowaniu „z wystawy całego środowiska fotoreporterów, które w dekadzie lat 1990-tych przeżyło niesamowity rozkwit”. Jakim prawem zarzuca mi Pan wyeliminowanie? Trudno mówić o wyeliminowaniu kogoś, kto w koncepcji wystawy w ogóle nie był brany pod uwagę. Jest to z Pana strony kolejne nadużycie! Proszę przy okazji napisać o rozwoju reportażu w latach 90., szczególnie o jego rozkwicie. Ja dalej twierdzę, że był on słaby jako dokument, poza dokonaniami Tomasza Kiznego.
Pana kolejne zdanie: „Zainstalowanie na szczycie hierarchii tejże ‘fotografii artystycznej’ przypomina próby reaktywowania systemu wartości charakterystycznego dla zamierzchłych czasów świetności Związku Polskich Artystów Fotografików....” jest kolejnym nadużyciem. Proszę wskazać w moim tekście takie zdanie, w którym w swej hierarchii umieszczam na szczycie „fotografię artystyczną”. Mógłbym po raz kolejny wykazać Panu jego ignorancję odsyłając do innych mych tekstów na ten temat, ale wiem, że do tego typu wypowiedzi wiedza nie jest potrzebna. Przy okazji wspomnę, że od czasów studiów nie używam terminu „fotografika” w znaczeniu fotografii artystycznej, tak jak Pan. Mógłbym Panu udowodnić niewłaściwe, właśnie ZPAF-owskie, posługiwanie się nim, ale szkoda czasu.
Oczywiście istnieją dwa obiegi fotografii polskiej. Dlatego Katarzyna Kozyra, Grzegorz Klaman, Libera i wielu innych nigdy nie wystawiali w Małej Galerii, Galerii FF czy Galerii Pustej. Nikomu też nie wmawiam (to następna manipulacja), że ich twórczość postmodernistyczna była wtórna i nieistotna. Po raz kolejny proszę o zacytowanie takiego zdania. Pisałem zaś, nie tylko zresztą ja, o bulwersowaniu i rezygnacji z jakości, a w konsekwencji z wartości fotograficznych. I dalej tak twierdzę.
Chciałbym Panu zwrócić także uwagę, że przy jakiejkolwiek próbie polemiki dobrze jest znać dane zagadnienie i umieć czytać i interpretować teksty na ten temat. Zresztą słowa te kieruję również do redakcji „Fototapety”, która powinna dbać o odpowiedni poziom polemik. Od recenzenta danej pracy należy wymagać dużej wiedzy, ba nawet większej lub zbliżonej do piszącego te słowa. Przykro mi, że polemika z Panem Mazurem musiała ograniczyć się jedynie do podkreślenia jego ignorancji i licznych nadużyć, a także niestety – miałkich manipulacji, które sam z takim zapałem wielokrotnie mi zarzucał.
Oczywiście moja „prywatna” historia fotografii dotycząca lat 90. może redakcji „Fototapety” nie odpowiadać, ale ona istnieje, została przemyślana i napisana już w 1998 r., co zresztą zaznaczyłem w przypisie swego tekstu. Tak więc Pan Mazur zostanie w moich myślach (i wiem, że nie tylko moich) dość niezręcznym m a n i p u l a t o r e m i niestety ignorantem w sprawach fotografii lat 90. Z wielką niecierpliwością będę oczekiwał, kiedy przedstawi własną historię fotografii lat 90. w formie np. eseju, inną od mojej, z nazwiskami, o które się upominał, klarownymi definicjami i oczywiście podkreśleniem znaczenia warszawskiego fotoreportażu.
W jedynej chyba własnej interpretacji nt. fotografii lat 90. w ostatnich wersach swego paszkwilu (jeśli wiedział Pan, co chciał wyrazić, gdyż sformułowana myśl jest dość pokrętna), napisał Pan: „Zmiana [w latach 90. – przyp. K.J.] jest zasadnicza i polega na zniesieniu podziałów na fotografię artystyczną (do niedawna zwaną ‘fotografiką’) i całą resztę, o której nie warto wspominać”. Drogi Panie Mazur – kto do niedawna nazywał fotografię artystyczną fotografiką? Ma Pan dość anachroniczny aparat pojęciowy, gdyż tego terminu używali bardzo dawno temu m.in. Jan Bułhak i Edward Hartwig (album Fotografika) oraz ze względu na określoną tradycję używa jej ZPAF. Poza tym myli się Pan w kwestii znacznie ważniejszej. Ten podział między tradycją fotografii artystycznej a sztuką nowoczesną został zniesiony, choć nie we wszystkich oczywiście środowiskach i nie w latach 90. a dużo wcześniej – między 1968 a 1971 rokiem.
Czy redakcja „Fototapety” nie ma kontaktu z bardziej wyrafinowanymi „krytykami”, którzy mogliby określić mnie np. mianem „kogoś bez kompetencji”, kto pisze tylko „farmazony”? Wiemy doskonale, że tacy istnieją i niewykluczone, że wkrótce zabiorą swój głos w obronie „odważnego” tekstu Pana Mazura.
p.s.
Mój tekst z maja 2002 roku, proponowany do opublikowania w „Formacie” i „Gazecie Malarzy i Poetów”, nie proponowany „Fototapecie”. Zamieszczony w „Kwartalniku Fotografia” 2003, nr 13, ss. 116-117 oraz potem za moją zgodą na portalu http://zeta-media.com/mat/jurecki-iso.htm, wydawcy "Fototapety", gdzie znajduje się atak Adama Mazura. Należy dodać, że Grygiel nie miał odwagi zamieścić mego tekstu wraz z atakiem mego polemisty. Jak to określić? Może innym razem podejmę się tego zadania.
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
środa, lipiec 22, 2009
0
komentarze
Linki do tego posta
poniedziałek, 13 lipca 2009
Dwie konpecje kina - Ługin "Wyspa" i Żuławski "Wojna polsko-ruska"
Niedawno, bo 02.07 w Toruniu byłem na pokazie filmu "Wojna polska-ruska" oraz dyskusji z reżyserem filmu Xawerym Żuławskim prowadzonej przez Tomasza Raczka. Publiczności chyba się ten film podobał, okraszony nawiązaniami do "Kill Billa" czy "Zaginionej autostrady", zresztą niepotrzebnie. Jest to film o prymitywnych ludziach - blokersach. (Przepraszam za określenie, gdyż każdy może się teoretycznie zmienić w sensie rozwoju kulturowego) i ich niskich pobudkach, czyli alkoholu i narkotykach. Do kogo jest adresowany? Chyba nie do blokersów? Film był sztuczny i nieautentyczny, mimo, że chciał pokazać "real life". Nawiasem mówiąc uczynił to znacznie lepiej Michał Brzeziński w filmie "Modern post mortem" - polecam dokumentarne ujęcia z Łodzi z autentycznymi blokersami. Film Żuławskiego nie był też dobrze zagrany, najlepiej prezentowały się zdjęcia i montaż. Powstał film ROZRYWKOWY, nie ARTYSTYCZNY i na tym polega jego słabość. Rozrywka jest w kabarecie i cyrku (kiedyś), jeśli kino spełnia głownie taki postulat sytuuje się nisko w systemie kultury, ale przypominam, że "Batman" z Jackiem Nicholsonem był rzadkim przykładem kina pop o wysokich dystynkacjach artystycznych.
Także kilka dni temu wielkim przejęciem obejrzałem film rosyjski "Wyspa" ("Ostrov") Pawła Ługina, który kontynuuje linię Andrieja Tarkowskiego. Utwór pokazuje wybór drogi życiowej przez mnicha, który poczuwa się do morderstwa, do zabicia, dodajmy pod przymusem Niemców w czasie II wojny, innego człowieka. Ten człowiek jednak czy na szczęście przeżył! Zrealizowany w pięknych plenerach utwór filmowy pokazuje siłę modlitwy oraz przemianę mnicha i niektórych ludzi z jego otoczenia. Świetna gra kilku aktorów oraz niezwykle subtelne operowanie napięciem scenicznym, aż do ostatniego kadru, czyni z niego utwór wybitny! Jakże proste i metaficzyczne może być kino. To zupełnie przeciwstawna koncepcja do filmu Żuławskiego. Polecam oczywiście Ługina.
Także kilka dni temu wielkim przejęciem obejrzałem film rosyjski "Wyspa" ("Ostrov") Pawła Ługina, który kontynuuje linię Andrieja Tarkowskiego. Utwór pokazuje wybór drogi życiowej przez mnicha, który poczuwa się do morderstwa, do zabicia, dodajmy pod przymusem Niemców w czasie II wojny, innego człowieka. Ten człowiek jednak czy na szczęście przeżył! Zrealizowany w pięknych plenerach utwór filmowy pokazuje siłę modlitwy oraz przemianę mnicha i niektórych ludzi z jego otoczenia. Świetna gra kilku aktorów oraz niezwykle subtelne operowanie napięciem scenicznym, aż do ostatniego kadru, czyni z niego utwór wybitny! Jakże proste i metaficzyczne może być kino. To zupełnie przeciwstawna koncepcja do filmu Żuławskiego. Polecam oczywiście Ługina.
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
poniedziałek, lipiec 13, 2009
1 komentarze
Linki do tego posta
środa, 24 czerwca 2009
Bardzo dobre wystawy w Muzeum Sztuki w Łodzi oraz wakacje
+kopia.jpg)

W końcu mamy bardzo ciekawą, choć także kontrowersyjną wystawę w MS2 w Łodzi, gdzie prezentowane są prace podszyte politycznością czy niezgodą na obecne status-quo. Możemy oglądać bardzo wyrafinowaną pracę Hansa Haacke czy medytować o umieraniu z umierającym (słynny reżyser Derek Jarman znany z filmu "Caravaggio") czy w końcu zastanawiać się nad patologicznym obrazem Damiana Hirsta, który chyba nie należy do do generacji uznającej minimal-art na swe credo artystyczne, choć obraz-obiekt z martwych much, wyraża tytułowy problem ekspozycji. Także druga wystawa obrazów i filmów słynnej grupy muzycznej Leibach w muzeum na ul. Więckowskiego 36 jest nie tylko bardzo ciekawie zaaranżowana, ale pokazuje dziwny styl malarstwa, które trudno porównać do historycznego rozwoju i na tym m.in. opiera się jego atrakcyjność czy wyjątkowość.
Ale mamy wakacje więc potrzeba trochę ironii wobec życia. Dlatego zamieszczam zdjęcie z 2007 roku z sympozjum w czasie Cyberfoto w Częstochowie, przedstawiające na pierwszym planie głowę..., no właśnie kogo? Odpowiedź jest oczywiście ukryta w tym poście (nie lubię tego słowa). A w tle widoczny jest piszący te słowa podczas wykładu na temat obrazu cyfrowego w twórczości Francuzki Diane Ducruet, która lansowana była m.in. w Polsce i zobaczymy za kilka lat co z tego wyniknie dla samej artystki?
Polskie festiwale fotografii powinny lansować twórców, którzy mają szanse być ważni na świecie, gdyż właśnie wtedy ich ranga wzrośnie. Nie można opierać się tylko na wystawach historycznych (np. Weegee, Sander), nie można pokazywać tylko twórców polskich, choć oczywiście trzeba lansować tych, którzy mają szanse w Europie czy na świecie. Kogo wylansowały lub próbują to czynić polskie festiwale fotografii w XXI wieku? Kila nazwisk można wymienić dzięki działaniom z ub roku Festiwalu w Łodzi, który pokazał na granicą m.in. Asię Zastróżną, Andrzeja Kramarza i Weronikę Łodzińską i przede wszystkim Przemysława Pokryckiego, gdyż jego osiągnięcia wydają mi się najważniejsze z grona wymienionych w tym miejscu fotografów.
Festiwale, ale co znamienne polskie (nie słowacki czy w Arles!) przeoczyły dokonania Magdy Hueckel, której prace rozwijające się w dwóch lub trzech kierunkach mają największy potencjał twórczy na przyszłość. Dla mnie Jej twórczość jest najciekawsza w Polsce, z grona 30-latków. Dlatego cieszę się, że mogłem pokazać jej prace na 6. Biennale Fotografii w Poznaniu. Pokazały, jak twórczość kilku innych artystów z mojej ekspozycji, że można tworzyć poza ideologią i polityką. A krytykowanie przez recenzentów takiej postawy i takiego mego wybory jest śmieszne lub nawet żałosne. Nie można tematu wystawy interpertować literalnie i dosłownie, bo jest to nudne i nietwórcze. Podobnie tworząc scenariusz pokazu należy szukać nowych nazwisk, poszukiwać nowych znaczeń, a nie pokazać znane status-quo za pomocą uznanych mistrzów i pustych ścian, aby krytycy nie musieli się zbyt wysilać. Zazwyczaj wolą oglądać mniej w postaci znanych i sklasyfikowanych dokonań. Sztuka wymaga wysiłku, także od widza i interpretotora, a z tym bywa różnie.
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
środa, czerwiec 24, 2009
0
komentarze
Linki do tego posta
poniedziałek, 15 czerwca 2009
Czy leci z nami pilot? (Paweł Althamer w Brukseli)
Od piątku niedzieli byłem nad jeziorem Wigry w Domu Pracy Twórczej, w gościnnie u Radka Krupińskiego. Prezentowałem dwa wykłady, potem długo dyskutowaliśmy o fotografii, także ze Staszkiem Wosiem, który zadaje trudne pytania. I to chodzi!
Takich pytań zabrakło przy analizie akcji, w której bardzo ważny artysta - Paweł Althamer zabrał 04.06.09 na wycieczkę samolotem z okazji wstąpienia Polski do Unii Europejskiej 150 znajomych z Bródna do Brukseli! Wśród "znajomych z Bródna" znaleźli się też dziennikarze i krytycy sztuki. Gdyby zabrał znajomych na wycieczkę rowerową w okolice Warszawy lub gdyby zapłacił za wynajęcie samolotu z własnej kasy zastanowiłbym się nad "czystością" jego poczynań. Żal mi państwowych pieniędzy, gdyż mogłyby być spożytkowane na stypendia, katalogi, etc. a tak zaspakajane są kolejne fanaberie wybitnego artysty! Określenie go szamanem, powoływanie się na teorię "rzeźby społecznej" Josepha Beuysa jest atrakcyjne, modne, ale jest jedna podstawowa różnica. Twórczość Beuysa była prosta, a jego projekty najczęściej skromne czy ubogie. Polegały one nie na wynajmowaniu samolotów, tylko podróżowaniu własnym samochodem, także do Polski i wykonywaniu prostych zabiegów, jak zamiatanie lasu czy ulicy czy boksowanie, na rzecz walki o bezpośrednią demokrację.
Podobno teraz Althamer myśli o podróży lotniczej do Mali, do plemienia Dogonów. Pomysł świetny tylko proszę go realizować za własne pieniądze, gdyż wielu artystów odbywa takie podróże, takze do Indii, Nepalu nie chwaląc się swymi poczynaniami, gdyż pożądaną cechą twórcy i samej sztuki jest skromność, nie zaś bizantyjskość, czyli przepych, jaki widziałem w relacjach o wycieczce Althmera do Brukseli.
p.s. Prawdziwym szamanem sztuki, co widać w jego realizacjach od początku lat 90. jest Marek Rogulski (Rogulus), a Althamer jest na podobnej drodze, tylko że wszedł na nią dużo później.
Takich pytań zabrakło przy analizie akcji, w której bardzo ważny artysta - Paweł Althamer zabrał 04.06.09 na wycieczkę samolotem z okazji wstąpienia Polski do Unii Europejskiej 150 znajomych z Bródna do Brukseli! Wśród "znajomych z Bródna" znaleźli się też dziennikarze i krytycy sztuki. Gdyby zabrał znajomych na wycieczkę rowerową w okolice Warszawy lub gdyby zapłacił za wynajęcie samolotu z własnej kasy zastanowiłbym się nad "czystością" jego poczynań. Żal mi państwowych pieniędzy, gdyż mogłyby być spożytkowane na stypendia, katalogi, etc. a tak zaspakajane są kolejne fanaberie wybitnego artysty! Określenie go szamanem, powoływanie się na teorię "rzeźby społecznej" Josepha Beuysa jest atrakcyjne, modne, ale jest jedna podstawowa różnica. Twórczość Beuysa była prosta, a jego projekty najczęściej skromne czy ubogie. Polegały one nie na wynajmowaniu samolotów, tylko podróżowaniu własnym samochodem, także do Polski i wykonywaniu prostych zabiegów, jak zamiatanie lasu czy ulicy czy boksowanie, na rzecz walki o bezpośrednią demokrację.
Podobno teraz Althamer myśli o podróży lotniczej do Mali, do plemienia Dogonów. Pomysł świetny tylko proszę go realizować za własne pieniądze, gdyż wielu artystów odbywa takie podróże, takze do Indii, Nepalu nie chwaląc się swymi poczynaniami, gdyż pożądaną cechą twórcy i samej sztuki jest skromność, nie zaś bizantyjskość, czyli przepych, jaki widziałem w relacjach o wycieczce Althmera do Brukseli.
p.s. Prawdziwym szamanem sztuki, co widać w jego realizacjach od początku lat 90. jest Marek Rogulski (Rogulus), a Althamer jest na podobnej drodze, tylko że wszedł na nią dużo później.
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
poniedziałek, czerwiec 15, 2009
1 komentarze
Linki do tego posta
poniedziałek, 8 czerwca 2009
"Autosugestie" Katarzyny Krakowiak i Łódź Kaliska w Muzeum Sztuki (po raz trzeci)


"Autosugestie" Katarzyny Krakowiak można oglądać AOIA w Łodzi na ul. Zachodniej 54. Wystawa opiera się na kontraście zgrafizowanych z podwójną ekspozycją zdjęć i surrealistycznych obiektów, które czasami odnoszą się do fotografii i przede wszystkim pamięci. W fotografiach jest klimat Łodzi, jest uniwersalizm, poczucie pustki a nawet wyobcowania. To trochę tradycja Andrzeja Różyckiego, przypomina też prace Piotra Rosińskiego, ale widać także pozytywny wpływ promotora pracy - dra Piotra Komorowskiego. Udało się młodej artystce (licencjat) uchwycić, jakże potrzebny i trudny stan, jakim "medytacyjność". Pisze o takiej potrzebie w niewielkim folderze do wystawy.
A Muzeum Sztuki na ul Więckowskiego 36 mamy kolejną wystawę Łodzi Kaliskiej, pod dziwnym tytułem (ani śmiesznym, ani wyjaśniającym) "Szczerość i blaga. Etyka prac Łodzi Kaliskiej w latach 1979-1989", gdyż w tych pracach nie chodziło o jakąkolwiek etykę, chyba że na nowo zdefiniujemy to pojęcie. Większość prac pokazano już w tym samym gmachu w 2004/05, o czym zapominano powiedzieć na wernisażu. Nie mówiąc, że już 1999 otworzono w tym samym miejscu "Instalację czysta sztuka" a 2002 ich inne prace były na "Wokół dekady. Fotografia polska lat 90.". Ale wiemy nie od dziś , że pamięć kuratorów, jak i artystów jest bardzo wybiórcza i zależy od "miejsca siedzenia". Niewielka wystawa jest ciekawie zaaranżowana, to pierwsza prawdziwie muzealna prezentacja, kodyfikująca pierwszy czy tak naprawdę dwa pierwsze okresy w twórczości tej ważnej grupy - późny medializm i neosocsurdada (Kultura Zrzuty).
Od ok. 2004 roku grupa Łódź Kaliska przeszła na pozycje twórczości akademickiej, bezpiecznej, okołoreklamowej - New Pop, oczekiwanej przez większość galerii w Polsce, gdyż jest "trendy" i "glamour". Tak, aby publiczność tak jak cyrku, mogła się trochę rozweselić. Łódź Kaliska już nie walczy i nie protestuje, przede wszystkim zbiera laury za swą wieloletnią niepokorność. Taka jest los awangardy.
p.s. W nieuzasadniony sposób na samej wystawie podzielono film "Movie picture of Łódź Kaliska" na kilka odrębnych filmików, gdyż stanowił zawsze jedną całość, zmontowaną (czego nie zaznaczono) przez Tomasza Snopkiewicza i Jacka Jóźwiaka, co w tym konkretnym przypadku jest bardzo ważne.
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
poniedziałek, czerwiec 08, 2009
1 komentarze
Linki do tego posta
czwartek, 4 czerwca 2009
Co cenię w historii polskiego filmu eksperymentalnego i wideo?
O tym co cenię w filmie eksperymentalnym mówiłem i pokazywałem na "Miesiącu fotografii w Krakowie" (14.05.) w galerii Camelot. Do mojego wykładu i pokazu mogło dojść dzięki temu, że Bunkier Sztuki (Beata Seweryn) przez rok nie odpowiadał na moją propozycję, potem chciano 2 wykładów (!), bo tak się program podobał, a potem żadnego... Podobno na przeszkodzie stanęła "Ukryta dekada" Piotra Krajewskiego. Tylko chciałbym zaznaczyć, że swoje wybory pokazuję od marca 2007 roku, długo przed pomysłem Krajewskiego, który w kilku momentach dziwnie przypomina moje wybory filmowe (Rzepecki i Zygier "Every dog has his day", Wspólnota Leeeżeć, Andrzej Dudek Dürer czy bardzo mało znany Witold Krymarys), ale także różnimy się gdyż ja propaguję późniejszą twórczość takich artystów, jak: Rogulus, Marek Zygmunt, Wiktor Polak, Michał Brzeziński i Leszek Żurek oraz Anny Baumgart. Mój zestaw pokazuje także prace najnowsze z około 2005 roku. Ale zanim doszło do rozwoju techniki wideo film eksperymentalny na początku lat 80. rozkwitł dzięki pracom Łodzi Kaliskiej, potem kręgowi Strychu. Napisałem na ten temat teksty, można je odszukać w "Sztuce" i "Exitcie" (zainteresowanych odsyłam do mojej strony http://www.jureckifoto.republika.pl/. Przede wszystkim najważniejszy jest "Movie picture of Łódź Kaliska", a polskie wideo lat 80. rozwijało się w dwóch kierunkach zainicjowanych przez Józefa Robakowskiego i Zbigniewa Liberę, czego wpływ tego drugiego okazał się istotniejszy.
Pełny zestaw moich preferencji w zakresie filmu eksperymentalnego i wideo z 2008 roku. Oto pełen zestaw prac, które pokazywałem przez 4 i 1/2 godziny w Bratysławie. Wcześniej w mniejszym wyborze prezentowany był: w Warszawie, Wrocławiu, Gdańsku, Lublinie, Łodzi na Wigrach.
Natalia LL, Sztuka konsumpcyjna / Consumer Art, 1972-1974 (fragment), 13` 15`
Łódź Kaliska group and Tomasz Snopkiewicz i Jacek Jóźwiak (montage), Movie Picture of Łódź Kaliska, 1983, 3` (fragment)
Zygmunt Rytka, Retransmisja / Retransmission, 1979-83, 15`
Zygmunt Rytka, Czas do dyspozycji, cz. II / Time for spending, part II, 1989, 3` 40 `
Adam Rzepecki, Cóż artystokracie po małym fiacie? / What for Aristocrat has a small Fiat car?, 1989, 3` 15`
Adam Rzepecki i Grzegorz Zygier, Every Dog has his day, 1990, 5` 3`
Witold Krymarys, Wyścig / A Race, 1987, 4` 30`
Witold Krymarys, Minimal-video, 1988, 2`
Marek Rogulski, Etap I / Stage I, 1990, 1` 56`
Marek Rogulski, Krr, 2006,1` 30`
Marek Rogulski, Ćwiczenie łącza energetycznego / Lesson of Energetic Junction, 2006, 1`
Marek Rogulski, Łączaenie emanacji / Unique of Emanation, 2006, 1` 10`
Piotr Wyrzykowski, Atomic Love, 2002, 5` 40`
Piotr Wyrzykowski, Beta Nassau, 1993, 8`
Piotr Wyrzykowski, Runner, 1993, 5` 20
Marek Zygmunt, Medytacje / Meditations, 2001, 8`
Wspólnota Leeeżeć, Bielmo awangardy / Leucoma of Avant garde, 1996, 2` 14`
Wspólnota Leeeżeć, Prombłuny mechanizm kuszenia / Choptheglow of Mechanism of Temptation, 1999, 5` 12`
Michał Brzeziński, 2001, Ból / Pain, 7` 2`
Anna Baumgart, I kiedy pocałalowała żabę / When she Kissed a Frog…, 1997, 5`
Anna Baumgart, Zima / Winter, 1997, 2` 30`
Anna Baumgart, Kto mówi? / Who says?, 1998, 3`
Anna Baumgart, Kolekcja przypadkowych epitafium / The collection of accidental epitaphs 1998, 5
Andrzej Kwietniewski, Krzyżacy / Teutonic Knights, 2002, 4`
Andrzej Kwietniewski, Naród trwa / The people of Poland are going on, 2002, 1` 10`
Arti Grabowski, Oktoberfest, 2002, 4` 28`
Arti Grabowski, Człowiek@pl / Man@pl, 2002, 28`
Sławomir Marzec, Trzy minuty / Three Minutes, 2007, 4` 48`
Sławomir Marzec, It will be Nicely and Pleasenty, 2007, 5` 39`
Dominik Pabis, 6. zmysł / The Sixth Sense, 2003, 1`
Anna Orlikowska, Istota, A Person, 2005, 2` 11`
Anna Orlikowska, Autoportret, Self-portrait, 2005, 0` 48`
Anna Orlikowska, Film o robakach / Film about Worms, 2005, 2` 11`
Anna Orlikowska, Kyriem Angelicum, 2005, 0` 48`
Wiktor Polak, Nie można oddychać zającem / Can`t breathe a Hare , 2007, 4`
Wiktor Polak, Zabawka / A Toy, 2007, 3`15`
Wiktor Polak, Bliżej / Close to, 2005, 8`
Marcin Nowak, Cisza / Silence, 2006, 2` 40`
Andrzej Dudek-Dürer, Invisible time, 2001-02, 10` 28`
Andrzej Dudek-Dürer, Mental Steps, 2003, 5`
Katarzyna Majak, 2004, Circle D., Cactus, Cows, Factory, 11` 54``
Mirosław Rajkowski, Motus, 2006, 1`
Mirosław Rajkowski, Radom Fantom, 2006, 2`
Leszek Żurek, Mantra, 2005, 3` 48`
Łódź Kaliska, z serii New Pop / from New Pop series, 2002-2004, 15``
Pełny zestaw moich preferencji w zakresie filmu eksperymentalnego i wideo z 2008 roku. Oto pełen zestaw prac, które pokazywałem przez 4 i 1/2 godziny w Bratysławie. Wcześniej w mniejszym wyborze prezentowany był: w Warszawie, Wrocławiu, Gdańsku, Lublinie, Łodzi na Wigrach.
Natalia LL, Sztuka konsumpcyjna / Consumer Art, 1972-1974 (fragment), 13` 15`
Łódź Kaliska group and Tomasz Snopkiewicz i Jacek Jóźwiak (montage), Movie Picture of Łódź Kaliska, 1983, 3` (fragment)
Zygmunt Rytka, Retransmisja / Retransmission, 1979-83, 15`
Zygmunt Rytka, Czas do dyspozycji, cz. II / Time for spending, part II, 1989, 3` 40 `
Adam Rzepecki, Cóż artystokracie po małym fiacie? / What for Aristocrat has a small Fiat car?, 1989, 3` 15`
Adam Rzepecki i Grzegorz Zygier, Every Dog has his day, 1990, 5` 3`
Witold Krymarys, Wyścig / A Race, 1987, 4` 30`
Witold Krymarys, Minimal-video, 1988, 2`
Marek Rogulski, Etap I / Stage I, 1990, 1` 56`
Marek Rogulski, Krr, 2006,1` 30`
Marek Rogulski, Ćwiczenie łącza energetycznego / Lesson of Energetic Junction, 2006, 1`
Marek Rogulski, Łączaenie emanacji / Unique of Emanation, 2006, 1` 10`
Piotr Wyrzykowski, Atomic Love, 2002, 5` 40`
Piotr Wyrzykowski, Beta Nassau, 1993, 8`
Piotr Wyrzykowski, Runner, 1993, 5` 20
Marek Zygmunt, Medytacje / Meditations, 2001, 8`
Wspólnota Leeeżeć, Bielmo awangardy / Leucoma of Avant garde, 1996, 2` 14`
Wspólnota Leeeżeć, Prombłuny mechanizm kuszenia / Choptheglow of Mechanism of Temptation, 1999, 5` 12`
Michał Brzeziński, 2001, Ból / Pain, 7` 2`
Anna Baumgart, I kiedy pocałalowała żabę / When she Kissed a Frog…, 1997, 5`
Anna Baumgart, Zima / Winter, 1997, 2` 30`
Anna Baumgart, Kto mówi? / Who says?, 1998, 3`
Anna Baumgart, Kolekcja przypadkowych epitafium / The collection of accidental epitaphs 1998, 5
Andrzej Kwietniewski, Krzyżacy / Teutonic Knights, 2002, 4`
Andrzej Kwietniewski, Naród trwa / The people of Poland are going on, 2002, 1` 10`
Arti Grabowski, Oktoberfest, 2002, 4` 28`
Arti Grabowski, Człowiek@pl / Man@pl, 2002, 28`
Sławomir Marzec, Trzy minuty / Three Minutes, 2007, 4` 48`
Sławomir Marzec, It will be Nicely and Pleasenty, 2007, 5` 39`
Dominik Pabis, 6. zmysł / The Sixth Sense, 2003, 1`
Anna Orlikowska, Istota, A Person, 2005, 2` 11`
Anna Orlikowska, Autoportret, Self-portrait, 2005, 0` 48`
Anna Orlikowska, Film o robakach / Film about Worms, 2005, 2` 11`
Anna Orlikowska, Kyriem Angelicum, 2005, 0` 48`
Wiktor Polak, Nie można oddychać zającem / Can`t breathe a Hare , 2007, 4`
Wiktor Polak, Zabawka / A Toy, 2007, 3`15`
Wiktor Polak, Bliżej / Close to, 2005, 8`
Marcin Nowak, Cisza / Silence, 2006, 2` 40`
Andrzej Dudek-Dürer, Invisible time, 2001-02, 10` 28`
Andrzej Dudek-Dürer, Mental Steps, 2003, 5`
Katarzyna Majak, 2004, Circle D., Cactus, Cows, Factory, 11` 54``
Mirosław Rajkowski, Motus, 2006, 1`
Mirosław Rajkowski, Radom Fantom, 2006, 2`
Leszek Żurek, Mantra, 2005, 3` 48`
Łódź Kaliska, z serii New Pop / from New Pop series, 2002-2004, 15``
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
czwartek, czerwiec 04, 2009
0
komentarze
Linki do tego posta
niedziela, 31 maja 2009
Znużenie festiwalami fotografii?
Od dwóch tygodni nie miałem czasu pisać bloga. Najpierw wyjazd do Gdańska na otwarcie wystawy "Andrzej Dudek-Dürer. Droga poprzez czasoprzestrzeń. 40 lat "sztuki butów" (1969-2009)" w galerii Pionova, a teraz do Warszawy i Krakowa, o czym poniżej.
W wielkim skrócie obejrzałem kilka festiwali fotografii. Nie chcę ich podsumowywać. Najwięcej publiczności spotkałem w piątek na Weegeem w Muzeum Narodowym w Krakowie, wcześniej w Noc Muzeów w Łódź Art Centre w Łodzi, ale już w czwartek w Starej Galerii ZPAF w W-wie nikogo na ekspozycji Vladimira Birgusa. Wystaw jest za dużo. Za moment otwiera się kolejny festiwal w Olsztynie, z kolejnymi mistrzami polskiej fotografii (wg organizatorów). Co wyniknęło przez kilka lat festiwali w Polsce? Jakie odkryto nowe zjawiska, postaci, jakie powstały teksty odkrywające nowe karty historii? Myślę, ze bardzo niewiele przy zaangażowaniu wielkich środków finansowych. Rola festiwali stała się przede wszytskim edukacyjna (np. pokazy Augusta Sandera, Zofii Rydet, teraz Weegeego). Nie zapominajmy, że festiwale w Krakowie, Łodzi, Warszawie oraz Biennale w Poznaniu publikuje duże katalogi. Sądzę, że bardzo niewiele powstało ciekawych opracowań i jaka szkoda! Pisałem kiedyś np. o ubiegłorocznym biogramie Michała Szlagi w katalogu fotofestiwalu w Łodzi, gdzie były informacje o psie Michała, a nie było o wczesnych pracach z ASP w Gdańsku. A szkoda, gdyż można pisać o tylko o poszczególnych fotografach, ale także całych nurtach, tendencjach, tradycji danego kraju. Można, powstaje pytanie dlaczego nie ma takich takich tekstów, ale kierujmy je do dyrektorów poszczególnych festiwali.
W czw obejrzałem w Warszawie wystawę fotografii Zdzisława Beksińskiego w galerii Asymetria. (Wcześniej miałem sympatyczne spotkanie z Tomkiem Sikorą i Małgosią oraz Anną Bohdziewicz, potem Teresą Gierzyńską, z którą bardzo lubię rozmawiać o fotografii). Wracając do ekspozycji Beksińskiego wg mojej opinii, która oczywiście może być pomyłką - wszystkie prace były falsyfikatami (!!!) - zarówno rysunki, jak i fotografie. To nie pierwszy przykład wprowadzenia na rynek sztuki sfałszowanych dzieł Beksińskiego.
Na koniec mały apel. IPN w Warszawie w ramach obchodów kultury niezależnej w czasach przygotowuje album na temat fotografii (1976-1989). Gdyby ktoś miał takie fotografie, wiedział coś na ten temat proszę pisać do mnie, gdyż jestem zaangażowany w ten projekt, który powinien być odkryciem nowych fotografii z tego "szarego", choć ideowo czerwonego czasu. Album ukaże się pod koniec 2009 roku.
p.s. Statystyka. W maju na mój blog miał do dziś 1412 wejść, a liczba wszystkich odwiedzin, z których się cieszę to na godzinę 6.40 - 3322.
W wielkim skrócie obejrzałem kilka festiwali fotografii. Nie chcę ich podsumowywać. Najwięcej publiczności spotkałem w piątek na Weegeem w Muzeum Narodowym w Krakowie, wcześniej w Noc Muzeów w Łódź Art Centre w Łodzi, ale już w czwartek w Starej Galerii ZPAF w W-wie nikogo na ekspozycji Vladimira Birgusa. Wystaw jest za dużo. Za moment otwiera się kolejny festiwal w Olsztynie, z kolejnymi mistrzami polskiej fotografii (wg organizatorów). Co wyniknęło przez kilka lat festiwali w Polsce? Jakie odkryto nowe zjawiska, postaci, jakie powstały teksty odkrywające nowe karty historii? Myślę, ze bardzo niewiele przy zaangażowaniu wielkich środków finansowych. Rola festiwali stała się przede wszytskim edukacyjna (np. pokazy Augusta Sandera, Zofii Rydet, teraz Weegeego). Nie zapominajmy, że festiwale w Krakowie, Łodzi, Warszawie oraz Biennale w Poznaniu publikuje duże katalogi. Sądzę, że bardzo niewiele powstało ciekawych opracowań i jaka szkoda! Pisałem kiedyś np. o ubiegłorocznym biogramie Michała Szlagi w katalogu fotofestiwalu w Łodzi, gdzie były informacje o psie Michała, a nie było o wczesnych pracach z ASP w Gdańsku. A szkoda, gdyż można pisać o tylko o poszczególnych fotografach, ale także całych nurtach, tendencjach, tradycji danego kraju. Można, powstaje pytanie dlaczego nie ma takich takich tekstów, ale kierujmy je do dyrektorów poszczególnych festiwali.
W czw obejrzałem w Warszawie wystawę fotografii Zdzisława Beksińskiego w galerii Asymetria. (Wcześniej miałem sympatyczne spotkanie z Tomkiem Sikorą i Małgosią oraz Anną Bohdziewicz, potem Teresą Gierzyńską, z którą bardzo lubię rozmawiać o fotografii). Wracając do ekspozycji Beksińskiego wg mojej opinii, która oczywiście może być pomyłką - wszystkie prace były falsyfikatami (!!!) - zarówno rysunki, jak i fotografie. To nie pierwszy przykład wprowadzenia na rynek sztuki sfałszowanych dzieł Beksińskiego.
Na koniec mały apel. IPN w Warszawie w ramach obchodów kultury niezależnej w czasach przygotowuje album na temat fotografii (1976-1989). Gdyby ktoś miał takie fotografie, wiedział coś na ten temat proszę pisać do mnie, gdyż jestem zaangażowany w ten projekt, który powinien być odkryciem nowych fotografii z tego "szarego", choć ideowo czerwonego czasu. Album ukaże się pod koniec 2009 roku.
p.s. Statystyka. W maju na mój blog miał do dziś 1412 wejść, a liczba wszystkich odwiedzin, z których się cieszę to na godzinę 6.40 - 3322.
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
niedziela, maj 31, 2009
0
komentarze
Linki do tego posta
wtorek, 19 maja 2009
Miesiąc Fotografii w Krakowie (maj 2009)

Wiele nie widziałem, ale polecam retrospektywę Viktora Kolářa w Starmach Gallery, najbardziej lekko surrealistyczne zdjęcia z górnikami. Największe wrażenie zrobiła na mnie mała wystawa Miroslava Tichý'ego – "Warianty stylu", gdzie pokazano jego malarstwo oraz innych Czechów oraz fotograficzne wyjście poza nie! Poprawna jest malutka instalacja Japończyka Masao Yamamoto "KAWA = flow", choć wolę jego wizualne zdjęcia niż eksperymenty z przestrzenią. Prawidłowo i logicznie ukazano dorobek Eryka Zjeżdżałki (1972-2008), w tym po raz pierwszy Jego eksperymenty z kolorem, które są także ważnym dokonaniem. Być może w tym kierunku rozwinąłby swą twórczość.
A w Bunkrze Sztuki rozczarowania i to same! Krzysztof Wodiczko, którego wystawa liczy cztery prace, ale istotne gdyż konceptualne rozważania połączone były z atmosferą alienacji i zagrożenia. Kolejne rozczarowanie już większe to zbiorowa wystawa czeska - "W dowolnym momencie", z dużą ilością pustych ścian, ukazująca przemiany modernistyczne w czeskim środowisku, analizująca czy starająca się to czynić w konceptualny czy socjologiczny sposób przestrzeń, ciało i rzeczywistość. Niewiele było to ciekawych analiz. Ale największe rozczarowanie to ekspozycja w tym samym miejscu "Witkacy. Psychoholizm", gdzie pokazano złe techniczne i zbyt duże wydruki, całkowicie mijające się z koncepcją estetyczną autora "Nienasycenia". To przykład jak nie należy pokazywać czy "poprawiać" Witkacego. W zasadzie nic nowego nie widziałem na tej wystawie, a jej teza o innym stylu autoportretu i innym portretów budzi co najmniej zastrzeżenia. O swym pokazie wideo napiszę następnym razem.
Warto na pewno obejrzeć dużą wystawę Weegeego w Muzeum Narodowym, gdyż to klasyk fotografii światowej, pokazany już 1996 w Łodzi. Podsumowując - nie jest źle, choć nie widziałem głównej ekspozycji poświęconej problemowi archiwum! Warto pojechać do Krakowa.
Zdjęcie w tym tekście:
E. Zjeżdżałka, "Kopanki", 2002
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
wtorek, maj 19, 2009
0
komentarze
Linki do tego posta
piątek, 15 maja 2009
Krzysztof Jurecki "Oblicza fotografii" już w sprzedaży -
.jpg)
Moja książka jest w sprzedaży. Sam ją widziałem na festiwalu fotografii w Łodzi. A nawet dowiedziałem się od sprzedawcy, że mimo braku promocji najlepiej się sprzedaje. Nie chwalę się, gdyż krótka rozmowa odbyła się przy moim studencie. Miło to było usłyszeć!
Wczoraj w Krakowie także rozdałem kilka egzemplarzy podczas imprezy Krzyśka Makowskiego z księgarni "f 5" i jego konkursu na "Fotograficzną publikację roku 2008", który uroczyście zakończył się MCK w godzinach wieczornych. Ale nie wszyscy wiedzieli o takim konkursie (np. Galeria Sztuki Wozownia w Toruniu) czy chcieli w nim startować (np. K. Jurecki). Dlaczego nie zdecydowałem się wystawić do konkursu książki "poszukiwanie sensu fotografii. Rozmowy o sztuce"? Zbyt liczni byli jurory (kilkanaście osób), a do tego do kilku z nich nie miałem przekonania, a nawet mógłbym zarzucić jednej z jurorek plagiatowanie moich tekstów!
Ale taki konkurs jest bardzo potrzebny. Radziłbym Krzyśkowi zmniejszenie ilości członków jury i promowanie przede wszystkim fotografii nie zaś techniki, gdyż ta wypromuje się sama!
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
piątek, maj 15, 2009
3
komentarze
Linki do tego posta
środa, 13 maja 2009
Poznań - Biennale (09.05.2009)


,+2005+kopia.jpg)


,+2009+kopia.jpg)
"Od problemu symulacji do "nowego symbolizmu". Aspekty fotografii z początku XXI wieku."
(W niektórych innych materiałach galerii Arsenał mój tytuł ma trochę inną oryginalną formę - "Od problemu symulacji do "nowego symbolizowania". Aspekty fotografii z początku XXI wieku"). Tak to czasami bywa.
Przez kilka dni w Poznaniu było miło, pracowicie i ciepło, a na poziomie 2+ w Słodowni nawet gorąco. Chciałbym podziękować w tym miejscu Ani Miczko - studentce ASP w Poznaniu, która jako wolontariuszka bardzo mi pomogła w przygotowaniu wystawy, dosłownie do ostatniej chciwli. Incognito przechadzał się po wernisażach Bogdan Konopka, wraz z żoną Jaqueline i Waldkiem Śliwczyńskim (ten ostatni oczywiście nie incognito).
Na wernisaż przybyli prawie wszyscy artyści, których zaprosiłem do wystawy i którzy byli wówczas w Poznaniu. Przygotowałem wystawę problemową na temat ideologii i nawet polityki (Anna Baumgart, Wolf Kahlen). Potem starłem się zasygnalizować zmianę w myśleniu o problemie "symulacji", bo jest to bardzo ważne zagadnienie teoretyczne. W kolejnej części przeprowadzałem eksperyment polegający na ukazywaniu przeciwstawnych postaw lub kontrastujących ze sobą (poza Natalią LL, Michałem Brzezińskim i Januszem Leśniakiem - wszyscy oni pokazani byli w wydzielonych/autonomicznych przestrzeniach).
Mocne zestawienia na moim pokazie to m.in: Ewa Świdzińska i Adam Rzepecki, Magda Hueckel i Jerzy Wierzbicki, Joachim Froese i Tadesusz Żaczek. Właśnie mieszkającego na zupełnych antypodach, bo w Australii - Froesego wielu moich rozmówców wskazywało jako najciekawszego i zupełnie nieznanego artystę! (Chciałbym mu przygotować wystawę indywidualną w Polsce. Myślę, a nawet próbuję to realizować (na razie bez skutku)od 2007 roku, kiedy poznałem go na Słowacji na Letniej Szkole Fotografii).
Druga część pokazu miała wymiar parareligijny czy czasami medytacyjno-misteryjny (Tadeusz Żaczek, Stanisław Woś, Janusz Leśniak), gdyż chciałam zaakcentować indywidualne wyjścia poza ideologie właśnie w stronę religii czy medytacji! Innego wyjścia nie ma, chyba że w wejdziemy kategorie nicości...
Na końcu wystawy Marek Zygmunt pokazał świetny dla mnie cykl "Czekając na Mahometa", który łączył w sobie aspekt inscenizacji z dokumentem miejsca i ludzi.
Ekspozycna miała bardzo dokładny scenariusz, który udało mi się zrealizować, co nie było łatwe ze względu na ilość prac (188 plus filmy wideo), choć pewnie pojawią się głosy, że wystawa jest "przeładowana". Wolę nadmiar, niż miałbym ograniczyć rzadko pokazane prace: np. Natalii LL czy A. Rzepeckiego, bądź zaprezentowane po raz pierwszy, czyli premierowo (Ewa Świdzińska, Magdalena Samborska).
W sumie nie jest łatwo mówić o wpływie ideologii na najnowszą fotografię, gdyż przez nasze życie polityczne, mamy jej dość! Wpływ ma też refleksja nad realnym socjalizmem i jego wpływ na naszą świadomość w XXI wieku.
Sądzę, że festiwale czy biennale powinno mieć swój ogólny problem czy hasło wywoławcze, bo inaczej popada się w "wszystkoizm". Ale nie przekonują mnie takie tytuły, jak w Łodzi "atak łaskotek", ale o tym innym razem.
Wszystkim artystom, którzy wzięli udział w moim projekcie dziękuję, w tym panu Marcinowi Sudzińskiemu z Lublina, który okazał się współautorem wraz z Kataryzną Majak pracy "Tryptyk wdt" (2008), czego do dnia otwarcia ekspozycji nie miałem świadomości!
Lista zdjęć w tym wpisie:
St. Woś, "Stan skupienia", 2008
T. Żaczek, z cyklu "Prawosławie", 2008
J. Froese, "Wygnanie z raju", 2005
K. Matsubara, "Portret owoców", instalacja 17 zdjęć
A. Rzepecki, cykl "Feminismus", 2004-06
W. Kahlen, z serii "Zraniony Tybet", "Ozdobiony", 2009 (negatyw 1986)
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
środa, maj 13, 2009
1 komentarze
Linki do tego posta
niedziela, 10 maja 2009
Trochę statystyki (10.05.2009)
02.05.09 wieczorem mój blog miał już ponad 2000 odsłon. Sam byłem zaskoczony,że stało się w tak szybkim czasie. A stało się to dzięki krótkiemu tekstowi o Krzysztofie Hejke i jego listu do prezydenta Polski.
30.04 miało miejsce 118 odsłon blogu po tekście o Hejke, a w następnych dniach po kilkadziesiąt. Oprócz tego czytano czy poszukiwano informacji o MS2 w Łodzi, A. Dudku-Durerze czy co mnie cieszy nt mojej książki , która już jest w sprzedaży! Dziś miało miejsce 2338 wejście na blog. Niedługo opiszę swoje refleksje po 6. Biennale w Poznaniu i zapowiedzi dyskusji, która ma odbyć się w Krakowie 15.05 w Krakowie na temat festiwali fotograficznych.
Jednocześnie zapraszam na swój wykład i pokaz, czasami unikalnych prac pt. Suplement do historii filmu eksperymentalnego i wideo w Polsce (1983-2005) - 14.05.2009 w Galerii Camelot w Krakowie o godz. 16.30, pokażę także to, co potem będzie można zobaczyć m.in. w Bunkrze Sztuki w 2009 r. na Ukrytej dekadzie - zestawowi filmów z lat 80. i 90., wbrew tytułowi pochodzących jednak z dwóch dekad a nie jednej.
30.04 miało miejsce 118 odsłon blogu po tekście o Hejke, a w następnych dniach po kilkadziesiąt. Oprócz tego czytano czy poszukiwano informacji o MS2 w Łodzi, A. Dudku-Durerze czy co mnie cieszy nt mojej książki , która już jest w sprzedaży! Dziś miało miejsce 2338 wejście na blog. Niedługo opiszę swoje refleksje po 6. Biennale w Poznaniu i zapowiedzi dyskusji, która ma odbyć się w Krakowie 15.05 w Krakowie na temat festiwali fotograficznych.
Jednocześnie zapraszam na swój wykład i pokaz, czasami unikalnych prac pt. Suplement do historii filmu eksperymentalnego i wideo w Polsce (1983-2005) - 14.05.2009 w Galerii Camelot w Krakowie o godz. 16.30, pokażę także to, co potem będzie można zobaczyć m.in. w Bunkrze Sztuki w 2009 r. na Ukrytej dekadzie - zestawowi filmów z lat 80. i 90., wbrew tytułowi pochodzących jednak z dwóch dekad a nie jednej.
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
niedziela, maj 10, 2009
0
komentarze
Linki do tego posta
sobota, 2 maja 2009
Już wkrótce "Oblicza fotografii" K. Jureckiego (maj 2009)

Oblicza fotografii według Krzysztofa Jureckiego
wyd. Kropka, Września
na okładce fotografia Andrzeja J. Lecha
stron 275
Wydawnictwo KROPKA wydało nową książkę krytyka sztuki – Krzysztofa Jureckiego, wykładowcy fotografii w WSSiP w Łodzi i ASP w Gdańsku oraz kuratora wielu wystaw. Jego ostatnia książka "Poszukiwanie sensu fotografii. Rozmowy o sztuce" ukazała się w 2008 roku.
Książkę można już kupić m.in. na Biennale Fotografii w Poznaniu i Fotofestiwalu w Łodzi.
Publikacja zawiera dwadzieścia cztery teksty o charakterze teoretycznym i historycznym ("Krótka historia fotografii", "Fotografia a totalitaryzm") w pierwszej części. Duża część książki analizuje mało znane watki z okresu międzywojennego zarówno z zakresu dokumentu fotograficznego (Józef Szymańczyk), modernizmu (Karol Hiller, Janusz M. Brzeski i Kazimierz Podsadecki) czy awangardy (Hans Bellmer). Następna część jest rozrachunkiem z polską fotografią awangardową, w tym wiele miejsca autor poświecił: Zdzisławowi Beksińskiemu i Jerzemu Lewczyńskiemu polskim twórcom „fotografii subiektywnej”, o których miejsce w światowej historii fotografii upominał się już od lat 80. i 90. Dużo miejsca Jurecki poświecił Zofii Rydet, której monograficznej wystawy był kuratorem w 1999 r. oraz Wisławowi Hudonowi, zapomnianemu przez historyków sztuki artyście, który był jednym z pierwszych polskich konceptualistów na przełomie lat 60./70. oraz próbie oceny twórczości portretowej Krzysztofa Gierałtowskiego. Końcowa część tej historycznej z założenia publikacji poświęcona jest problematyce lat 80. i 90., zarówno w sensie analiz ogólnych, jak i bardziej szczegółowym (Andrzej J. Lech, Eva Rubinstein czy Grzegorz Przyborek, którego twórczość czeka na europejskie odkrycie).
Książka jest bogato ilustrowana pracami ze zbiorów: Muzeum Sztuki w Łodzi (np. Witkacy), gdzie autor był kierownikiem Działu Fotografii i Technik Wizualnych (1998-05), archiwum K. Jureckiego oraz zdjęciami prezentowanych twórców. Niektóre ze zdjęć są publikowane po raz pierwszy (np. Jan Bułhak, Henryk Ross (getto w Łodzi), Bronisław Schlabs, Mariusz Wieczorkowski).
Zdecydowana większość tekstów była już publikowana w różnych czasopismach, katalogach, ale zostały na nowo opracowane i przeredagowane, tak aby tworzyć zarys wybranych zjawisk zarówno o charakterze problemowym i przekrojowym, jak i monograficznym. Celem jej wykreowanie najważniejszych zjawisk z XX wiecznej historii polskiej.
p.s. Książka miała ukazać się do 31.03.2008 roku, a wydawcą miała być Fundacja Turleja w Krakowie, ale nie wyszła. Był to kolejny termin, który okazał się niemożliwy do spełnienia. Dlatego podjąłem rozmowy z Waldemarem Śliwczyńskim, a dodatkowo w radykalny sposób zmieniłem pierwotną zawartość publikacji i jej materiał ilustracyjny, tak aby była bardziej aktualna i interesująca.
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
sobota, maj 02, 2009
0
komentarze
Linki do tego posta
czwartek, 30 kwietnia 2009
Czym zajmuje się prof. Krzysztof Hejke?
Niestety nie fotografią, choć naucza fotografii w filmowce, tylko pisaniem skargi do prezydenta L. Kaczyńskiego na temat m.in. uwiedzenia żony, którą podpisał jako profesor, aby uwiarygodnić swą wypowiedź! Bardzo dawno temu K. Hejke był zdolnym studentem szkoły filmowej, zorganizowałem mu wystawę galerii CIK-u w Łodzi w 1990 roku pt. "Strefa". Pomogłem także w zakupie jego prac do kolekcji Muzeum Sztuki w Łodzi. Najlepsze zdjęcia wykonał jednak w latach 80. XX wieku, czyli bardzo dawno temu. Później nastąpiło to, co starałem się zasygnalizować w tekście pt. "Czas zatrzymany" ”Kalejdoskop” [Łódź], lipiec/sierpień 1993. I tak już zostało, niestety.
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
czwartek, kwiecień 30, 2009
0
komentarze
Linki do tego posta
poniedziałek, 27 kwietnia 2009
Cyberfoto 2009 (RCK Częstochowa, kwiecień-maj)





Dzięki Sławkowi Jodłowskiemu mamy konkurs fotograficzny z którego "coś" wynika, gdyż w większości konkursów wynika niewiele lub NIC. Co szczególnego zaistniało w Częstochowie przez dwanaście lat? Powstaje polska tradycja obrazu cyfrowego, z jego zaletami i wadami. Można wymienić znanych jurorów czy wykładowców corocznych spotkań. Liczy się przede wszystkim fakt, że mogą się tu pojawić znani i uznani fotografowie, jak Krystyna Andryszkiewicz, nieżyjący grafik/fotograf Marek E. Janicki czy przedstawiciele środowiska suwalskiego, jak Ewa Przytuła czy Jarosław J. Jasiński.
W tym roku wiele prac pretendowało do nagród i wyróżnień. W związku z tym mieliśmy duży kłopot, ale z takich faktów należy się przede wszystkim cieszyć, gdyż wzrasta, przynajmniej w tym międzynarodowym konkursie, poziom estetyczny i artystyczny.
Po raz kolejny mamy ciekawy katalog, m.in. z tekstem wybitnego specjalisty w zakresie obrazu cyfrowego - dra Piotra Zawojskiego, który podążając tropami teorii Zbigniewa Rybczyńskiego, zajmuje się jego paradoksami. Konkluzja jest na pozór zaskakująca - obraz cyfrowy musi być dwuwymiarowy, a także powrócić do obrazu przed otograficznego! Ale oczywiście to jedna z możliwości, bo na przeciwnej stronie znajduje się "obraz trójwymiarowy i PRZESTRZENNY", czyli "virtual reality". Powstaje tylko pytanie, czy będzie można tego typu "obrazy", które nie są obrazami w tradycyjnym sensie, tworzyć w aspekcie artystycznym, a nie tylko technologicznym, jak miało to miejsce np. z fotografią stroboskopową czy holografią.
Pragnę zwrócić uwagę na nazwiska: Olgi Grabiwody (kilkakrotnie już nagradzanej), Jacka Szczerbaniewicza (także nagradzanego już na Cyberfoto), czy działających w formule reklamowo-komiksowej: Michała Sosnę i Kornela Wołodźko. Wygrał, za działanie wbrew logice sprzętu (telefon komórkowy!) i za ryzyko jakie podjął Dawid Krzysteczko.
Za rok kolejne trzynaste Cyberfoto! Powtórzy konkurs, na podstawie którego tworzy się najnowsza fotografia, czasem grafika o znaczeniu kreacyjnym (wyróżniony w tym roku Sławomir Twardowski). Tym konkursem powinna cieszyć się Częstochowa.
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
poniedziałek, kwiecień 27, 2009
0
komentarze
Linki do tego posta
czwartek, 23 kwietnia 2009
Nowy talent - Tomasz Adam Fularski (wystawa w ŁTF-ie w Łodzi)


Z panem Tomaszem spotykamy się co dwa tygodnie na wykładach z historii sztuki w WSSiP w Łodzi. Należy do wyjątkowo zainteresowanych i uzdolnionych studentów, choć edukację fotograficzną rozpoczął późno. Ale nigdy nie jest za późno, aby przypomnieć tylko Zofię Rydet, która rozpoczęła zainteresowanie fotografią jako dojrzała kobieta, w wieku ok. czterdziestu kilku lat, ok. 1954 roku.
Na wystawie w galerii ŁTF-u (do 20 kwietnia) wiedzieliśmy dwa cykle, z których zdecydowanie dojrzalszy był "Za betonową kurtyną" - rodzaj intymnego pejzażu i chęć sakralizowania go, a także poszukiwania w nim ostatniej nadziei, w sensie uratowania czy ratowania resztek człowieczeństwa. Autor bardzo dobrze "panuje" nad fotografowaną materią a potem materializacją wydruków, które zyskują na aurze niejednoznaczności i tajemniczości. Często w wydruku, jako formie zgrafizowanej, młodzi artyści tracą na jakości foto-techniczne i przede wszystkim ontologiczne (jeśli przyjmiemy, że takie istnieją). A Tomasz Fularski nie tylko zapanował nad nimi, ale je zwielokrotnił.
W niektórych pracach czytelna jest pewna naiwność, ale może to być zarówno kategoria pozytywna, jak i negatywna, wtedy jeśli ktoś nie panuje nad nią i wymyka się ona spod kontroli. Artysta nie tylko pokazuje romantyzm przyrody, ale jej mistycyzm, gdyż skryta jest atmosfera nieracjonalości, czy panreligijnego nieokreślonego rytułau. Ale uwaga jesteśmy już blisko kiczu, którym można się bawić, ale nie można mu ulec.
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
czwartek, kwiecień 23, 2009
0
komentarze
Linki do tego posta
poniedziałek, 20 kwietnia 2009
Dlaczego mało ludzi odwiedza MS2 w Łodzi?
Ze zdziwieniem otworzyłem maila wysłanego do mnie dziś o godzinie 18.17 z Muzeum Sztuki - o spotkaniu i dyskusji w muzeum, dziś o godz. 18 (!)... Jak można przyjść na dyskusję w czasie jej trwania, chyba że jest się właśnie na terenie Manufaktury. Spotkania są organizowane ciągiem dzień po dniu i tak jest w tym tygodniu, stąd pustki wśród widzów. Oczywiście nie wiem, jak będzie dzisiejszego wieczoru. Raczę, że niewiele osób przyjedzie na panel dyskusyjny w sobotę, bo nie ma takiej tradycji, a o nową trudno.
Niewielkim echem odbija się w prasie druga wystawa w nowym MS2, która zrobiona jest pod publiczność i miała udowadniać niesprawdzalną tezę, że "każdy jest artystą". Teza Josepha Beuysa używana była przez niego wyłącznie w systemie edukacji, jaką prowadził ze studentami, nie zaś wystawiennictwa. Szkoda miejsca, czasu i tradycji, jaką ma czy miało Muzeum Sztuki. W sierpniu br minie trzy lata od powołania nowej dyrekcji Muzeum Sztuki. Dlaczego nie zorganizowano praktycznie żadnych poważnych wystaw muzealnych, dlaczego nie pokazuje się bogatych zbiorów grafiki, fotografii. Jedynym jasnym punktem są tylko czasami spotkania i dyskusje oraz dwie kawiarnie, ale to zdecydowanie za mało.
Ciekawe, jakie pisma artystyczne i czasopisma podsumują dotychczasowe wystawy i publikacje? Sądzę, że żadne, bo "Obieg" jest układowy czy systemowy. Może "Arteon", a najszybciej uczyni to "Spam".
Niewielkim echem odbija się w prasie druga wystawa w nowym MS2, która zrobiona jest pod publiczność i miała udowadniać niesprawdzalną tezę, że "każdy jest artystą". Teza Josepha Beuysa używana była przez niego wyłącznie w systemie edukacji, jaką prowadził ze studentami, nie zaś wystawiennictwa. Szkoda miejsca, czasu i tradycji, jaką ma czy miało Muzeum Sztuki. W sierpniu br minie trzy lata od powołania nowej dyrekcji Muzeum Sztuki. Dlaczego nie zorganizowano praktycznie żadnych poważnych wystaw muzealnych, dlaczego nie pokazuje się bogatych zbiorów grafiki, fotografii. Jedynym jasnym punktem są tylko czasami spotkania i dyskusje oraz dwie kawiarnie, ale to zdecydowanie za mało.
Ciekawe, jakie pisma artystyczne i czasopisma podsumują dotychczasowe wystawy i publikacje? Sądzę, że żadne, bo "Obieg" jest układowy czy systemowy. Może "Arteon", a najszybciej uczyni to "Spam".
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
poniedziałek, kwiecień 20, 2009
0
komentarze
Linki do tego posta
piątek, 17 kwietnia 2009
6 Biennale Fotografii w Poznaniu. Fotografia, ideologia, polityka



+2008+kopia.jpg)
08.05 w Poznaniu otworzone będzie kolejne Biennale Fotografii. Kiedyś ok. 2000 była to jedyna(?) i najważniejszą impreza poświęcona najnowszej fotografii. Ale bardzo szybko pojawiły się "młode wilki", ujawnione na festiwalach w Łodzi i Krakowie. Impreza w Poznaniu stała się zbyt poznańska i zbytnio skoncentrowana na fotografii studenckiej, z której szybko wykruszają się zdolni i mniej zdolni. Wystarczy sięgnąć do katalogu sprzed kilku lat.
Czy w tym roku roku Poznań sprosta konkurencji? Zobaczymy, zależny to od poziomu wystaw głównych - Izabelli Kowalczyk, Macieja Szymanowicza i mojej. Zestaw nazwisk i prac w ekspozycji Kowalczyk wydaje się zbyt "klasyczny" i znany. Nieoczekiwanie pojawił się jeszcze nowy festiwal - w Warszawie, koncentrujący swe eksploracje na fotografii czeskiej, podobnie jak festiwal w Krakowie. Powstaje ciekawe porównanie i konfrontacja.
Na mojej ekspozycji (Stary Browar, Słodownia +2)zaprezentuję ponad 200 prac 24 artystów. Wymieniam ich w kolejności, w jakiej będą pokazani w Pozaniu: Anna Baumgart, Wolf Kahlen (Niemcy),Dominik Pabis, Ewa Świdzińska, Adam Rzepecki, Magda Samborska, Ken Matsubara (Japonia), Magdalena Hueckel, Jerzy Wierzbicki, Katarzyna Majak/Marcin Sudziński, Lilla Szász (Węgry), Michał Brzeziński, Natalia LL, Andrzej Dudek-Dürer, Waldemar Jama, Jaroslav Malik (Czechy), Sławomir Marzec, Tadeusz Żaczek, Joachim Froese (Australia), Grzegorz Zygier, Janusz Leśniak, Stanisław Woś, Marek Zygmunt.
Co wyniknie z mego pokazu? Jaką świadomość w zakresie ideologii i polityki pokażą kuratorzy biennale? Jest to jeden z najważniejszych problemów i fotografii, i "sztuki krytycznej" i tzw. postsztuki. Fotografia dysponuje w tym zakresie swą tradycją oraz historią, wobec której należy być także krytycznym a nawet wstrzemęźliwym. O czym piszę? Nie ujawnię, zachęcam do przeczytania swego tekstu na temat z katalogu tej ekspozycji pt. "Czy wikłać się w ideologiczność fotografii?"
P.s. zdjęcia w tym tekście są w następującej kolejności: K.Majak i M.Sudziński, M.Samborska, L.Szász i J.Malik. Zobaczymy m.in. sakralizująca świat i umarłych dawno ludzi "archeologię fotografii" w wydaniu czeskim (Malik), problem komunikacji czy przyjaźni z prostytutką (Szász), polski feminizm w aspekcie domowym i prowincjonalnym (Samborska) oraz dalszą historię sukni ślubnej znanej z projektu "Desire" (Majak).
P.s. O tym, że drugim autorem pracy pod znaną "Tryptyk wdt" jest Marcin Sudziński dowiedziałem się późno, bo podczas wieszania tej pracy na Biennale Fotografii. No comments.
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
piątek, kwiecień 17, 2009
0
komentarze
Linki do tego posta
środa, 8 kwietnia 2009
Krzysztof Jurecki "Oblicza fotografii" (wyd. Kropka, Września 2009)
.jpg)
Trwają ostatnie przygotowania do druku mojej książki o historycznym przesłaniu. Akcenty interpretacyjne postawiłem na dwóch problemach - okresie międzywojennym oraz latach 50. w fotografii europejskiej i polskiej. Publikacja powinna ukazać się w maju 2009 roku. Na okładce znajdzie się zdjęcie Andrzeja J. Lecha "Stary Gierałtów" (1985). Poniżej spis treści, stron jest 275 oraz wiele ilustracji, w tym także ze zbiorów Muzeum Sztuki w Łodzi.
Spis treści
Wstęp 5
Krótka historia fotografii 7
Współczesne funkcje fotografii 14
Fotografia i totalitaryzm. Uwagi ogólne 23
Racjonalność w fotografii. Obszar, granice. Analiza historyczna 41
Unikatowy dokument Louise Arner Boyd 52
Oblicza wsi poleskiej w twórczości Józefa Szymańczyka (1909-2003) 55
Autoportrety. O istocie wizerunku w historii fotografii 61
Fotografia polska 1912-48. Na marginesie wystawy
w Rezydencji Księży Młyn 73
Fotografia i awangarda w Polsce do 1996 roku 81
Twórczość Hansa Bellmera na tle fotografii surrealistycznej
w okresie międzywojennym 111
Apokaliptyczna wizja miasta w twórczości fotomontażowej
Janusza Marii Brzeskiego i Kazimierza Podsadeckiego? 120
Heliografika Karola Hillera 132
Weegee. Czy są granice moralności w fotografii? 137
Czy istniała polska fotografia subiektywna? 140
Antyfotografia i ciąg dalszy. Beksiński, Lewczyński, Schlabs 157
Twórczość fotograficzna Zdzisława Beksińskiego w latach 1953-60.
Od awangardy do postmodernizmu 162
„Aura fotografii” Jerzego Lewczyńskiego 168
Niekwestionowana wielkość Zofii Rydet (1911-97) 178
Dwa etapy rozwoju portretu w twórczości Krzysztofa Gierałtowskiego 191
Początki konceptualizmu w fotografii polskiej.
Wiesław Hudon — Artysta w podróży 199
Fotografia polska lat 80. 209
Wyzwolone fotografie Andrzeja Jerzego Lecha 225
O inscenizowanej fotografii Grzegorza Przyborka 237
Wobec rzeczywistości, wobec fotografii — twórczość Evy Rubinstein 252
Utrwalić czas. Wyjść poza ograniczenia fotografii 256
Indeks nazwisk 266
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
środa, kwiecień 08, 2009
1 komentarze
Linki do tego posta
środa, 1 kwietnia 2009
Dwie wystawy w ŁTF-ie (marzec 2009)


Wystawiały dwie studentki WSSiP w Łodzi. Ku mojemu zaskoczeniu była to bardzo dobra wystawa, jeśli ocenimy ją w kategoriach studenckich. Obie działają na styku fotografii reklamowej i kreacyjnej/artystycznej, gdyż taka jest specyfika naszej szkoły. Wydaje mi się, że rzadko na tym polu udaje się twórczo połączyć obie koncepcje, ale są takie przykłady. Raczej mamy oddzielnie fotografii reklamowej od artystycznej (Man Ray, Erwin Olaf) lub tworzenie reklamowej tak, aby uznana został za sztukę (Cecil Beaton, Helmut Newton).
W pierwszej sali prace pokazała Marta Wiktoria Słyż pod tytułem "A dziś co czujesz jak na mnie patrzysz?". Autorka w fotografii trochę francuskiej poszukuje nastroju i kontaktu z portretowanymi parami. Bardzo dobrze panuje nad stroną techniczną. Sprawnie operuje przynajmniej dwoma konwencjami. Pierwsza to zdjęcie skontrastowane z tłem i silnym światłocieniem, zgrafitowane. Druga, dla mnie ciekawsza, to lekko poruszone bardziej intymne portrety, o charakterze piktriolnaym niż dokumentalnym.
W drugiej, mniejszej salce obsesyjne prace pokazała Aleksandra Korszuń. Tytuł pokazu "Dystans intymny". Tym razem znowu można było zobaczyć kilka konwencji, z których najbardziej przemawiała do mnie ta, w formie barwnych prac, gdzie ciało sprowadzone zostało do zagadkowego obiektu, który toczy jakoś walkę - z życiem, z samym sobą? Mieliśmy także obejrzeć animację zdjęć, utwór pośredni medialnie, pomiędzy wideo a klasyczną fotografią, także bardzo intrygujący.
Co jest ważne, kiedy młodzi fotografowie zaczynają pokazywać swoje prace? Skoncentrowanie się nad jednym lub kilkoma problemami, a potem wnikanie w nie, jak najdłużej i jak najbardziej w sensie znalezienia nowej i własnej formuły. Potem przekazanie w niej własnej wizji życia i bycia ("Sein"). Tego życzę także autorkom tej udanej ekspozycji.
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
środa, kwiecień 01, 2009
0
komentarze
Linki do tego posta
niedziela, 29 marca 2009
Trochę statystyki, czyli o moim blogu
.jpg)
Dziś jest święto i to podwójne - niedziela, teoretycznie dzień wypoczynku i refleksji o życiu oraz zanotowałem 1000 wejście na mój blog, któremu licznik założyłem w środę ok. południa w dniu 25.02.2009. W lutym zanotowałem 170 wejść, zaś do dziś, czyli 29.03.2009 830(!), co daje ładną sumę 1000. To cieszy!
Największą popularnością blog cieszył się dnia 13.03, kiedy opublikowałem wpis o wystawie "Zwiadowca". W ciągu dnia było 100 wejść, co mnie zaskoczyło. Kto czyta moje recenzje, informacje? Najwięcej wejść jest Łodzi, potem na liście znajduje się: Kraków, Warszawa, Poznań i Trójmiasto, dalej Lublin i Szczecin. Czasami są egzotyczni czytelnicy z Koła (1), Kielc (1), których "biją na głowę" miłośnicy fotografii z Francji (11), Australii (6) czy Meksyku i Ameryki Pł. (6). 62 wejścia na blog system zidentyfikował jako "nieokreślone".
Jako materiału wizualnego użyłem tym razem zaproszenia na wystawę w Korei na wielkim festiwalu fotografii młodej artystki - Ji-Hyun Kwon, o której pisałem w ostatnim "Kwartalniku Fotografia" (2009 nr 28), w tekście pt. "18. rok Mesiaca Fotografie w Bratysławie". Bardzo lubię zdjęcia Ji-Hyon, studiującej w niemieckim Bielefeld. Na zaproszeniu widnieje subtelna praca z serii "The Family", odnosząca się do Jej... oczywiście poetyckiego odczytania rodziny. Na pierwszy rzut okna przypomina o równie ciekawych zdjęciach Jadwigi Sawickiej.
Ale jest niedziela, więc jeszcze wypoczywajmy.
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
niedziela, marzec 29, 2009
1 komentarze
Linki do tego posta
czwartek, 26 marca 2009
O Łodzi Kaliskiej to będzie (1979-2009)

Na stronach www.lodzkaliska.pl pojawiła się praca magisterska pani Marty Pierzchały z UŁ. Napisana u prof. R.W.Kluszczyńskiego, a obroniona w 2009 o grupie Łódź Kaliska http://www.lodzkaliska.pl/kaliska/texty/pierzchala.pdf). To kolejna próba oceniania dokonań z zakresu antysztuki Łodzi Kaliskiej, która przeszła kilka zasadniczych metamorfoz - fotomedializm, Kultura Zrzuty (neosocsurdada) i New Pop.
Niewiele nowego dowiedziałem się z tej pracy. Niepotrzebnie długi wstęp o łódzkiej awangardzie niczego nie wnosi, a przecież Adam Rzepecki i Andrzej Świetlik działają także w innych miastach i innych kontekstach. Większe znacznie miała dla nich. np. tradycja grupy Zero 61, niż łódzki konstruktywizm, z którego Marek Janiak dosłownie kpił, a chodziło mu o jego recepcję w wydaniu Ryszarda Waśko. Także nie zgadzam się wyrażoną w pracy oceną nazwy św. Krzysztofa - galerii z lat 80., że były to działania marginalne w ramach ówczesnego układu sztuki niezależnej, gdyż prezentowano tam bardzo duże i ważne wystawy, m.in. Zofii Rydet czy Evy Rubinstein.
Główną wadą prac jest jednak brak oparcia na właściwych, tj. szerokich źródłach krytyczno-historycznych. Autorka nie wie i nie zna zarówno moich książek, w tym takich, jak "Fotografia polska lat 80." (Łódź 1989), podobnie jak kilku katalogów z Muzeum Sztuki (np. "Wokół dekady. Fotografia polska lat 90., 2002), jak i moich najnowszych i starych tekstów o łódzkiej grupie. Przeczytałem bibliografię, gdzie wymieniono moje 2 (słownie dwie) pozycje.
Na mojej stronie www jest ich kilkanaście, a szerszym kontekście kilkadziesiąt. Nie mówiąc o fakcie, że tekst mój bez tytułu z albumu "Bóg zazdrości nam pomyłek" został skrócony i ocenzurowany przez Andrzeja Kwietniewskiego, za co mu dziękuję, gdyż wydrukowałem go powtórnie bez ingerencji na łamach "Exitu" w 1999 i 2000 pod nazwą "Łodzi Kaliskiej twórczość opowiedziana przez fotografie..." w trzech odcinkach. Ale tego nie zna pani Pierzchała, a szkoda. Opublikowałem także kilka wywiadów z członkami grupy oraz Kultury Zrzuty, w tym krytycznie oceniający działalność Kaliszaków przez Andrzeja Kwietniewskiego ("Poszukiwanie sensu fotografii..., Łódź 2008), ale autorka pracy tego także nie wie. Polecam także tekst z "Kalejdoskopu" z 1989 pt. "Chodnym okiem?", gdzie opisywałem performance Marka Janiaka, który w pracy pani Pierzchały datowany na początek lat 90...
W przeciwieństwie do autorki oraz takich krytyków, jak Kazimierz Piotrowski, Łukasz Guzek, Jolanta Ciesielska, od ok. 2005 twierdzę i piszę (czasami), że najnowszy okres w twórczości Łodzi Kaliskiej - New Pop jest słaby, w wymowie karykaturalny, zbliżający się do skomercjalizowanej postawy Salvadora Dali, a nie np. Luisa Bunuela. Przestrzegałem ich kilkakrotnie, aby nie podążali śladami tego pierwszego, ale nie rozumieli mej przestrogi. Stąd ich wystawa w CSW w 2009 r., która wydaje mi się nieudana, w sensie koncepcji a nawet formy. Zdecydowanie zgadzam się z jej negatywną oceną w wydaniu Doroty Jareckiej na łamach "GW" oraz feministki Agnieszki Graff w filmie prezentowanym niedawno na TV Kultura.
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
czwartek, marzec 26, 2009
0
komentarze
Linki do tego posta
wtorek, 24 marca 2009
Teksty Józefa Robakowskiego o...? ("Kalejdoskop", [Łódź]1995, nr 10, ss. 40-41
W ostatnich tygodniach [1995 roku] ukazała się książka Józefa Robakowskiego – ważnego łódzkiego animatora i artysty pt. Teksty interwencyjne 1970-1995 (wyd. BWA w Słupsku). Wstęp do niej drukował tygodnik „Verte” wraz z polemiką Krzysztofa Cichonia (17.VIII.1995 r.).
Obszerny zbiór zawiera nie tylko tzw. „teksty interwencyjne”, ale także druki ulotne, eseje o charakterze historycznym (ważny jest np. artykuł "Proces kształtowania się polskiej neoawangardy. FOTOGRAFIA-FILM 1947-1969)" i publikacje innych autorów, zamieszczane bez zgody zainteresowanych (np. Andrzeja Osęki), co świadczyć może o charakterze i stylu postępowania interweniującego artysty.
O czym traktują teksty Robakowskiego? Odpowiedź jest prozaiczna: o nim samym i jego najbliższym otoczeniu, które od lat współtworzy. Czasem grozi swym przeciwnikom i walczy z nimi w imię partykularnego interesu, nie przebierając w środkach. W jego artykułach, nie tylko „interwencyjnych” zazwyczaj nie widać problemów filozoficznych lub wykładni własnej doktryny artystycznej, poza kuriozalnymi wyznaniami np. na temat definicji sztuki, jak na str. 156: „Moim zdaniem twórczość jest synonimem niepodległości człowieka.”
Celem ataku może być każdy, kto nie pasuje do linii nazywanej „neoawangardową”, „niezależną”, „progresywną”, etc., którą Robakowski wytycza według własnego punktu wiedzenia. Dlatego on sam, jako organizator Lochów Manhattanu, mogł do wystawy zaprosić „nowych dzikich” (np. z warszawskiej „Gruppy”), a jako artysta interwencyjny miesza z błotem cały te ruch malarski (str. 11) oraz promujących go krytyków. Dlaczego Jolanta Ciesielska była w porządku jako krytyk, kiedy pisała pochlebne teksty o „mistrz”, ale ostatnio okazało się, że z „ciepłego stołeczka rozdawała bezkrytyczne opinie” na temat ekspresyjnego malarstwa (str. 165). Czy o samym Robakowskim również? Podobnie jest z łódzkim Muzeum Artystów, do którego początkowo odnosił się niechętnie (str. 98, tekst z 1989 roku). Obecnie, po kilku latach, jest już ono ważną niezależną instytucją (str. 3). Ale uważany obserwator wie dlaczego – ponieważ odbyły się tu m.in. indywidualna wystawa Robakowskiego i organizowany przez niego kolejny pokaz Łódzki ruch neoawangardowy (1992). Czyli dobre są przede wszystkim te instytucje, galerie, wystawy, które są animowane przez Robakowskiego lub jego sojuszników. Jest to jedyny klucz, według którego porusza się nestor łódzkiej neoawangardy, sam chętnie nazywający się „psudoawangardzistą”. Natomiast w momencie, kiedy ja posłużyłem się tym nieprzypadkowym określeniem, spotkałem się z atakiem „mistrza”.
Kuriozalne są wyznania na temat pieniędzy otrzymywanych z Urzędu Wojewódzkiego i Urzędu Miasta za działalność artystyczną i organizacyjną (str. 175). Zapewne zapomniał, że jako prawdziwy niezależny artysta nie powinien ich przyjąć, podobnie jak stypendiów, które pobierał w latach 80. z państwowej kasy. Innym bez żenady zarzuca „ciepłe posadki” (sic!). Takich niekonsekwencji, nieścisłości służących manipulowaniu, jakby to był jego podstawowy cel, jest dużo więcej.
Fenomen Robakowskiego jest istotny, ponieważ naprawdę udało mu się, jak na razie, niejedno wmówić, tak, że odgrywa on bardzo ważną rolę kreując się jako animator wielu, również ogólnopolskich zjawisk. Zauważył ten niebagatelny fakt Andrzej Kwietniewski, który podkreślił, że nikt nie jest go w stanie z tego miejsca ruszyć, ponieważ on sam (i służący mu krytycy) wykreował swój mit i stworzył legendę.
Robakowski traci jednak poczucie rzeczywistości artystycznej, ponieważ do istotnych miejsc Łodzi zalicza, we wstępie do swej książki, nowe knajpki (np. Fabrykę); ba nawet dyskotekę Alkatraz; oraz chwali całkowicie nieudane wystawy, jak II Marcowe Gody, gdzie twórczość w ogóle nie była istotna, ginąc w pokazach mody i ogólnym nihilizmie. Pozostaną one w pamięci jako impreza z wielkim zadęciem i ogromną ilością kradzieży (słabiutkich zresztą!) prac.
Współczuję „progresywnym” i „niezależnym”, którzy idą pod sztandarem „mistrza”, gdyż nie wie on już, dokąd ich prowadzi. Miesza pojęcia, style, kierunki (powołuje się na ekspresjonizm Jung Idysz i sprzeczną z nim tradycję Strzemińskiego, w imię wyimaginowanego własnego celu, polegającego na przewodzeniu w łódzkiej sztuce. Do tradycji neoawangardowej włącza np. Wspólnotę Leeeżeć, co jest niezrozumieniem praw dialektyki artystycznej, a nawet sprzecznością w jego poglądach, ponieważ jest to formacja z innego postmodernistycznego obszaru kulturowego.
Teksty pisane są ad hoc, bez głębszego zastanowienia, głównie po to, aby kogoś skrytykować lub zaatakować, stąd zawarte są w nich często sprzeczne poglądy. Dla przykładu w artykule z 1974 r. „umiera duch artystycznej Łodzi” (s. 175), a już w innym artykule z 1995 r. „...łódzki ruch sztuki progresywnej […] ma się dobrze” i „ostatnio w MIEŚCIE coś się ruszyło” (s. 3). „Bardzo się ruszało” również w wywiadzie z 1989 r.
Do progresywności („nowej wrażliwości”) Robakowski zaliczył również modę ze Szkoły Plastycznej. Po przeczytaniu takiej konkluzji zemdlałby z wrażenia nie tylko Przyboś i Strzemiński, ale także wielu innych artystów przywołanych we wstępie do książki.
Mam nadzieję, ze w kolejnej antologii, która z pewnością niedługo powstanie J. Robakowski nie zapomni o mym artykule, który powstał jako reakcja na niektóre fragmenty jego książki, jak np. Na bezrybiu i rak ryba (ss. 135-138). Niezależny artysta, za jakiego uważa się Robakowski , oczywiście zapomniał zaznaczyć w swej publikacji, że po jego bezpardonowym ataku (który sam, o ironio, określa mianem „tekstu interwencyjnego”), odpowiedziałem mu w tym samym numerze „Obiegu” (1990, nr 10) artykułem "Bezczelny komfort bycia".
Robakowski lubi walczyć, sam znajduje sobie przeciwników, zatracając inne, potencjalne ważniejsze, zagadnienia dla swej twórczości, która programowo wyzbyta jest wartości duchowych, koncentrując się na stronie medialnej i grze z widzem, opartej na manipulacji i cynizmie. Dlatego jego wielkość i czasami genialna wprost intuicja artystyczna zbyt często sąsiadują z małostkowością ocen, prostactwem wywodu i goryczą, które świadczą o znikomości i ograniczoności świata, który Robakowski od lat – na ile może – kreuje i w którym żyje.
Recenzja książki J. Robakowskiego Teksty interwencyjne 1970-1995, BWA Słupsk, 1995
Obszerny zbiór zawiera nie tylko tzw. „teksty interwencyjne”, ale także druki ulotne, eseje o charakterze historycznym (ważny jest np. artykuł "Proces kształtowania się polskiej neoawangardy. FOTOGRAFIA-FILM 1947-1969)" i publikacje innych autorów, zamieszczane bez zgody zainteresowanych (np. Andrzeja Osęki), co świadczyć może o charakterze i stylu postępowania interweniującego artysty.
O czym traktują teksty Robakowskiego? Odpowiedź jest prozaiczna: o nim samym i jego najbliższym otoczeniu, które od lat współtworzy. Czasem grozi swym przeciwnikom i walczy z nimi w imię partykularnego interesu, nie przebierając w środkach. W jego artykułach, nie tylko „interwencyjnych” zazwyczaj nie widać problemów filozoficznych lub wykładni własnej doktryny artystycznej, poza kuriozalnymi wyznaniami np. na temat definicji sztuki, jak na str. 156: „Moim zdaniem twórczość jest synonimem niepodległości człowieka.”
Celem ataku może być każdy, kto nie pasuje do linii nazywanej „neoawangardową”, „niezależną”, „progresywną”, etc., którą Robakowski wytycza według własnego punktu wiedzenia. Dlatego on sam, jako organizator Lochów Manhattanu, mogł do wystawy zaprosić „nowych dzikich” (np. z warszawskiej „Gruppy”), a jako artysta interwencyjny miesza z błotem cały te ruch malarski (str. 11) oraz promujących go krytyków. Dlaczego Jolanta Ciesielska była w porządku jako krytyk, kiedy pisała pochlebne teksty o „mistrz”, ale ostatnio okazało się, że z „ciepłego stołeczka rozdawała bezkrytyczne opinie” na temat ekspresyjnego malarstwa (str. 165). Czy o samym Robakowskim również? Podobnie jest z łódzkim Muzeum Artystów, do którego początkowo odnosił się niechętnie (str. 98, tekst z 1989 roku). Obecnie, po kilku latach, jest już ono ważną niezależną instytucją (str. 3). Ale uważany obserwator wie dlaczego – ponieważ odbyły się tu m.in. indywidualna wystawa Robakowskiego i organizowany przez niego kolejny pokaz Łódzki ruch neoawangardowy (1992). Czyli dobre są przede wszystkim te instytucje, galerie, wystawy, które są animowane przez Robakowskiego lub jego sojuszników. Jest to jedyny klucz, według którego porusza się nestor łódzkiej neoawangardy, sam chętnie nazywający się „psudoawangardzistą”. Natomiast w momencie, kiedy ja posłużyłem się tym nieprzypadkowym określeniem, spotkałem się z atakiem „mistrza”.
Kuriozalne są wyznania na temat pieniędzy otrzymywanych z Urzędu Wojewódzkiego i Urzędu Miasta za działalność artystyczną i organizacyjną (str. 175). Zapewne zapomniał, że jako prawdziwy niezależny artysta nie powinien ich przyjąć, podobnie jak stypendiów, które pobierał w latach 80. z państwowej kasy. Innym bez żenady zarzuca „ciepłe posadki” (sic!). Takich niekonsekwencji, nieścisłości służących manipulowaniu, jakby to był jego podstawowy cel, jest dużo więcej.
Fenomen Robakowskiego jest istotny, ponieważ naprawdę udało mu się, jak na razie, niejedno wmówić, tak, że odgrywa on bardzo ważną rolę kreując się jako animator wielu, również ogólnopolskich zjawisk. Zauważył ten niebagatelny fakt Andrzej Kwietniewski, który podkreślił, że nikt nie jest go w stanie z tego miejsca ruszyć, ponieważ on sam (i służący mu krytycy) wykreował swój mit i stworzył legendę.
Robakowski traci jednak poczucie rzeczywistości artystycznej, ponieważ do istotnych miejsc Łodzi zalicza, we wstępie do swej książki, nowe knajpki (np. Fabrykę); ba nawet dyskotekę Alkatraz; oraz chwali całkowicie nieudane wystawy, jak II Marcowe Gody, gdzie twórczość w ogóle nie była istotna, ginąc w pokazach mody i ogólnym nihilizmie. Pozostaną one w pamięci jako impreza z wielkim zadęciem i ogromną ilością kradzieży (słabiutkich zresztą!) prac.
Współczuję „progresywnym” i „niezależnym”, którzy idą pod sztandarem „mistrza”, gdyż nie wie on już, dokąd ich prowadzi. Miesza pojęcia, style, kierunki (powołuje się na ekspresjonizm Jung Idysz i sprzeczną z nim tradycję Strzemińskiego, w imię wyimaginowanego własnego celu, polegającego na przewodzeniu w łódzkiej sztuce. Do tradycji neoawangardowej włącza np. Wspólnotę Leeeżeć, co jest niezrozumieniem praw dialektyki artystycznej, a nawet sprzecznością w jego poglądach, ponieważ jest to formacja z innego postmodernistycznego obszaru kulturowego.
Teksty pisane są ad hoc, bez głębszego zastanowienia, głównie po to, aby kogoś skrytykować lub zaatakować, stąd zawarte są w nich często sprzeczne poglądy. Dla przykładu w artykule z 1974 r. „umiera duch artystycznej Łodzi” (s. 175), a już w innym artykule z 1995 r. „...łódzki ruch sztuki progresywnej […] ma się dobrze” i „ostatnio w MIEŚCIE coś się ruszyło” (s. 3). „Bardzo się ruszało” również w wywiadzie z 1989 r.
Do progresywności („nowej wrażliwości”) Robakowski zaliczył również modę ze Szkoły Plastycznej. Po przeczytaniu takiej konkluzji zemdlałby z wrażenia nie tylko Przyboś i Strzemiński, ale także wielu innych artystów przywołanych we wstępie do książki.
Mam nadzieję, ze w kolejnej antologii, która z pewnością niedługo powstanie J. Robakowski nie zapomni o mym artykule, który powstał jako reakcja na niektóre fragmenty jego książki, jak np. Na bezrybiu i rak ryba (ss. 135-138). Niezależny artysta, za jakiego uważa się Robakowski , oczywiście zapomniał zaznaczyć w swej publikacji, że po jego bezpardonowym ataku (który sam, o ironio, określa mianem „tekstu interwencyjnego”), odpowiedziałem mu w tym samym numerze „Obiegu” (1990, nr 10) artykułem "Bezczelny komfort bycia".
Robakowski lubi walczyć, sam znajduje sobie przeciwników, zatracając inne, potencjalne ważniejsze, zagadnienia dla swej twórczości, która programowo wyzbyta jest wartości duchowych, koncentrując się na stronie medialnej i grze z widzem, opartej na manipulacji i cynizmie. Dlatego jego wielkość i czasami genialna wprost intuicja artystyczna zbyt często sąsiadują z małostkowością ocen, prostactwem wywodu i goryczą, które świadczą o znikomości i ograniczoności świata, który Robakowski od lat – na ile może – kreuje i w którym żyje.
Recenzja książki J. Robakowskiego Teksty interwencyjne 1970-1995, BWA Słupsk, 1995
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
wtorek, marzec 24, 2009
0
komentarze
Linki do tego posta
czwartek, 19 marca 2009
Czy w fotografii XX i początku XXI wieku jest styl?
Każdy odpowie, że styl w fotografii jest obowiązkowy, gdyż świadczy o osobowości i postawie twórczej. Ale nie jest to takie proste, jakby się zdawało. Punktem refleksji do tego problemu jest niedawno zakończona w Łodzi, w Atlasie Sztuki, wystawa Wojciecha Wilczyka "Niewinne oko nie istnieje".
Ekspozycja podejmuje bardzo ważny problem sakralnego dziedzictwa żydowskiego, które zostało opuszczone, zamienione czy zdegradowane. Co zrobić z dawnymi synagogami i domami modlitw, których jest kilkaset? Ale w swej recenzji w "Obiegu" skoncentrowałem się nad innym fotograficznym aspekcie pokazu - na stylu czy raczej jego braku w ekspozycji Wojtka Wilczyka. Bardzo podobały się prace w pierwszej sali galerii w Łodzi. Natomiast w monumentalnym pokazie zdjęć w postaci slide-show, uświadomiłaem sobie, ze autor nie trzymał się żadnej znanej mi konwencji i nie próbował poszukać nowej.
Powstaje pytanie, czy można ten problem lepiej, wiarygodniej sfotografować? Według mnie tak, według mojego polemisty - czołowego krytyka i kuratora młodego pokolenia - Adama Mazura, wszystko jest w porządku, gdyż o sztuce i fotografii XX i XXI nie zaświadcza już styl czy jakaś stylistyka. Nie ma już stylu! O tym złożonym i ciekawym problemie teoretycznym oraz wystawie Wojciecha Wilczyka - czołowego przedstwiciela "nowego dokumentu" można przeczytać pod linkiem http://www.obieg.pl/recenzje/8293
Ekspozycja podejmuje bardzo ważny problem sakralnego dziedzictwa żydowskiego, które zostało opuszczone, zamienione czy zdegradowane. Co zrobić z dawnymi synagogami i domami modlitw, których jest kilkaset? Ale w swej recenzji w "Obiegu" skoncentrowałem się nad innym fotograficznym aspekcie pokazu - na stylu czy raczej jego braku w ekspozycji Wojtka Wilczyka. Bardzo podobały się prace w pierwszej sali galerii w Łodzi. Natomiast w monumentalnym pokazie zdjęć w postaci slide-show, uświadomiłaem sobie, ze autor nie trzymał się żadnej znanej mi konwencji i nie próbował poszukać nowej.
Powstaje pytanie, czy można ten problem lepiej, wiarygodniej sfotografować? Według mnie tak, według mojego polemisty - czołowego krytyka i kuratora młodego pokolenia - Adama Mazura, wszystko jest w porządku, gdyż o sztuce i fotografii XX i XXI nie zaświadcza już styl czy jakaś stylistyka. Nie ma już stylu! O tym złożonym i ciekawym problemie teoretycznym oraz wystawie Wojciecha Wilczyka - czołowego przedstwiciela "nowego dokumentu" można przeczytać pod linkiem http://www.obieg.pl/recenzje/8293
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
czwartek, marzec 19, 2009
0
komentarze
Linki do tego posta
wtorek, 17 marca 2009
"28 DNI" (kurator Agnieszka Kulazińska, CSW Łaźnia Gdańsk)


Byłem ciekawy wystawy poświęconej problemowi "28 dni" (cyklowi menstruacyjnemu), gdyż łatwo w tej tematyce popaść w banał i przejaskrawienie koncepcji, która jest ważna dla feministek, a może stać się trywialna dla przeciętnego odbiorcy.
Pisałem kiedyś o tym problemie w tekście o fotografii polskiej lat 90. ujmując ten aspekt jako "feminizm naiwny", przy okazji wymieniając związane z tym artystki i krytyczki sztuki. Od lat 90. poszukuję feminizmu prawdziwego. Czy taki istnieje? Według mnie tak, np. w twórczości Natalii LL od lat 80., a obecnie u Ewy Świdzińskiej, Anny Baumgart czy Magdy Samborskiej, która pokazała co prawda tylko jedną pracę na pokazie w Łaźni, ale jak wiele mówiącą o ciele-pancerzu, jaki może ono tworzyć. Powstaje pytanie dla kogo jest on stworzony i przed kim broni? Bardzo ciekawy efekt zaistniał dzięki plastrom antykoncepcyjnym, gdyż w przewrotny sposób zaistniałaa tu tradycja abstrakcji geometrycznej, która jest teraz martwa.
Wystawa Agnieszki Kulazińskiej jest udaną ekspozycją, na której możemy zobaczyć w niewielkiej przestrzeni kilkanascie ciekawych realizacji.
Zwrócił moją uwagę autobiograficzny film "Dzień w pigułce" Anki Leśniak (uwaga - pierwsza fotografia w tym wpisie, druga to oczywiście praca M. Samborskiej), która używa różnych narracji, ale wnikliwie wnika w opis przywoływanej sytuacji, np. martwoty wernisażu w Muzeum Sztuki. W jej twórczości, podobnie jak u innych feministek, mamy jednak problem z malarstwem, które nie podaje się feministycznej retoryce i najczęściej wygląda sztucznie.
U Ewy Potockiej w realizacji "28 dni – ja, moja macica i kuchenka gazowa" przy trywializacji tekstu towarzyszącemu pokazowi i śmiesznego komentarza, płynącego ze słuchawek (o antykościelnym wydźwięku), podobała mi się symulacyjna forma montaży fotograficznych, która w nietypowy sposób opisywała banalność codziennego życia w obliczu kuchenki gazowej.
Ale feminizm dobrze realizuje się także w pracach zespołowych, czy zainscenizowanych jako zespołowe przez kuratorkę pokazu, co widać było po pracach Jowity Żychniewicz, Iwony Demko i Anny Tomaszuk. Ze zdziwieniem przeczytałem w tekście Agnieszki Kulazińskiej, że dwie artystki odmówiły udziału w wystawie, traktując wystawę jako "antyfeministyczną"! Świadczy to, że w tym środowisku artystycznym panuje pomieszanie pojęć, gdyż trudno o bardziej feministyczny i dodatkowo na wysokim poziomie pokaz.
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
wtorek, marzec 17, 2009
0
komentarze
Linki do tego posta
środa, 11 marca 2009
"Zwiadowca" kurator Marek Rogulski (CSW Łaźnia, Gdańsk, luty-kwiecień 2009)



Ekspozycja Marka Rogulskiego „Zwiadowca – projekt Poza Postmodernizm. Re: Re: rekonstrukcja”, pokazuje znanych, jak: Andrzej Dudek Dürer, Agata Michowska, Leszek Golec i Tatiana Czekalska, Marek Rogulski, Andrzej Miastkowski i Wspólnota Leeeżeć oraz mniej uznanych, jak rewelacja ekspozycji w Gdańsku Carmen Feliu, czy czołowi przedstawiciele młodego wideo Michał Brzeziński i Marek Zygmunt. Ten ostatni pokazał instalację interaktywną w formie labiryntu, rzadki w Polsce jeszcze rodzaj twórczości.
Wystawa, co rzadko się zdarza weszła w kontakt, a nie tylko relacje z architekturą starej łaźni. Najlepiej udało się to fotografii Carmen Feliu, wykorzystującą wodę i pęcherzyki powietrza. Praca dziwna i ciekawie inscenizowana, o kanibalistycznej i animistycznej strukturze człowieka. Bardzo dobrze prezentowały się fotografie - monumentalny autoportret Dudka-Dürera, jedne z przykładów obrazu cyfrowego z XXI wieku w Polsce, o "cyklopowym" obliczu. Bardzo dobrze prezentują się instalacje Egona Fietke (Wspólnota Leeeżeć), który tworzy archaiczne, trochę psychodeliczne światy komunikacji międzyplanetrownej, a przynajmniej wierzy, że może to uczynić. Przekonuje także film, z pogranicza jawy i snu, o poetyckim obrazowaniu, zbliżonym do koncepcji Man Raya z lat 20. i kina onirycznego. Także kurator i artysta - Marek Rogulski pokazał kilka rzeźb, z których jedna nawiązująca formą do mamuta, posłużyła mu do wykonania ryzykowanego performance. Mamy tu kolejny przykład oryginalnej koncepcji nie tylko formalnej (performance i rzeźba), ale idei programu teoretycznego, realizowanego od początku XXI, wyjścia "poza postmodernizm". Do refleksji buddyzmu nawiązuje od lat duet Czekalska/Golec, ale w zaprezentowanej rzeźbie nieokreślonego świętego ujawnili swe archeologiczne zainteresowania, które można by rozpatrywać w związku z koncepcją teoretyczną Jerzego Lewczyńskiego, choć oczywiście nie tylko.
Wystawa w Łaźni jest bardzo ciekawa i tak też zaaranżowana, choć sam projekt "poza postmodernizm" jest bardziej związany ze sferą koncepcyjno-teoretyczną, która nie bardzo mieści się w murach galerii.
P.S. Wczoraj ten post (wpis) czytało lub odwiedziło 77 osoby, czyli zanotowałem rekord wirtualnych wizyt. Na wystawie w Gdańsku możemy obejrzeć także prace wideo o strukturalnym, a trochę konceptualnym przesłaniu, Polaka mieszkającego w Meksyku - Pawła Anaszkiewcza, które jednak mnie nie zachwyciły. Dlatego dopiero dziś, czyli 13.03 o nich wspominam.
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
środa, marzec 11, 2009
0
komentarze
Linki do tego posta
poniedziałek, 9 marca 2009
Wystawa "Kopalnia", WBP w Poznaniu (05.03.09) oraz jubileusz Władka


Jednodniowa wyprawa do Poznania rozpoczęła się od spotkania w Starym Browarze, gdzie obejrzałem przestrzeń ekspozycyjną oraz nieudaną wystawę Zbigniewa Rybczyńskiego. Wyeksponowano jego materiał szkicowy, w postaci zapisów, rysunków, partytur muzycznych na niekorzyść filmów. Dlaczego nie sięgnięto do archiwum Szkoły Filmowej w Łodzi? Artysta musiał wykonywać nie tylko etiudy filmowe, ale także fotografie. Dlaczego w samym wideo wyeksponowano klip "Imagine", a nie "Tango" czy prace wykonane w ramach Warsztatu. Czy ten pierwszy reklamowy film jest najważniejszy twórczości Rybczyńskiego? Jeśli tak sądzi kurator pokazu, to jest to błąd merytoryczny.
Później odbyłem spotkanie z Maciejem Szymanowiczem w najważniejszej galerii fotografii w Polsce, czyli w galerii "pf". Rozmawialiśmy m.in. na temat przygotowywanej wystawy Eryka (1972-2008)..., o którym jeszcze nie raz napiszę, gdyż był wspaniałym człowiekiem. Przy okazji obejrzałem po raz kolejny wystawę Wojciecha Wilczyka "Niewinne oko nie istnieje", o której dyskutujemy na łamach "Obiegu" z Adamem Mazurem. Wojtek nie był jednak tego dnia zbyt rozmowny...
Następnie w towarzystwie Sławka Tobisa, który od lat "szlifuje" swój elementarny styl i jest na coraz lepszej drodze artystycznej, zjadłem obiad. Sławek wyrasta na ciekawego kontynuatora tradycji tzw. szkoły jeleniogórskiej, a szuka własnego"ja". Później w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej odbył się wernisaż wystawy Kolskiego Klubu Fotograficznego FAKT z Koła pt. "Kopalnia". Wśród wielu dobrych i poprawnych znalazłem trzy inne, moim zdaniem najciekawsze - Bogusława Biegowskiego, gdyż pokazujące "własne", zupełnie inne oblicze banalnego, a może obarczonego socjalistyczną retoryką tematu.
Była to także okazja do uczczenia jubileuszu 30-lecia pracy animatora i ciekawego twórcy "fotografii prowincjonalnej" Władysława Nielipińskiego, człowieka jakże skromnego i miłego zarazem. Przy okazji wertowania ostatniego numeru "Kwartalnika Fotografia", a potem katalogu Władka, uświadomiłem sobie, że uprawiona on ciekawą fotografię, zdecydowanie bardziej lepszą w wersji czarno-białej niż w kolorze. I jest to fotografia coraz bardziej świadoma swej materii, o czym informuje chociażby wywiad z katalogu. Na koniec odbyła się prezentacja mojej książki oraz dyskusja o niej z Dorotą Łuczak, która postawiła mi ciekawe i niełatwe pytania.
Wśród kilku znanych gości znalazł prof. Stefan Wojnecki, co mnie szczególnie uradowało, gdyż znamy się od 1985 roku. Ze spotkania w WBP oraz długiej dyskusji byłem zadowolony. A goście, chyba także byli zadowoleni, choć tego oczywiście nie mogę być pewien.
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
poniedziałek, marzec 09, 2009
0
komentarze
Linki do tego posta
piątek, 27 lutego 2009
Wystawa nie tylko o Jerzym Grotowskim - "Performer" (Warszawa, Zachęta, luty 2009)

Wystawa w „Performer” warszawskiej Zachęcie posiada mylący tytuł. Poświęcona jest geniuszowi teatralnemu, jakim był Jerzy Grotowski, który stworzył alternatywna wizję teatru dramatycznego, sięgającego m.in. do medytacji dalekowschodnich, jako formy nauki gry aktorskiej. Ale należy zaznaczyć, że Grotowski i jego teatr przekraczał i nie miał wiele wspólnego z kategorią performnce, wywodzącego się ze sztuk plastycznych. Wiemy, że poza Nim, który był prawdziwym filozoficznym guru, jego uczniowie poza doskonałym „panowaniem nad ciałem” raczej nie realizowali jego filozofii. Świadczy o tym historia życia Ryszarda Cieślaka – najlepszego aktora grającego ciałem. Ale jego nauki przejęli inni wielcy reżyserowie, jak Eugenio Barba.
Ekspozycja jest trudna do obejrzenia ze względu na wielkość materiału wizualnego w postaci spektakli, prób, zapisów oraz fotografii. Pokaz konfrontuje bardzo rożne poszukiwania z kręgu performance, raz celnie i z sensem (Marina Abramović), innym razem w sposób przypadkowy (feminizm, Ligia Clark, która znalazła się w tym zestawie jako odprysk wystawy łódzkiej z Katarzyną Kobro). Ale taka konfrontacja dokonań Grotowskiego w miejscu, jakim jest Zachęta, ma także inny wymiar, gdyż można ją analizować w kontekście sztuki wizualnej. Najsłabszą stroną tej ekspozycji jest jednak udział artystów polskich. Można przyjąć, że Zbigniew Warpechowski był i jest ważnym performerem, ale nie są nimi ani Grzegorz Sztwiertnia ani Roman Dziadkiewicz (praca pt. C – D – G, odwołująca się m.in. do Robinsona Cruzoe, ale w stylu „zafałszowanego obiektu” Roberta Kuśmirowskiego).
Czego zabrakło na tym pokazie? Przede wszystkim analizy zjawiska , które trzeba było pokazać w kontekście Grotowskiego – medytacji dalekowschodniej w sztukach plastycznych, akcjach parateatralnych i performances, które pojawiły się w Polsce w działaniach katowickiej grupy Oneiron i Andrzeja Urbanowicza oraz Andrzeja Dudka-Dürera. I to jest największy mankament tej ciekawej skądinąd ekspozycji, na której można zobaczyć rzadkie w kraju prace akcjonistów wiedeńskich, którzy sięgali do misteriów Dionizosa, nie zaś kultury i mądrości Indii, jak Grotowski od lat 60. do 90. a Dudkek-Dürer od 70. do chwili obecnej.
p.s. Na koniec o miłej sprawie. Mój blog właśnie dziś 27.02.09 miał 500 odsłonę. Kto go czyta, tego do końca nie wiem, choć wiem z jakich miast pochodzą internauci.
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
piątek, luty 27, 2009
3
komentarze
Linki do tego posta
wtorek, 24 lutego 2009
"O niej. Teresa Gierzyńska. Fotografie z lat 1967-2008"

W Galerii ART + on w Warszawie do końca lutego 2009 trwa ekspozycja Teresy Gierzyńskiej , która w całej pełni pokazuje swój dorobek twórczy, bardzo ważny dla fotografii polskiej końca lat 70. i dekady 80. Oglądamy prace, które korespondują ze słynnym cyklem Cindy Sherman, ale ukazują inną prawdę lub innego rodzaju fikcję, gdyż trudno odnaleźć w tym bardzo interesującym projekcie linię graniczną dotyczącą prawdy i imaginacji. Oglądamy fotografię trochę feministyczną, trochę erotyczną, wykonywaną w ciasnym kadrze. Właśnie w zakresie kadrowania prac na pewno można mówić tu o wpływach amerykańskich, które rzadko podejmowane były wtedy w Polsce. Widzimy zdjęcia sprawnie przetworzone graficzne, przy wykorzystaniu podkolorowywania farbami i ówczesnego ksero, które miało zupełnie inny wyraz formalny i co ciekawe, okazało się trwałą techniką.
Artystka koncentrowała się na sobie, zapisywaniu swej urody i odczuwania otaczającego Jej świata. Czyniła to w bardzo wszechstronny sposób. Dlatego już w końca lat 80. Jej prace te trafiły do zbiorów Muzeum Sztuki w Łodzi i były pokazane m.in. na ekspozycji "Spojrzenia/Wrażenia. Fotografia polska lat 80. ze zbiorów Muzeum Sztuki w Łodzi" oraz na wystawie "Polish Perceptions" (1988), czy "Looking East" (1990). Z obecnego pokazu dowiadujemy się, że cykl był dalej kontynuowany w latach 90. w formule zdjęć kolorowych, melancholijnych, także w Rosji i na Ukrainie. Cykl jest tworzony dalej, co interesujące, w nowych relacjach interpersonalnych.
Zwraca uwagę profesjonalizm wystawy i katalogu, gdzie mamy podane bardzo precyzyjnie datowanie i określenie techniki każdej z wystawianych fotografii, co naprawdę rzadko się zdarza. Okazuje się, że Teresa Gierzyńska jest bardzo świadomą artystką, która swą historią życia opowiada w kontekście rodzinnym, także lekko historycznym (Portugalia) i przede wszystkim kobiecym, choć ten aspekt istniał zawsze, ale bywał przez Nią celowo skrywany. Wystawa pokazuje, że do ważnych postaci fotografii kobiecej i feministycznej, jak Natalia LL, Ewa Partum trzeba dodać kolejne nazwisko - Teresy Gierzyńskiej, która potrafi wykonywać także zdjęcia w stylu dokumentalnym, o dużym potencjalne uniwersalności czy nawet panreligijności, co nie jest łatwe.
I jeszcze jedna ważna cecha jej sztuki. Artystka nie ujawnia i nie "sprzedaje" całej swej intymności, pochodzącej życia prywatnego, o czym często zapominają młode artystki. Ujawnienie tego rodzaju tajemnicy życia prywatnego, może spowodować i najczęściej tak się dzieje, że sama praca twórcza staje zbyt prosta, a nawet trywialna, gdyż wszystko o niej wiemy np. z wywiadu jakiego udzieliła artystka "Gazecie Wyborczej", gdyż poprzez mass media bardzo pragnie istnieć w "art worldzie". Ale, "not all for sell", gdyż może to (i najczęściej tak się dzieje) zniszczyć samą sztukę.
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
wtorek, luty 24, 2009
0
komentarze
Linki do tego posta
środa, 18 lutego 2009
Anatomia konfliktu i procesu sądowego 1990-2008 (Robakowski versus Jurecki)

O moim konflikcie z Józefem Robakowskim mówiono od dawna, czyli 1990 roku. Tylko, że atakujący mnie w wyjątkowy sposób artysta-krytyk od dawna zamieścił wszystkie swe paszkwile na dwóch stronach internetowych: Galerii Wymiany i swej artystycznej. Teksty miały na celu systematyczną dyskredytację mej osoby w środowisku artystycznym oraz doprowadzić do wyrzucenia mnie z Muzeum Sztuki w Łodzi.
Czy zatem była to krytyka artystyczna, czy coś więcej, np. czy zamach za moją osobę? Pytanie zostawiam retoryczne. O konflikcie, który istniał także w m.in. na łamach "Exitu" czy "Sekcji" ostatecznie zdecydował Sąd Apelacyjny w Łodzi w maju 2008, kiedy Józef Robakowski zmuszony został do zamieszczenia specjalnych przeprosin. Widniały one przez kilka dni na stronie Galerii Wymiany. Klika dni temu zdecydowałem się napisać o tej sprawie na blogu, gdyż swe odpowiedzi na niewybredne artykuły Robakowskiego zamieściłem w końcu na swej stronie internetowej.
Jeśli ktoś pragnie wniknąć w anatomię tego niechcianego przez mnie konfliktu powinien czytać teksty z mojej strony www (wejście poprzez tytuł "Anatomia konfliktu...") lub z http://www.jureckifoto.republika.pl/tekstint.htm), ale w odpowiedniej kolejności - najpierw tekst Robakowskiego, potem mój i tak przynajmniej trzykrotnie. W odróżnieniu od swego adwersarza zawsze podaję na jaki tekst odpowiadam. Z tego wynika jasno kto był wilkiem a kto owcą, czyli kto atakował a kto się bronił.
Polemiki w krytyce są zasadne, jeśli do czegoś prowadzą a celem jest osiągnięcie consesusu lub nowe zrozumienie jakieś problemu artystycznego. Ta polemika była tylko nieustanną obronną przed kilkunastoletnim atakiem, który uświadomił mi, że prof. Robakowski nie żadnych zasad moralnych i nie cofnie się przed niczym, aby "rządzić i dzielić" w najnowszym obiegu artystycznym.
Inną sprawą jest, że przy okazji ujawniły się jego sprzeczne poglądy teoretyczne, polegające na wszystkoizmie, tzn. nawiązywaniu do każdej modnej tendencji artystycznej. Czy jest to konsekwentne w dłuższym przedziale czasowym i czy wyraża swą logikę twórczą? Bardzo w to wątpię. O uprawomocnienie tej działalności zadbają określeni krytycy i historycy, którzy zawsze podkreślają znaczenie mistrza, niezależnie czy będzie konceptualistą, strukturalistą, neodadaistą, performerem, abstrakcjonistą geometrycznym czy kimś innym. Bo nie jest to istotne. Można np. wmówić, że jest się nowym Witkacym! I krytycy będą tak pisali. "Ci, którzy pragnąć być wszystkim - powiedział w mądrej przypowieści mistrz zen - najczęściej są nikim". W opisanym przypadku Robakowskiego liczy się tylko siła przebicia i perswazji, kształtującej "układ sztuki". Przykład? Czy ktoś wskaże na choćby jedną krytyczną recenzję z bardzo nieudanej wystawy Robakowskiego w Atlasie Sztuki w 2008 roku?
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
środa, luty 18, 2009
0
komentarze
Linki do tego posta
poniedziałek, 16 lutego 2009
"Kwartalnik Fotografia" (2009, nr 29)

To już kolejny numer i kolejny rok magazynu, który utworzył wydawca a obecnie od numeru 27 redaktor naczelny Waldek Śliwczyński. Pierwszym redaktorem był Zbyszek Tomaszczuk. Później tę funkcję od 2004 do numeru 26 z 2008 roku pełnił Eryk Zjeżdżałka. Takie pismo jest bardzo potrzebne środowisku - fotografów, historyków i krytyków, który pragną wyjść poza pstrykanie zdjęć i amatorstwo fotograficzne. Tak, to pismo dla profesjonalistów, którzy chcą zgłębić teorię i historię fotografii. Pamiętam jak w wieku 20. lat, w 1980 roku, czytałem "Fotografię" i męczyłem się nad interpretacją Rolanda Barthes's, w opracowaniu Urszuli Czartoryskiej. Nikt wtedy nie nawiązywał do jego koncepcji teoretycznej. Powstaje pytanie dlaczego? Ponieważ dominował strukturalizm i semiologia, niemodne było odczytywanie starych czy amatorskich zdjęć, wywołujących "punctum" (zarodek bólu). Do "Fotografii" bezpośrednio nawiązuje "Kwartalnik Fotografia". Jest to także forum potrzebne do lansowania fotografii polskiej, środkowoeuropejskiej i światowej. Co zwróciło moją uwagę w obecnym numerze? Wymienię kilka propozycji: zdjęcia Słowaczki Luci Nimcovej (ur. 1977), której pracę znam i cenię od kilku lat. Bardzo ciekawe zdjęcia pokazał także Rosjanin Gregori Maiofis czy debiutująca młoda Polka - Jolanta Gawryś. Dla niektórych zaskoczeniem bedą kolorowe prace Helmuta Newtona z lat 70., gdyż są nietypowe z kilku powodów - wykorzystania gigantycznego modela (wpływ Diany Arbus?) i ukrytej retoryce "anty". Pojawił się także kolejny tekst pożegnalny na temat bardzo sympatycznego człowieka - Mariusza Hermanowicza (zm. 2008), który najważniejsze prace wykonał w końcu lat 70. XX wieku, kiedy rozliczał się z polską, socjalistyczno-śmieszną rzeczywistością. Później coraz bardziej brakowało mu odniesień. Zwraca uwagę analiza rynku fotografii w opracowaniu Katarzyny Majak oraz wystawa "Akt wiary", która była dużym wydarzeniem w Holandii. Poczytamy także o kilku innych festiwalach w Europie, m.in. w Bratysławie i w Berlinie. Uzupełnieniem teoretycznym będzie niełatwy tekst Allana Sekuli "Czytanie archiwum". To oczywiście niektóre wybrane przez mnie propozycje. Tak trzymać albo podnieść jeszcze poprzeczkę!
Krzysztof Jurecki
Jurecki Krzysztof
Łódź, Poland
poniedziałek, luty 16, 2009
0
komentarze
Linki do tego posta
Subskrybuj:
Posty (Atom)

