Szukaj na tym blogu

piątek, 16 lipca 2010

Portrety Piotra Miazgi (dyplom licencjacki ASP Gdańsk 27.06.10)

 Ja


Piotr Miazga pokazał portrety wykonane w pracowni Witolda Węgrzyna i Jadwigi Okrassy. Fotografie są proste w kompozycji, osoby pokazane na tle draperii świadomie nawiązujące do malarstwa barokowego. Zdjęcia są bardzo dopracowane pod względem kolorystycznym, są też udaną próbą odwzorowania relacji między autorem i jego znajomymi. Model i fotograf, chwila bliskiego kontaktu (niepowtarzalny moment) i efekt końcowy - fotografia, która została jeszcze "podrasowana" kolorystycznie i to w sposób wyśmienity.


Wśród kilkunastu prac znajduje się także lekko pesymistyczny autoportret. To dobrze, że Piotr Miazga potrafi oddać różne, czasami bardzo ulotne stany psychiczne portretowanych osób, ale są to jego znajomi czy rodzina, więc stosunkowo łatwo to uczynić. Trudniej będzie mu uzyskać taki efekt w momencie kontaktu z osobami nieznanymi.


 Leszek

 Sławek
Czy taki styl między reklamą a tradycją fotografii portretowej  jest możliwy do dalszej eksploracji? Czy "podbity" kolor nie jest zbyt natarczywy? W którym kierunku rozwijać taką działalność - portretować znajomych czy może osoby przypadkowo spotkane np. na ulicy? Są to pytania do autora zdjęć, a odpowie na nie przyszłość. Ciekawa jest także kompozycja niektórych zdjęć, niby prosta, ale czasami nawiązująca do klasyki fotografii.


 Ania

Dla tych, którzy interesują się portretem fotograficznym polecam ekspresjonistyczne prace pokazywane w Polsce Michaela Akermana oraz nigdy nieprezentowane w naszym w kraju (powstaje pytanie dlaczego?) kontrowersyjnego członka Magnum - Antoine D'Agaty. Jego prace po raz kolejny pokazano w tym roku na festiwalu w Arles, który konsekwentnie od lat promuje rodzimą fotografię nie przejmując się zupełnie tym, co dzieje się w Europie Środkowo-Wschodniej.


 Radek

Ola 

środa, 7 lipca 2010

Józef Szymańczyk: między fotografią zakładową a "fotografią ojczystą" (02.07-25.07.10, Galeria Sztuki Wozownia, Toruń)

 Fabrykant łapci, wyplatanie łapci z łyka, Polesie, 1937


Kto interesuje się dokumentem fotograficznym powinien zobaczyć w Toruniu ok. 100 oryginalnych zdjęć Józefa Szymańczyka z końca lat 30. Są to oryginale odbitki ("vintage") z tzw. albumu Krokera lub kopie z początku lat 90. ze zbioru Muzeum Regionalnego w Kutnie. Ekspozycja uzupełniona została o zdjęcia Zofii Chomętowskiej i S. Hochmana, którego fotografia zbliżona jest w stylu do Szymańczyka. 

 We wspólnej izbie rodzina wielopokoleniowa przed udaniem się na spoczynek (u góry odzież zawieszona na drągach zastępujących szafy), Polesie, 1937

W końcu lat 30. Szymańczyk podobnie, jak Chomętowska i Hochman, stosował na zdjęciach białe napisy wykonane za pomocą przymocowanych do negatywu masek fotograficznych, np. POLESIE – NAPRAWA SIECI, MAŁY POLESZUK, TYPY POLESKIE, co miało ułatwić identyfikację formy i idei. W tym pocztówkowym formacie prace Szymańczyka wychodzą jednak poza znany stereotyp tej formy kultury wizualnej i pamiątki, ale bez relikwii. Udało mu się np. pokazać uczucia między dziadkiem a wnukiem (Typy poleskie. Piotr Mielech z wnuczkiem Nikołajem Chmielewskim. Wieś Lisiczyce, Polesie (1937)) czy typowe zawody (Fabrykant łapci, wyplatanie łapci z łyka, Polesie, 1937). Fotografował także różne przejawy szczęśliwego i częściej biednego dzieciństwa. Szczególnie interesowały go kołyski wiszące na zewnątrz i wewnątrz domu. Niektóre zdjęcia zapowiadają typ dokumentu podjęty w końcu lat 70. przez Zofię Rydet w Zapisie socjologicznym (1978-1990). Takim przykładem jest praca Szymańczyka We wspólnej izbie rodzina wielopokoleniowa przed udaniem się na spoczynek (u góry odzież zawieszona na drągach zastępujących szafy), Polesie, 1937. 

 Polesie. Rozpacz, 1937

W 1936 roku Szymańczyk, jak wielokrotnie opowiadał przy różnych okazjach, odwiedził w Wilnie zakład fotograficzny Jana Bułhaka. Spotkanie z wielkim ówczesnym autorytetem w sprawach fotografii artystycznej zrobiło na prowincjonalnym fotografie z Kosowa Poleskiego wielkie wrażenie, tym bardziej, że – jak opowiadał Szymańczyk – mistrz z Wilna przekonywał go do programu "fotografii ojczystej". Ale to zdjęcia z biednych chat poleskich uczyniły z Szymańczyka  ważnego dokumentalistę lat 30., być może najważniejszego, gdyż dorobek Aleksandra Minorskiego jest zapomniany, a Bułhak czy Chomętowska tworzyli w stylu piktorialnym, przy pozorach krytycznego dokumentu, gdyż dokument zawsze powinien poświadczać "prawdę", "twarz czasu", aby przybliżyć się np. do koncepcji Agusta Sandera czy Eugene Atgeta.

 Typy Poleskie, 1937

Polecam także katalog z opisywanej wystawy. Można w nim przeczytać życiorys Józefa Szymańczyka oraz mój nowy tekst o tym skromnym, a jakże owładniętym pasją fotografie, którego poznałem chyba w 1986 r. w Kutnie. Wspomniany katalog zawiera także kilkadziesiąt reprodukcji (także Chomętowskiej i Hochmana), w tym tak znaczącej dla polskiej fotografii Szymańczyka, jak Polesie. Rozpacz, która od 1939 nie była publicznie pokazywana ani reprodukowana. Dlaczego? O tym można oczywiście przeczytać w moim tekście. Zachęcam do obejrzenia filmu Adama Kulika Polesia czar i lektury katalogu. Na ekspozycji pokazywany jest także świetny w koncepcji i w realizacji film Andrzeja Różyckiego Fotograf Polesia. 



wtorek, 29 czerwca 2010

Sami o sobie (Galeria Fotografii im. Edwarda Hartwiga, Stary Folwark, (06-20.06.2010)

 Krzysztof Borawski

 Kasia Hanusz-Oleksy

Z pozytywnym zdziwieniem obejrzałem katalog z wystawy studentów Akademii Fotografii i Przedsiębiorczości w Białymstoku. Widziałem także samych studentów, nawet jechałem z nimi jednym samochodem, gdyż byli słuchaczami mego wykładu w galerii prowadzonej przez Radka Krupińskiego, obok kilku innych znamienitych gości. Z wielkim trudem wybieram dziś prace do prezentacji na blogu, gdyż wybór jest bardzo trudny, ale wiele realizacji podoba mi się. Może jeszcze do nich kiedyś wrócę? "Wieczny powrót" ma swój wewnętrzny sens.

  Dariusz Iwanicki


Ze zdumiewaniem uświadomiłem sobie, że prace młodych ludzi, dzięki jednemu nieobalanemu wykładowcy, jakim jest Grzegorz Jarmocewicz (po ASP w Poznaniu), są nie tylko ciekawe, ale nie ustępują poziomem realizacjom z ASP! Oczywiście piszę w tym miejscu o formie, która w dużej mierze powstaje pod wpływem prowadzącego zajęcia. Powstaje pytanie, czy sami adepci szkoły w Białymstoku będą na tyle silni i zdeterminowali, że podejmą następne studia fotograficzne czy określą się jako indywidualne "byty artystyczne"? Zobaczymy!

 Krzysztof Borawski


Czego uczy Grzegorz Jarmocewicz? Precyzji w myśleniu, wykonania  dobrej technicznie pracy i przede wszystkim jest otwarty na różnorodność formalino-stylistyczną. Dlatego widzimy różne typy fotografii: martwe natury, psychologiczny i piktorialny portret, proste inscenizacje, sceny religijne. Efekt tych prac jest bardzo zadowalający, gdyż eksperyment formalny służy poszukiwaniu i znajdowaniu własnych wizji.

Hanna Matejczyk

Monika Duchnowska

Wiele z tych prac jest o teatrze i spersonifikowanej prozie życia w formule "auto-performance". Traktują one o zmęczeniu ludzką egzystencją i "byciu" przed ściną, tak jakby nie było wyjścia. Istnieje tylko matnia. Ale to chyba tylko teatralizacja? Więcej mógłby powiedzieć na ten temat Grzegorz Jarmocewicz i sami fotografowie.

środa, 23 czerwca 2010

"Archetyp fotografii. Joachim Froese, Grzegorz Przyborek, Ken Matsubara" (18.06-29.08.2010)

 Grzegorz Przyborek, z cyklu Cantus lamentus, 2010

W CSW Łaźnia w Gdańsku otworzyliśmy wystawę, która jest innego typu propozycją teoretyczno-artystyczną, niż ekspozycje prezentowane na monstrualnych festiwalach w Krakowie, Łodzi czy w mniejszym stopniu w Warszawie. Nasuwa się pytanie, co wynika z lansowania dokumentu brytyjskiego, zresztą dość dobrze już znanego, dla najnowszej fotografii polskiej? Myślę, że niewiele, poza rolą edukacyjną i lansowaniem kilku kuratorów z Wielkiej Brytanii i Polski. Dlaczego pokazano tylko dokument, skoro bardzo silna jest na Wyspach w dalszym ciągu "fotografia inscenizowana"? Trafniejsza, według mnie, jest idea tegorocznego Festiwalu Fotografii w Łodzi, która skoncentrowała się, jak już kiedyś pisałem, na problematyce miłości, choć dobór i przede wszystkim nagrody budzą duże wątpliwości.

Joachim Froese, Rhopography,  2001

Koncepcyjnie, gdyż na problemie teoretycznym chciałbym się na moment zatrzymać, proponuję skromną wystawę kilkudziesięciu specjalnie wybranych prac, która konfrontuje wybitne dokonania Grzegorza Przyborka z lat 1990-2010 z fotografią Joachima Froesego (Australia) i Kena Matsubary (Japonia). Jej przesłaniem jest ich wspólny namysł nad istotą obrazu fotograficznego, który powstaje w umyśle, ale także tkwi w samej tradycji teoretycznej, przede wszystkim w niektórych sformułowaniach Rolanda Barthes'a. Ujawnił on różnice pomiędzy sztuką a fotografią, ze względu na halucynacyjny obraz/stan fotografii odróżniający ją od sztuki. Ale Barthes pisał przede wszystkim o fotografii amatorskiej czy dokumentalnej, rzadziej artystycznej. Świadomie  rozszerzyłem  jego idee o inscenizacje o surrealistycznym rodowodzie (Przyborek, Matsubara) odwołujące się do problemu analizy marzenia sennego, w którym zawarte są obrazy archetypowe.

 Prace Grzegorza Przyborka z serii Hotel Europa, 1994/95


Wiele łączy postawę artystyczną tych trzech autorów pochodzących z różnych zakątków świata. Matsubara i Przyborek poznali się w 2007 roku w Łodzi. 20 sierpnia br. w czasie sesji teoretycznej CSW w Łaźni swe poglądy na istotę fotografii przedstawią: Przyborek, Froese i ja. Oczywiście pokazani w Gdańsku artyści nie wyczerpują terminu i przede wszystkim problemu "istoty fotografii". Gdybym miał zwiększyć ilościowo ekspozycję z pewnością pokazałbym prace: Mikołaja Smoczyńskiego, Andrzeja Różyckiego, Stanisława Wosia, Zbigniewa Treppy i Leszka Żurka.

 Ken Matsubara, z serii Lunatyk, 2006

Pierwotnie tę ekspozycję chciałem zorganizować w Łodzi, ale ani Muzeum Sztuki, ani Miejska Galeria Sztuki nie były nią zainteresowane! Dlaczego, tego nie wiem. Programów fotograficznych największych instytucji wystawienniczych w Łodzi lepiej nie analizować, gdyż ich stan jest żałosny. Niestety, nie znajduję innego określenia.


Ania Szynwelska, K.Jurecki, Ken Matsubara i Leszek Żurek (fot. Piotr Zabłocki)


poniedziałek, 14 czerwca 2010

CZY UMIESZ PRZESTAĆ WIDZIEĆ, BY DOSTRZEC? Dyplom Katarzyny Sawickiej

Katarzyny Sawickiej nie interesuje jedynie problem zmienności widzenia i odczuwania świata. W swej pracy licencjackiej z 2010 (promotor dr Piotr Komorowski, WSSiP w Łodzi) nawiązuje do istoty świętości i zbliżania się do niej zwykłych ludzi! Chciała pokazać, że ta droga otwarta jest dla każdego i potencjalnie każdy może być świętym. Dlaczego? Wynika to z bezgranicznej miłości Boga do wszystkich ludzi.


Artystka umiejętnie połączyła koncepcję portretu w formie dokumentu fotograficznego z tradycją ikony i świętych koszulek, którymi dekorowano od XVII wieku święte obrazy i jakie sama zrealizowała na użytek tej pracy.  Posiada ona podwójną formę. Inaczej prezentuje się zamknięta, podobnie jak obrazy w świątyni pełne powagi i dostojeństwa. Po otwarciu koszulki, niczym księgi, ukazuje się nowa forma dokumentalna manifestująca się poprzez prostotę, skromność czy czasami nieszczęśliwe życie, którego oczywiście możemy się domyślać. W tym aspekcie artystka nawiązuje do Zofii Rydet, która wierzyła, że fotografując ubogich ludzi pomoże im "wejść do nieba". W sensie formalnym te niebanalne prace Sawickiej kontynuują także postawę Augusta Sandera posługującego się typologizacją w stosunku do społeczeństwa niemieckiego.


A jak kończy się seria Sawickiej? Jakie zaproponowała rozwiązanie, które świadczy o świadomości artystycznej. Posłużyła się lustrem, w którym  możemy się przejrzeć i przeczytać napisany odręcznie (co świadczy o dojrzałości i autentyczności podjętego problemu)  wiersz ks. Jana Twardowskiego. Metafizycznego poety w głęboki sposób dotykającego złożonej problematyki duchowości, poświadczającego, że era poczłowieka ("posthuman") nie dotyczy wszystkich. Wiele zależy od wiary lub jej braku i przyjętej filozofii życia.





I jeszcze jedna sprawa. Nie jest to realizacja interaktywna. To określenie jest obecnie nadużywane.  Prace te wymagają od widza innego oglądu, zdecydowanie fizycznego zaangażowania się poprzez otwieranie i wczytywanie się w tajemną księgę, w której widzimy prostotę, ale także złożoność ludzkiej egzystencji.



P.S.. Galerie i kuratorzy zainteresowani pokazaniem  tego cyklu proszeni są o kontakt ze mną.  

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Piękna i słoneczna Słowenia (25.05-31.05.2010)

 W samochodzie Bosana. Niedaleko granicy z Chorwacją


Na zaproszenie ASP w Ljubljanie wygłosiłem dwa wykłady: Historia polskiego filmu eksperymentalnego i wideo (1937-2007) oraz Young Polish Video Art w Trbovlje w ramach "wideo meczu", cyklicznej imprezy organizowanej przez ASP. Dzięki pomocy Joanny Zając i jej męża mogłem zwiedzić wiele przepięknych zakątków kraju, w tym pejzaże górskie i pierwszy w tej części Europy średniowieczny klasztor kartuzów w Pleterje. Byliśmy na świętej górze Celtów w Kum, gdzie znajduje się kościół i stacja telewizyjna, bombardowana w 1991 r. przez lotnictwo federalne Jugosławii. Wojna trwała tu zaledwie i na szczęście dziesięć dni!


 Dworzec PKS w Ljubljanie


Prof. Sreco Dragan 

Ljubljana jest pięknym miastem, choć z dużymi kontrastami pomiędzy pozostałością socjalistycznej (modernistycznej) architektury z lat 70. a dawną tradycją rozdartą pomiędzy tradycją Italii i kulturą niemiecką z czasów Austro-Węgier. Bardzo podobała mi się kolekcja Muzeum Narodowego, w którym odkryłem miejscowy postimpresjonizm i artystów z początku XX wieku zafascynowanych van Goghiem. Uświadomiłem sobie, że ówczesna sztuka polska wcale nie była na wyższym poziomie i podejmowała podobne aspekty. 

Stare i nowe. Ljubljana

  Ekspozycja stała w Muzeum Regionalnym w Trbovlje

 
Poznałem także sympatycznych artystów: doc. Dusana Bucara, prof. Sreco Dragana, który w zaskakujący nowatorski sposób uczy sztuki interaktywnej, młodą artystkę mediów Mašę Jazbec oraz krytyka sztuki Špelę Pavli i dyrektora Domu Kultury w Trbovlje - Zorana. Wszyscy bardzo dobrze przygotowani do dyskusji o sztuce najnowszej i jej dylematach - obrazie trójwymiarowym, interaktywnym czy symulacyjnym.


 Skansen w Pleterje


p.s. Mój wykład i pokaz Young Polish Video Art (Ljubljana, Kino Dvor, 28.05. godz. 10)


Maša i ja na otwarciu wystawy

 

Anna Orlikowska 

Istota / Being, , 2005, 2.11
Autoportrt /Selfportrait, 2005, 0.48
Film o robakach / Film about Worms, , 2005, 0.49 

Wiktor Polak

Bliżej / Close to, 2005, 8 min 
Nie można oddychać zającem / Can't  breathe a Hare,  Zabawka / Toy, 3 min, 2007

Arti Grabowski 

Oktoberfest, 2002, 4` 28`
Człowiek@pl / Man@pl, 2002, 28 sek

Michał Brzeziński 

Pasja / Passion, 2003 2 min
Ból / Pain, 2001, 7.09
Pamięć / Memory, 2002, 4.42

Mateusz Pęk 

Life as a problem - machinima, 2009, 7.20
Backspece, 2009, 4.46

Marek Zygmunt


Medytacje / Meditation, 2002, 8.53
Element I, 2001, 13 min 

Leszek Żurek 

Mantra, 2005, 3` 48`
Powitanie / Welcome, 2007, 2`20





czwartek, 20 maja 2010

Wszytko o miłości? Marcin Sudziński

O miłości nie da się wszystkiego powiedzieć, można jedynie zasugerować, gdyż problem jest odwieczny i nierozwiązywalny, także pod względem filozoficznym. Taki był bowiem problem postawiony na tegorocznym Festiwalu w Fotografii w Łodzi - All My Lovin’. Wszystko o miłości. Wystawy główne w Łódź Art Centre są na dobrym poziomie, ale już wizyta w Łódzkim Domu Kultury czy Muzeum Kinematografii prowadzi to pytania, co wspólnego z ideą wystawy ma np. ekspozycja Ściana czy portrety Krzysztofa Gierałtowskiego, albo kwietniowa aukcja w Rempexie pt. Fotografia Kolekcjonerska w Warszawie?




Zabrakło jednak ukazania tak ważnego problemu, jak miłość do Boga lub potencjalnie Boga do człowieka. Dlaczego nie ma takich zdjęć, kiedy od wielu lat działają tacy fotografowie, jak: Staszek Woś, Andrzej Różycki, Tadeusz Żaczek czy Zbigniew Treppa, aby wymienić tylko niektórych! To największy ideowy mankament festiwalu w Łodzi. 


Można też mieć zastrzeżenia do poziomu pokazu z prezentacją szkól fotograficznych, np: ASP z Wrocławia, Katowic, Krakowa czy po części z Łodzi. Pozytywnie wyróżniały się, jak zwykle, dyplomy zrealizowane u prof. Grzegorza Przyborka.

Krystyna Prostak

Największym odkryciem okazały się dla mnie zdjęcia z dwóch wystaw, indywidualnej w ramach konkursu i zbiorowej, Marcina Sudzińskiego z Lublina, który otrzymuje (umownie i ideowo) moje Grand Prix! Za odwagę, bezkompromisowość i świetne portrety ojca, które w otoczeniu martwych natur i fragmentów szarej rzeczywistości okazały się czymś prawdziwym i przejmującym. Artysta nie poszedł tropem taniej sensacji i umiał wyjść obronną ręką z najtrudniejszego tematu, jakim jest pokazanie zbliżającej się śmierci ojca! Którego poznał w ostatnim momencie jego życia w hospicjum. Tragiczna opowieść zrealizowana została w melancholijnym nastroju.



Dodajmy w przeciwieństwie do aranżowanych i wystudiowanych prac nagrodzonych i wyróżnionych w konkursie głównym festiwalu, choć interesujących i na odpowiednim, przyzwoitym poziomie estetycznym. Marcin Sudziński nawiązał także ideowo do koncepcji Irka Zjeżdżałki i jest to budujące, że są jeszcze młodzi fotografowie, którzy mogą pójść jego śladami. Oczywiście widać, że Sudziński tworzy w konwencji wywodzącej się od Bogdana Konopki, ale jego portrety pokazane na ciekawej, także ideowo, wystawie przygotowanej przez Sławka Tobisa Opowieści z pogranicza, są niesamowite w swej prawdomówności, choć bardzo proste. Na tym polega także sztuka portretowania. Na tej ekspozycji zawracam uwagę także na nowe prace Tomasza Michałowskiego - bardzo ważnego dla fotografii polskiej początku lat 90. XX wieku.

niedziela, 16 maja 2010

Czym jest dzisiaj portret fotograficzny? IX Ogólnopolski Konkurs Fotograficzny Portret 2010


Karolina Jonderko, Nieobecność

 

Spotkaliśmy się Kole w czasie jury konkursu na portret fotograficzny.  Śmiem zaryzykować tezę, że dobry konkurs, podobnie jak przyzwoita szkoła czyni mało pomyłek w wyborze i nagradza najlepszych, torując nowe trendy, a może i estetykę. Po kilku czy kilkunastu latach zobaczymy czy zauważano w tym konkursie istotnych fotografów! 

Zaryzykuję też opinię, że nie nagrodzono właściwych prac na II Międzynarodowym Festiwalu Fotografii Młodych w Jarosławiu. Jeden z nagrodzonych w ubiegłym roku autorów ledwie znalazł się wśród uczestników konkursu w Kole! To daje dużo  do myślenia, podobnie jak zwycięskie realizacje w tegorocznym konkursie Sittcomm Award czy na Fotofestiwalu w Łodzi. Źle to wróży zwłaszcza stowarzyszeniu Sittcomm. Konkursy szybko tracą na znaczeniu poprzez wątpliwe czy wręcz błędne oceny! Zresztą, tylko nieliczne z nich mają znaczenie, zdecydowana większość jest niepotrzebna!

Irena Gałuszka, Gospodarz w swoim obejściu


Tomasz Babinek, XVIII


A o to początek wstępu z katalogu pt. Czym jest dzisiaj portret? Na przykładzie konkursu z Koła , mego autorstwa. "Jury złożone z osób o różnych preferencjach estetycznych i artystycznych poszukiwało prac, które spełniałyby kryteria nowej stylistyki w zakresie nie tylko portretu, co jest bardzo trudne, ale także jego formuły w aspekcie dokumentu fotograficznego oraz tradycji nowoczesnej (modernistycznej) szukającej nowego desygnatu formalnego, co określano od lat 30. XX wieku jako kreację.

 

    Piotr Biegaj, Dłonie 3

Portret jest obecnie, patrząc na klasyczne tematy fotograficzne, chyba najtrudniejszą dziedziną, gdyż ma ogromną tradycję w historii malarstwa, fotografii, a także, choć rzadziej, filmu i wideo. Patrząc na prace zaprezentowane na konkursie w Kole można mówić o odniesieniach do kilku tradycji: ekspresjonistycznej, zmierzającej do naturalizmu, do poszukiwań w zakresie dokumentu, gdzie wzorem polskim jest oczywiście Zofia Rydet, a światowym August Sander, a także o niekończących się poszukiwaniach wywodzących się z piktorializmu (tzw. techniki szlachetne) oraz powrotu do technik dziewiętnastowiecznych, czy przeciwnie – do eksploatowania dziedzictwa awangardy, w której w polskiej tradycji wypada wymienić przynajmniej dwa nazwiska – Zbigniewa Dłubaka i najwybitniejszego żyjącego fotografa polskiego – Jerzego Lewczyńskiego."

Gdybym miał wskazać na pracę najbardziej niedocenioną, to bez wahania wymieniłbym bardzo dobrą fotografię Piotra Biegaja. Dlaczego nie został więc nagrodzony, a tylko wyróżniony? O tym napisałem w katalogu. Otwarcie wystawy w Kole oraz szeregu innych imprez towarzyszących odbędzie się  21.05.2010. A zatem do zobaczenia w gościnnym Kole!

poniedziałek, 10 maja 2010

Reiner Riedler "Fake Holidays"


Reiner Riedler fotograf z Wiednia jest przykładem, że ważne postaci dla sceny europejskiej w zakresie fotografii mogą być lansowane w Europie Środkowo-Wschodniej. Jego prace były pokazywane na festiwalach w Krakowie (2006), Wilnie (2007), Bratysławie (2008) i Łodzi (2009). Artystę poznałem na Portfolio Review w Bratysławie, chyba w 2006. W 2007 głosowałem na jego bardzo dobry projekt Fake Holidays, ale wygrała Czeszka - Sylvia Francova z femistyczno-cyfrowymi pracami.


Chciałem go zaprosić na swoją wystawę w ramach ubiegłorocznego Biennale Fotografii w Poznaniu, ale dowiedziałem się, że ma brać już udział w festiwalu łódzkim. Jego prace pokazano jednak nie na imprezie głównej w maju, ale wcześniej na  Targach Fotografii i Video, a potem w Warszawie, na mini przeglądzie Ataku łaskotek. Szkoda! Ale myślę o zorganizowaniu jego wystawy w dalszym ciągu.


Reiner wyszedł z pogranicza reportażu i dokumentu, ale przeszedł do fotografii  zbliżającej się do inscenizacji, czy wykazującej jej cechy, choć nie będącą aranżacją. Autor inspirując się teorią Jeana Baudrillarda pokazał zjawisko symulacji rzeczywistości, które występuje dosłownie na całym świecie. Ludzie tworzą nie tylko sztuczne raje, ale sztuczny horror czy w ten sposób dekorują np. w USA domy publiczne. Czyli zjawisko symulacji przeniknęło przez wszystkie sfery życia publicznego i prywatnego. Pewną inspiracją był także film Truman Show (1998) Petera Weira, który pokazał, jak "fałszywe życie" tworzone jest na żywo, ku uciesze gawiedzi  i na użytek telewizji.





piątek, 30 kwietnia 2010

XIII Międzynarodwy Konkurs Fotografii Cyfrowej Cyberfoto w Częstochowie (wernisaż 30.04.2010)

Między realnością a symulacyjnością

          W tym roku jury w składzie: Magda Hueckel, Sławomir Jodłowski i K. Jurecki,  było niezwykle zgodne, co do wyboru nagrodzonych i wyróżnionych. Wynika to z podobnego spojrzenia i oceny funkcji oraz możliwości estetycznych obrazu cyfrowego, którego od końca lat 90. XX wieku staramy się poszukiwać. Naszym celem jako jury jest popełnienie jak mniejszej ilości pomyłek, które jednak zawsze się zdarzają, oraz odkrycie zjawisk mogących zapisać się nie tylko w dziejach konkursu w Częstochowie, ale i w najnowszej historii fotografii polskiej.
Jakie problemy ujawniły się w obrazie cyfrowym na konkursie w Częstochowie? Największym zagrożeniem fotografii jest kicz – zarówno dla początkujących amatorów, jak i bardziej zaawansowanych twórców. Kolejnym jest symulacyjna konsumpcyjność, której nieświadomie ulegają artyści! Jest ona wizytówką reklamy lub ma być jej krytyką, ale tego nie czyni, gdyż czynnik reklamowy ze względu na symulacyjny, zmierzający do wirtualności charakter, być może poprzez trójwymiarowość obrazu, zwycięża w najnowszej koncepcji obrazu. Czyli wciąż powracamy do ważnego sporu teoretycznego określanego mianem high art przeciw mass culture i pop culture. Oczywiście ze świata artystycznego nie wykluczam kultury masowej, gdyż nie mam do tego prawa, ale powinna ona być tylko elementem dodatkowym, nie zaś głównym przesłaniem pracy, ponieważ taka realizacja poza walorami estetycznymi nie ma za wiele do zaproponowania. Niebezpieczne dla obrazu cyfrowego jest jego popadnięcie w sferę zupełnej nierealności, fantastyki bądź abstrakcji. Trzeba pamiętać, że fotografia silniej niż malarstwo opiera się na dokumentalnym związku z rzeczywistością i aby coś znaczyła musi odwoływać się do takich pojęć, jak: „pamięć”, „zarodek bólu” (punctum), archiwum historii, czy wręcz memento mori, co zaznaczyła także w swej książce O fotografii lewicowa czy według niektórych marksistowska krytyk kultury i wybitna pisarka Susan Sontag.
Coraz mniej twórczych aspektów można zauważyć na wielkich festiwalach fotografii w Polsce, gdyż czujemy się nimi znużeni. Najciekawsze są wystawy zagraniczne - importy artystyczne, nie zaś koncepcje kuratorskie wypracowane w Polsce. Powstaje pytanie, co wyniknie dla fotografii polskiej  z trzynastu edycji konkursu fotografii cyfrowej w Częstochowie? Poza pracami nagrodzonymi i wyróżnionymi zwróciły moją uwagę wyrafinowane realizacje: Moniki Jankowskiej-Olejnik, które były jednak zbyt "malarskie" i Natalii Lorenc; tym razem za nadto " wyidealizowane", ale o dużym potencjalne twórczym.


 


środa, 28 kwietnia 2010

Camerimage. Z Łodzi do Aleksandrowa... Kujawskiego

Pełniący obowiązki Prezydenta Miasta Łodzi Tomasz Sadzyński, jak na polityka przystało, negocjuje z Dyrektorem Festiwalu Plus Camerimage Markiem Żydowiczem w sprawie pozostawienia festiwalu filmowego w Łodzi. Żydowicz jest przebiegłym graczem marketingowym, który niedawno szantażował miasto Łódź przeniesieniem festiwalu. Pojawiały się różne koncepcje: Poznań, teraz Katowice. 

Z listu otwartego(!) T. Sadzyńskiego do M. Żydowicza wiemy, że miasto wydaje w tym roku ponad 6 ml złotych na organizowanie festiwalu, który nie stworzył (podkreślam czas przeszły) od 2000 roku w Łodzi żadnej  swej formuły i, co ważniejsze, nie wykreował żadnych nowych zjawisk w zakresie tzw. sztuki operatorskiej. Nagradza się cenionych i znanych, pokazuje filmy, które za moment i tak trafiłyby na ekrany polskich kin. Festiwal służył elicie politycznej miasta, a nie twórcom, i poprawiał prezydentowi Jerzemu Kropiwnickiemu dobre samopoczucie. Przez lata nie pokazywano żadnych ciekawych wystaw fotograficznych, plastycznych czy innych, a w tym roku minie 10 lat bytności Camerimage w Łodzi! Czas na podsumowanie! Wspomnę, że przy okazji tego festiwalu nie prezentowano kina awangardowego, np. takich twórców, jak: Paweł Kwiek, Zbigniew Rybczyński czy Zygmunt Rytka, którego tradycja istnieje w Łodzi od lat 70. XX wieku.. Raz tylko przedstawiono artystów z tego nurtu, czyli grupę  Łódź Kaliska (2002), ale to stanowczo za mało. 

 Zofia Rydet, Medytacje (II), 1960, wł. K. Jurecki

Jedynym cennym  kulturotwórczym zabiegiem Camerimage są coroczne warsztaty filmowe, głównie dla studentów szkoły filmowej. Przyjazdy do Łodzi Davida Lyncha czy Vittorio Storaro nie są same w sobie zjawiskiem artystycznym. Nie stworzono go, bo jest to bardzo trudne i  przede wszystkim trzeba mieć określone poglądy artystyczne i konsekwentnie je realizować. Nie żałuję więc tego, że miejsce festiwalu zmierza do swej nowej siedziby, np. w Aleksandrowie Kujawskim. Widocznie jego dyrektor sobie na to zasłużył, gdyż jako wytrawny biznesmen tym razem przelicytował. Chciał, aby miasto Łódź wybudowało mu siedzibę za 550 ml złotych. Każdy by chciał! Całe szczęście, że Rada Miasta nie uległa niedawnemu szantażowi, w którym wykorzystano łódzkich studentów. Żałuję jednak, że nie zostanie zrealizowany projekt architektoniczny Franka Gehry'ego, gdyż jest on jednym z nielicznych wybitnych architektów świata. I to jest jedyna autentyczna wielka strata dla Łodzi.