Szukaj na tym blogu

czwartek, 29 listopada 2012

Andrzej J. Lech. CITÁTY Z JEDNEJ REALITY / QUOTES FROM ONE REALITY. FOTOGRAFIE / Z ROKOV 1978 – 2010 (Poľský inštitút v Bratislave1.11. – 30.11. 2012)

 Andrzej Jerzy Lech, Opole, z cyklu Cmentarz zamknięty, 1980. (Właśnie ta fotografia zapowiadała ekspozycję w Bratysławie)

Tv w Bratysławie w tym materiale w okolicach 40 minuty pokazuje wystawę Andrzeja w Instytucie Polskim. (Potencjalnych oglądających proszę o cierpliwość w poszukiwaniu relacji, ale relacja jest ciekawa). Andrzej Lech niestety nie doleciał do Wiednia, a stamtąd nie przywiózł go samochód do Bratysławy. Nie było go na wernisażu, szkoda, ale co można było uczynić? 

Super huragan Sandy okazał się zbyt silny, pokonał nie tylko linie lotnicze. Spowodował dla stosunkowo niewielkiego regionu kolo Nowego Jorku autentyczny koniec świata - Apocalypse Now, który powtarza się co pewien czas w dziejach ludzkości. Kiedy nastąpi ostateczny koniec? Zdaniem postmodernistów (np. prof. Tadeusz Sławek) - nigdy, zdaniem chrześcijan w przyszłości....

Zresztą, jak słusznie zauważył na wernisażu wystawy  Amerykanin Roberto Muffoletto, Andrzej pokazuje stan "przed" i "po" katastrofie, z czym się zgadzam. Nawet w ten sposób czasami zestawiałem jego prace w Bratysławie, delikatnie zakłócając chronologię zdarzeń, gdyż ta nie jest najważniejsza. Inny amerykański krytyk Patrick Keough był pełen uznania dla nowojorskich zdjęć Andrzeja. To cieszy, ponieważ ich opinie  są "z wewnątrz, czyli z USA"  są cenne. Poza tym, fotografia Andrzeja ma "dar", jaki miała poezja w starożytnej Grecji czy dramaty Szekspira, może nie jasnowidzenia, ale przewidywania zdarzeń... Wypełnia się dziwnymi pustymi amerykańskimi, meksykańskimi czy polskimi pejzażami, niczym naczynie, przyjmujące życiodajny napój w swym profecznym wymiarze. To "czyni" ją wyjątkową na scenie polskiej, a w przyszłości może i europejskiej. Odróżnia ją od wielu naśladowców i imitatorów rzeczywistości fotografujących śmieszne karoserie samochodowe czy kolorowe witryny, sprowadzając widoczki do formy karykatury.


Z cyklu dziennik podróżny, 

Ekspozycja, która na swej premierze w Łodzi miała 117 fotografii, w Bratysławie liczyła 56 zdjęć, podobnie jak w Ostrawie w Galerii  Fiducia (wrzesień-październik 2012). Z prezentacji w stolicy Słowacji na bardzo ciekawym XXII Miesiącu Fotografii jestem bardzo zadowolony, pomimo niełatwej przestrzeni. Przy okazji chciałbym podziękować za bardzo dobrą współpracę dyrektorowi  Tomaszowi Grabińskiemu i pani Marcie Miarze.

Na wernisaż przyszła duża grupa osób. A tego dnia - 31.10.12 - odbywały się one co pół godziny i było ich sześć, czyli duża konkurencja. Tradycyjnie otwarcia ekspozycji Andrzeja w IP dokonał dyrektor festiwalu Václav Macek, wicedyrektor IP  Tomasz Grabiński i ja. W ten sposób dobiega końca pierwsza monograficzna ekspozycja Andrzeja, której kuratorami byliśmy razem Magdą Świątczak.Wystawa pokazana została: w Łodzi, w Toruniu, Opolu, Świdnicy, Jeleniej Górze oraz za granicą (bez jakiejkolwiek pomocy Ministerstwa Kultury...). Niestety nie udało znaleźć się dla niej miejsca we Wrocławiu - rodzinnym mieście artysty. 

Poniżej mini dokumentacja pokaz Andrzeja Lecha w Bratysławie (fot. K. Jurecki)







Potencjalnych czytelników na temat fotografii Andrzeja zachęcam do lektury obszernego katalogu wydanego przez Galerię "FF" w Łodzi w 2011 roku oraz mojego innego tekstu Pojęcie i przemiany dokumentu w fotografii Andrzeja Jerzego Lecha (1978–2011).

Andrzej J. Lech, Oświęcim-Auschwitz, 2002. (Jedna z najciekawszych fotografii artysty, idealna, jeśli taka istnieje, metafora "fabryki śmierci". Ta pamięć jest bolesna i szybko się nie zabliźni)

K. Jurecki, tekst z katalogu XXII Miesiąca Fotografii w Bratysławie

A poniżej mój tekst oraz info o wystawie po słowacku:



sobota, 24 listopada 2012

"Energia Afryki" (POS, Łódź, 16-17.11.2012)

W Poleskim Ośrodku Sztuki w Łodzi odbył się pierwszy festiwal poświęcony kulturze Afryki, a właściwie jej interpretacji, wyrażającej tytułową "energię", która przenika wszystko będąc siłą sprawczą pozytywną lub o czym należy pamiętać również negatywną. Niewłaściwie użyta energia szkodzi, a nawet zabija.... Ale na tej wystawie nie ma tego problemu, który istnieje oczywiście w rozdartej konfliktami Afryce, gdzie "żniwo śmierci" zbiera swe plony.


 Betti Ibata [po prawej] dysponuje świetną skalą głosu. Kilka jej prostych w treści piosenek zrobiło na widzach bardzo duże wrażenie. Co ciekawe artystka urodziła się w Łodzi, obecnie studiuje na UŁ

Prace swoje pokazało kilku artystów:  werystyczne rysunki, częściowo realistyczne, częściowo imaginowane, zmieniające realne sytuacje zaprezentował Piotr Tymochowicz. Relacja formy należała niekiedy do surrealności czy nadrealności w typie rysunków Stefana Żechowskiego. Ale są to ciekawe prace , w których widać zmienianie zreprodukowanej rzeczywistości, tak aby była zastanawiająca czy intrygująca swą innością, a może nawet obcością. Powstaje pytanie o widzenie artysty? Czy jest ono "turystyczne" czy postkolonialne, gdyż nasze postrzeganie nie jest wcale przezroczyste i bezosobowe. Najczęściej wyraża charakter ideologiczny kraju, z jakiego pochodzi dany artysta



Piotr Tymochowicz, z cyklu Rysunki afrykańskie, długopis, papier, 50 x 30 i 42 x 29,7 cm.


Bardzo obszerny był pokaz  Zbigniewa Błońskiego na parterze POS, który z masek, form wyobrażeniowych, jak kwiaty, a nawet z oręża (dzidy) stworzył formy pozbawione pierwotnej mocy, "oswojone", może nawet zeuropeizowane. Tu mamy przykład fascynacji kultura, która ma zdobić potencjalne polskie wnętrza, bez jej pierwotnej mocy, która jest "groźna".

Czy miasto Łódź i jego instytucje zainteresują się afrykańskimi tematami i takimi artystami, jak Andrzej Zając. A może to uczyni poseł PO John Abraham Godson? 

Stylizowane i pozbawione grozy maski Zbigniewa Błońskiego, (fot.  autor). Od tego momentu zaczyna się również kulturowa moda, ale na razie nie ma w niej nic nagannego, gdyż dominuje fascynacja formą, którą trzeba zbadać i ujarzmić.

Niezwykle trudne i pracochłonny haft pokazała Joanna Zybert pracując nad sakralnie ukazanymi twarzami. Za pomoca koloru złotego i nimbu stwarzała formę ochronną dla prostych matek, które  w ten sposób czyniła szlachetnymi. Ten typ twórczości i ikonografii łączy się z pracami jej ojca - Andrzeja Zająca. Zresztą razem odbyli podroż do Afryki w 2010, wykonując steki zdjęć i kręcąc materiał wideo, co zaowocowało filmem Smakowanie Afryki, pokazanym drugiego dnia festiwalu. 

Obraz A. Zająca z 2012 r. sakralizujący "zwykłe dziecko". Typ malarstwa trochę w duchu XX-wiecznego akademizmu, opartego na przekazie fotograficznym. (fot. K. Jurecki)

A główny bohater festiwalu - Andrzej Zając? Wylewała  się z niego wprost energia. Energia pozytywna wobec wszystkich uczestników, w tym licznie przybyłych na warsztaty dzieci. Dla mnie Andrzej Zajac jest bardzo ważnym rzeźbiarzem, któremu w przyszłości chciałbym przygotować wystawę. Najciekawsze są dla mnie jego instalacje z naturalnymi owocami czy elementami, w których trwa realne życie. Przypomina to nawet jedna z prac Jospeha Beuysa, która widziałem w muzeum Bonn. Codzienne do gabloty wkładane były świeże pomarańcze z zielonymi listkami. Tak, aby trwało życie.


Andrzej Zając z figurką słonika na tle swego obrazu (fot. K. Jurecki)


Najważniejsi sprawcy festiwalu: [od lewej]: Piotr Tymochowicz, A. Zając, Joanna Zybert,   Zbigniew Błoński (ps. Szaman) oraz Danuta Pospiech (POS), (fot. K. Jurecki)  

Monumentalna rzeźba A. Zająca,  (fot. K. Jurecki)

 Najbardziej jednak chyba zadowolone z festiwalu  w dużej liczbie uczestniczy warsztatów plastycznych. Czy kultura afrykańska i jej znajomość potrzeba jest w Łodzi? Oczywiście, że tak. Nie trzeba tego nawet tłumaczyć.



 Malarstwo i rzeźba A. Zająca,  (fot. K. Jurecki)

 A. Zając, Święty Jerzy w walce ze smokiem, instalacja, (fot. autor)


Haftowane misternie obrazy  Joanny Zybert (fot. K. Jurecki). Technika haftu krzyżykowego posłużyła do stworzenia sakralnych obrazów. Bardzo ważna jest tu intencja artystki, polegająca na zamienieniu szarej codzienności na sacrum. 

 A. Zając, Instalacja (fot. K. Jurecki)


16.11.2012 godz. 17.00 
Art Festival - Energia Afryki
Wernisaż wystawy obrazów, rzeźb oraz haftów inspirowanych Afryką
1. Uroczyste otwarcie Festiwalu - recital Betti Ibata, artystki z Konga
2. Otwarcie wystawy zbiorowej "Afryka - fikcja i rzeczywistość". W wystawie udział biorą:
Andrzej Zając - rzeźba, malarstwo
Zbigniew Błoński - rzeźba
Joanna Zybert - haftowane obrazy
Piotr Tymochowicz - rysunek
3. Madonny - pokaz multimedialny

Instalacje Andrzeja Zająca,  (fot. autor) 

poniedziałek, 19 listopada 2012

"Ron Kedmi, Cover – Uncover" (25.10 do 25.11. 2012 Muzeum Kinematografii, Łódź)

Wystawa w łódzkim Muzeum Kinematografii, której kuratorem jest Alicja Cichowicz jest jedną z najważniejszych wystaw  z pogranicza fotografii reklamowej i artystycznej, jakie odbyły się w Polsce. Ron Kedmi jest przede wszystkim bardzo ciekawym portrecistą, który zmienia, zaciera tradycyjne znaczenia i dystynkcje portretu, zawartego między pojęciem religijnego, w tym świętego a hedonistycznego i erotycznego pojmowania człowieczeństwa. Nie interesuje go, jak wielu fotografów reklamowych, ukazywanie seksualności, bardziej maskuje i zakrywa niż eksponuje ciało swych modelek.  To bardzo udana ekspozycja. logicznie podzielona na dwie części. 

Ron Kedmi, Czarna wdowa 1, fotografia na płótnie, 145×120 
(Delikatna dla mnie, mocna dla innych prowokacja zawarta w tytule i jednoczesnym odwołaniu do "nadmiaru" religii.


Ron Kedmi izraelski artysta, jak juz wspomniałem,  pracuje jako fotograf reklamowy i artysta. Tworzy, czy raczej próbuje działać na różnych polach aktywności twórczej. Ale w obecnych czasach fotografia artystyczna lub co niej pozostało może nie różnić się formalnie od reklamowej. Albo inaczej - fotografia reklamowa często może być ciekawsza od artystycznej. Na internetowej stronie Kedmiego zobaczymy "komercyjne" zdjęcia takich sław jak Naomi Campbell (chyba z elektronicznym retuszem), Claudia Schiffer oraz wielu innych heroin, których nazwiska niewiele mi mówią, gdy z ten świat jest mi zupełnie obcy i mogę żyć niezależnie od niego. Bardziej podobają mi prace określone jako  "editorial", wykonywane w różnych przestrzeniach miast czy pobliżu świątyń , które także należą do świata mody (np. magazyn "Beverly Hills").

Ron Kedmi, Zakonnica 1, odbitka na płótnie, 120×280
Oczywiście w tej pracy zakodowana jest przewrotność znaczeń i erotyzm.

Ron Kedmi, Bez tytułu, 2003, druk cyfrowy, 170×120
(W takim stylu wystawiał w Polsce swe zdjęcia Łukasz Ziętek i można je znaleźć na moim blogu)

Sądzę, że Kedmi jest przede wszystkim artystą, który "musi" z własnego wyboru oczywiście działać w reklamie, podobnie jak np. Erwin Olaf. Świadczą o tym bardzo dobre portrety, w których znajdziemy ślady stylu takich mistrzów, jak: Man Raya, Cecil Beaton, a także Helmut Newton czy Richard Avedon. Ale są to tylko ślady, gdyż prace z cyklu Elements (Żywioły) traktują o poczuciu winy, krzywdy moralnej wyrządzonej przez religię i system narzucony system wychowania. Taka niejednoznaczność cierpenia ukazana w pracach, w tym oddziaływanie ognia i wody na młode postacie jest bardzo intrygująca. 

Ekspozycja. (Po prawej praca pokazująca umiejętnie sięganie do performance czy nawet z kręgu body-artu.)

Ekspozycja. Prace wykorzystujące wnętrzności zwierząt, służące jako strój lub nakrycie głowy gdyż taka jest także natura ludzka. To, co pierwotne i archaiczne jest również naszą biologią i forma egzystencji. Na pierwszym zdjęciu z lewej kobieta płacze (Cover-Uncover 3, 2012 - druk cyfrowy 162x115,5 cm) sięga to do zdjęć wojennych ukazujących tragizm przeżyć. A więc artysta niczym żongler umiejętnie nakłada na siebie różne powidoki obrazów, jakie mamy w pamięci.

Body 2, 2007, druk cyfrowy 145x120 cm
Jedna z najciekawszych prac na wystawie ukazująca dążenie człowieka do nieśmiertelności, w tym osiągnięcia stanu całkowitego panowania nad ciałem, gdyż do jest ważnym krokiem do "bycia wyzwolonym". Ale figura świętego czy mistyka może świadczyć także o zrozumieniu stanu śmierci!

Czarna wdowa 2, 2007, odbitka srebrowa na płótnie, 145x120 cm
Czy to portret Madonny czy uwodzicielki? Religijność, jak w rzeźbach Berniniego przenika się z erotyką. A więc zdecydowanie to drugie...

Ekspozycja z realizacją wideo, które w kilku miejscach bardzo dobrze uzupełnią pokaz w Łodzi

czwartek, 15 listopada 2012

Maciej Herman - fotograf przemysłowy czy portrecista?

Maciej Herman - to nazwisko zaczyna się powtarzać w niektórych kręgach coraz częściej. I jest o czym mówić i co interpretować. Niedawno otrzymał I  nagrodę w kategorii industria  na Międzynarodowym Festiwalu Fotografii Przemysłowej i Industrialnej Foto-Pein (VI edycja konkursu).

Stocznia Gdynia

Tak mi opisał : "Nagrodzony cykl składa się z 5 fotografii (wszystkie w załącznikach), natomiast cały projekt składa się z kilkudziesięciu fotografii. Mam nadzieję, że niedługo uda mi się zorganizować większą wystawę w Trójmieście (na którą oczywiście wyślę zaproszenie), a także przy pomocy miasta wydać album z tymi fotografiami. Myślę że ta stocznia zasłużyła na tego rodzaju pamiątkę." Mamy kolejny ważną dokumentację z polskiej stoczni, mam na myśli bardzo cenione prace Michała Szlagi, a z Gdańska, który w przestrzeń stoczni oraz zapisał jej charakterystyczne postaci, jak Anna Walentynowicz czy zwykły spawacz. Ale styl Hermana jest diametralnie inny, wyciszony i purystyczny. Z pewnością interesujących prac czy całych cykli dotyczących upadku polskiego przemysłu stoczniowego należy jeszcze oczekiwać. Jest to jeden z kluczowych tematów polskiego dokumentu po 1989 r.

Stocznia Gdynia



Krótki opis wystawy i cyklu: " MACIEJ HERMAN - STOCZNIA GDYNIA, 2010

Mój ojciec przepracował w gdyńskiej stoczni 47 lat. Zaczął mając 16 lat, jako ślusarz i skończył w wieku 63 lat zamykając zakład na klucz, po likwidacji będącej następstwem decyzji Komisji Europejskiej. Ja z kolei wychowywałem się na gdyńskim Obłużu - stoczniowym osiedlu. W wieżowcu, w którym mieszkałem, na każde piętro przypadało średnio 1,5 stoczniowca. Przez okno przez 20 lat oglądałem stoczniowe dźwigi, a codzienną pobudką były dla mnie uderzenia w kadłuby budowanych statków. W 2010 roku przez tydzień fotografowałem opustoszały zakład. Miesiąc później Stocznia Gdynia SA została podzielona i rozprzedana, „rozpadła się” na wiele firm i firemek różnych branż. Przestała istnieć bezpowrotnie."

Stocznia Gdynia


Fotografie zostały wykonane techniką analogową, na kliszy średnioformatowej."


Ale chyba bardziej jestem przekonany do jego portretów ze względu na ich prostotę i psychologiczny dialog z portretowanym. Bliskie są myśleniu o fotografii, jakie reprezentuje Marcin Sudziński i Katarzyna Karczmarz. 

Eleonora Konieczna-Klamann (córka Hildegardy Koniecznej)

Fragment z wywiadu, które przeprowadzone były przez socjolog z Poznania - dr Agnieszkę Figiel, która jeździła z Maciejem i odwiedzała przesiedleńców. : "Mama miała też kontakty ze Służbą Bezpieczeństwa. Co rusz przyjeżdżali i pytali o różne sprawy, czemu nie wyjedzie, przecież jest w obcym kraju. A ona mówiła: „W jakim obcym kraju? Ja nigdy nie wyjeżdżałam. To Polska do mnie przyszła, a nie ja przyszłam do niej”. No i tak mama tu została. Nie chciała wyjeżdżać, jak wszyscy wyjeżdżali. Mówiła: „Tutaj mam moje korzenie, tu zostanę”".

Zbigniew Malinowski

Fragment z wywiadu A. Figiel: "Rodzice przyszli tu spod Radzymina, spod Warszawy. Tam mieli po działeczce, a po wojnie przyszli na te odzyskane ziemie, na to gospodarstwo. Mieli tak trochę pobyć, grosza zarobić, postawić sobie jakiś domek. Ale się zasiedzieli. Bo tam koło Warszawy było przeludnienie dawniej, mieć kawałek ziemi to był problem. Tam 20 km od stolicy światła nie było na wsi, a tu już była siła założona i silniki, i młockarnia. Takie niemieckie wyprzedzenie. Jak tu przyszli, to były i krowy, i maszyny. To od razu każdego zachęciło, by się wprowadzić."

Maria Hruszowiec

Fragment z wywiadu A. Figiel: "U nas cała Polska rozsypana. Bo ze wschodu tu wysiedlali. Ze dwa, trzy miesiące tam były do namysłu. Można było brać dwa konie, dwie krowy i cały swój dobytek. Co tylko mogło się wziąć. Co pozwolili, to zabraliśmy. I wyjechaliśmy."



Ksawery Czuczejko

Fragment z kolejnego wywiadu: "Po wojnie była repatriacja i rodzice wyjechali na Ziemie Odzyskane. Bo Polacy musieli opuścić tamten teren, tam była już Białoruś. Rodzice byli z zawodu rolnikami i jak jechali tym bydlęcym wagonem, to wzięli ze sobą krowy, świnie. A Rosjanie ich na jednym przystanku obrabowali: zabrali krowy, zabrali świnie. Rodziców potem odszukałem w Poznaniu, na dworcu Antoninek. Bo w tym gospodarstwie to ja byłem pierwszy i potem rodziców odnalazłem – tu urząd gminy był i przydzielał gdzie było wolne."



Maria Horbanowicz

I kolejny fragment wywiadu A. Figiel: "Kamieniec Litewski, nad Bugiem, na Kresach - tam Rosjanie nas troszeczkę straszyli i musieliśmy zostawić wszystko. Tutaj, na te ziemie, przyjechaliśmy z rodzicami. Było nas czworo, bo ja trzy siostry mam. Jedna już nie żyje, jedna siostra jest Łodzi, jedna w Gdyni, a ja tutaj zostałam. Ze względu na rodziców, bo rodzice mieli gospodarstwo. I tak zostałam."

Dodatkowej wartości tej historyczno-archiwalnej pracy nadaje sens identyfikacja osób oraz wywiady, jakie przeprowadzał Maciek  W rezultacie mamy ważny zapis dokumentalny w formule zbliżonej do Zofii Rydet, ale nie tylko, także o charakterze klasycznego fotodziennikarstwa (przypomina się Tomasz Kizny), którego celem ma być wystawa i album, który zaświadczy o dziwnym ludzkim losie oraz empatii fotografa, co jest także istotne. I chyba nie tylko dla mnie.

Prace "przesiedleńców" można oglądać w Poznaniu na Festiwalu  im. Eryka Zjeżdżałki. Można także zapoznać się z nimi na blogu Macieja Hermana (http://sevillian.blogspot.com/2012/10/z-drugiej-strony-w-poznaniu.html) i na blogu Sławka Tobisa - organizatora wystawy zbiorowej w Galerii Szyperskiej,  (http://blog.tobis.pl/2012/10/z-drugiej-strony-o-wystawie-from-other.html)..

sobota, 10 listopada 2012

"Paweł Żak. Niedzielny spacer i inne martwe natury” (Galeria FF w Łodzi, 12.10-24.11.2012)


Martwa natura, 2007
(Lekki erotyzm, idealna symetria, ale chyba także echa konstruktywizmu w wydaniu Stanisława Fijałkowskiego, który poszukuje archetypów?)

Ten zestaw ośmiu prac na blogu realizowanych od 2007 roku został wybrany przez mnie i uzupełniony przez Pawła Żaka jest w pełni reprezentatywny dla jego nowej działalności, która zaczęła się od wystawy w 2008 roku w warszawskiej galerii Luksfera. Czemu służą te prace, w których zawarta jest chęć panowania nad każdą formą materii, zmierzającej do kategorii martwej natury? Przede wszystkim zmaganie się z fotograficzną rzeczywistością, a ostatecznym celem, jak w pracach Staszka Wosia jest medytacja. Słowo, którego nie znają i nie pojmują już  tzw. nowi dokumentaliści, wyrażający ironie wobec życia, wobec siebie. Właśnie o medytacji pisała w poetycki sposób Lena Wicherkiewicz w tekście, który przy okazji polecam pt. Słodycz poniedziałku... ("Exit", 2008, nr 3). 


Martwa natura, 2008

Martwa natura, 2008 

Martwa natura, 2008 

W trzech pracach u góry artysta uchwycił to co jest zmienne i jednocześnie nieuchwytne. Fotografia, a właściwie artysta dokonał jednak niemożliwego. Ulatujący balonik stał się, może nie dla wszystkich(?) formą ludzkiej twarzy, może nie do końca, ale czerwona kredka stoi na stole, idealnie wpisując się w jego płaską formę. Ważny jest też minimalizm kolorystyczny, gdyż zazwyczaj fotografowie ulegają sugestii koloru, który powoduje kakofonię. Siła symbolizowania i metafory posiada swą moc spełnienia. Wystarczy być demiurgiem lub panować nad rzeczywistością.

Martwa natura, 2007

W wielu pracach znać inspiracje wybitną twórczością Grzegorza Przyborka, który w 2010 pokazał nowe prace. Ale, co interesujące skryte konceptualne inscenizacje Żaka, bliskie są też swym myśleniem, czytaj pojmowaniem świata archetypom i symbolicznym realizacjom japońskiego artysty Kena Matsubary, którego fotografie pokazałam na ekspozycji Joachim Froese, Grzegorz Przyborek, Ken Matsubara. ARCHETYP FOTOGRAFII w gdańskim CSW Łaźnia w 2010.

Ken Matsubara, z serii Sleepwalker, 2006

  Ken Matsubara, z serii Sleepwalker, 2006 


Martwa natura, 2009
 
Martwa natura, 2007
(Ta realizacja, a także jedna wyżej nie przekonuje mnie, gdyż realizuje program niespełnionej do końca martwy martwy i koncepcji abstrakcji aluzyjnej. Wiele tu brakuje, w sensie ideowym polegającym na umiejętnym skończeniu wizji za pomocą kilku form/akcesoriów). Cenię jednak autentyczny wysiłek twórczy).


Martwa natura, 2009
Piękna praca z ciemnym lustrem (w typie Lucjana Demidowskiego!) odwołująca się do bardzo udanej  serii z serii Bliski znajomy ( 2002-2004), pokazanej m.in. w łódzkiej galerii FF i na festiwalu Rencontres d'Arles na wystawie indywidualnej  pt. A Close Acquaintance  w 2004 r.

Wystawę Pawła Żaka w galerii FF w Łodzi oglądałem kilkakrotnie. Mam swoje ulubione czy wielbione fotografie, ale znam także te, wobec których mam uwagi krytyczne. Tych kilka bardzo udanych zdjęć w mojej osobistej hierarchii przedkładam na setki innych autów i wystaw, gdyż są one znakomite - idealne w sensie mego rozpatrywania pojęcia "fotografii inscenizowanej". Reasumując Paweł Żak jest jedynym z najważniejszych artystów polskich, którego miałem również szansę uczyć w Wyższym Studium Fotografii w Warszawie w 1993 roku. Jego pracę teoretyczną na temat znaczenia teorii archetypów Carla Gustava Junga trzymam w swym archiwum do tej pory, ponieważ jest już istotna w sensie zrozumienia całej twórczości.

wtorek, 6 listopada 2012

W malarstwie stawiam m.in. na Bartka Otockiego


Dlaczego? Poszukuje on nowej formuły malarstwa, które będzie miało podkład twórczości o tradycji konceptulano-abstrakcyjnej, rozszerzając ją  o nowe widzenie - fotograficzne, a a szerzej nieznane, posiłkujące się eksperymentalnym technicznym.

Bartek Otocki  w mailu z 16.10.12 napisał do mnie: " Podsyłam krótką foto-relację z wernisażu wystawy "Czy jest bezpiecznie?" która odbyła się w ramach szczecińskiego biennale.[...] Oprócz malarstwa prezentowałem slideshow zdjęć-projektów do obrazów wykonanych za pomocą specjalnie skonstruowanej przeze mnie maszyny, którą nazwałem OTOPLASTYKON.



Dwa krótkie teksty z folderu towarzyszącego wystawie: Cykl obrazów prezentowanych na wystawie „Czy jest bezpiecznie?/Is it safe?”, pomimo ich stylistycznego zróżnicowania odnosi się do jednego z najbardziej powszechnych zjawisk – wszechobecnego uczucia niepewności. Czy jesteśmy o krok od nieubłaganie nadchodzącej katastrofy? Co ją spowoduje – kryzys gospodarczy, nagłe załamanie polityczne czy może nieodwracalna degradacja środowiska naturalnego? Czy poza tymi oczywistymi możliwościami nie ma innych niepokojących symptomów? Nie każdy może je dostrzec, u niektórych wywołują tylko pełne pogardy wzruszenie ramion, ale nie dajmy się zwieść – czasami niebezpieczeństwo uderza z najbardziej nieoczekiwanego kierunku. Niekiedy nawet absurdalne, irracjonalne przeczucia stają się rzeczywistością. Czy tak będzie tym razem?


Zróżnicowana pod względem stylistycznym kolekcja prac została zrealizowana na podstawie fotografii wykonanych przez autora lub znalezionych w internecie i poddanych zasadniczej transformacji. Wizualnie odmienna od prezentowanych wcześniej cykli „Portrety pamięciowe” i „Alchemia Iluzji” tworzy zamknięty projekt, w którym artysta łączy pozornie odległe tematycznie i formalnie wątki. Jest to w jakiś sposób znak czasów w których żyjemy – modelowy życiorys malarza, który przez lata dochodzi do jednej, charakterystycznej dla siebie, oryginalnej stylistyki a następnie używając jej maluje kilka arcydzieł i umiera – odchodzi w przeszłość. Wobec wielości artystów i nadprodukcji sztuki postulat nieustannego poszukiwania „nowego” staje się coraz trudniejszy, jeśli nie niemożliwy do zrealizowania. Dla autora cykl „Czy jest bezpiecznie” to rodzaj malarskiego projektu, w którym style i gatunki dobierane są arbitralnie do realizacji określonego celu i po zakończeniu prac nad danym zagadnieniem nie muszą być kontynuowane, w przeciwieństwie do poszukiwań warsztatowych.



Istotna jest zatem nie ślepa wierność wybranej stylistyce a raczej utylitarne dostosowywanie jej do okoliczności czy wręcz śledzenie mechanizmu ich powstawania. W ten sposób artysta prowadzi dialog z tym, co jest wobec malarstwa zewnętrzne lub nawet z tym, co je zawiera i przekracza.



OTOPLASTYKON. Maszyna stworzona po to, by projektować obrazy w dowolnie modyfikowalnej stylistyce. Koncept w fazie beta-testów, daleki od ukończenia. Przedziwny twór, żywiący się plikami JPG znalezionymi na dysku, fotografiami z internetu, nie gardzi TIFF-ami i PSD. Funkcjonuje w oparciu o zjawiska optyczne – projekcje, zwierciadła, reflektory, odbicia. Elementem wyjściowym są obrazy wyświetlane z rzutnika lub kilku rzutników, a następnie deformowane za pomocą specjalnych kalek, polerowanych blach czy luster. Nie ma tam komputera jako jednostki przetwarzającej, choć finalna rejestracja dokonuje się za pomocą cyfrowego aparatu bądź kamery. W ciągu godziny urządzenie produkuje ok. 300 obrazów, z czego ok. 5% jest interesujących. Kontrpropozycja wobec tradycyjnego modelu zaistnienia artysty w historii sztuki jako rezultatu wykonania 10-12 obrazów w nowatorskiej stylistyce. Ta maszyna wytwarza różne stylistycznie projekty w ilościach przemysłowych. Ironiczny komentarz do nadprodukcji cyfrowych obrazów. Nadprodukcja cyfrowa versus analogowa.

Fragment wystawy B. Otockiego. [wszystkie zdjęcia z tego postu autorstwa B. Otockiego]

Slideshow „OTOPLASTYKON” prezentowany będzie jako część wystawy „Czy jest bezpiecznie?/Is it safe?” oraz jako instalacja in situ w szczecińskim klubie Elefunk."

Kolenym mailu zadałem pytanie: " jak wyglada  OTOPLASTYKON? Moge prosić o fotkę.

[Otocki] sęk w tym że on za bardzo nie wygląda. Źródłowy obraz jest wyświetlany na ścianie, bo musi być duży. A cała "maszyna: to zestaw pogietych blach, kalek i innego ustrojstwa rozłożony w pewnej odległości. Miałem już propozycje wystawienia samej maszyny ale na razie wolałbym tego unikać. Jej tajemniczość w jakiś sposób jest elementem całego projektu. "

Obserwuję rozwój artysty od około 2000 roku, mam w nim pewien swój udział... Ale jest coraz lepiej, gdyż jego horyzonty intelektualne, w tym analizowanie aspektu technicznego w kontekście humanizmu, a nawet widzenia romantycznego jest zadziwiająco twórcze. Coraz bardziej przypomina mi o aktualnej wciąż postawie, jaką prezentował Karol Hiller.

poniedziałek, 29 października 2012

Jak spłonęło malarstwo w BWA w Bielsku-Białej? O wystawie "Samozapłon" uwag kilka (6 października - 18 listopada 2012)

Uwaga pierwsza do organizatora konkursu, czyli BWA, które hojnie, czyli finansowo popiera Ministrostwo Kultury  i Dziedzictwa Narodowego. Na stronie galerii powinno się wymienić startujących w konkursie (kurator, tytuł projektu oraz zgłoszeni artyści oraz koszt projektu). Inaczej konkurs nie jest transparenty i rodzą się wątpliwości. Uwaga druga - powinno być znane jury, ponieważ od niego wszystko zależy. Po trzecie: powinno być zaznaczone czy jest to konkurs na wystawę malarstwa czy ekspozycję interdyscyplinarną? Uwaga czwarta. należy się zastanowić, jak oceniać projekty złożone przez prywatne galerie, gdyż w tym roku zwycięski projekt Michała Suchory do takich należy i w ten sposób galeria BWA z Bielska oraz Ministerstwo Kultury promują prywatny interes nomen omen galerii BWA z Warszawy, co może wywołać znaki zapytania. Ten problem będzie narastał w Polsce i w jakiś cywilizowany sposób trzeba go rozwiązać,  aby za bardzo nie popierać komercyjnego kierunku w państwowych galeriach. Trudny jest to jednak problem do rozwiązania.

Wybrany przez jury projekt Michała Suchory zawierał: film, fotografie, obiekt przestrzenny i malarstwo, w tym tzw. rozszerzone. To także budzi wiele wątpliwości, o czym za chwilę...

Zaproszenie na wystawę

W wystawie uczestniczą: Adam AdachAnna BaumgartAgnieszka BrzeżańskaJarosław FlicińskiJustyna KisielewskaPiotr C. Kowalski i Joanna JaniakTomasz KowalskiMarzena NowakKatarzyna PrzezwańskaZbigniew RogalskiMałgorzata Szymankiewicz.

Michał Suchora o swoim pomyśle kuratorskim [cytat ze strony BWA w Bielsku-Białej]: - „Narracja wystawy „Samozapłon" w Galerii Bielskiej BWA jest o tyle spójna, o ile wewnętrznie spójnym nazwać można współczesne malarstwo. Zebrane na niej dzieła ukazują bogactwo i wewnętrzne zróżnicowanie polskiej sztuki. Co spaja wystawę, to wybór artystów, w pracowniach których ma miejsce samozapłon; są to postawy twórcze jak najbardziej zindywidualizowane, autoteliczne, nieoglądające się na nadbudowywane nad sztukę teorie. Tlenem niezbędnym do wywołania samozapłonu jest otaczająca rzeczywistość. Dalej działa już to, czego nikt nigdy do końca nie wyjaśnił; geniusz artysty. To dzięki niemu zachodzi deformacja, zniekształcenie świata; tak powstaje dzieło sztuki".  W tej karkołomnej wypowiedzi, którą konfrontuję z wystawianymi pracami geniuszu twórczego na razie nie widzę. Spostrzegam niezbyt szczęśliwy tytuł  gdyż każdy samozapłon zniszczyć  może wszystko. Co możemy zobaczyć na samej ekspozycji, w której biorą udział znani i mniej znani, co akurat jest dobrym zabiegiem? Przeważa abstrakcja (Fliciński, Rogalski, Szymankiewicz), w tym aluzyjna i geometryczna  która jest obecnie bardziej decorum, niż żywą tkaną sztuki. Mamy też tzw. surrealizm nowej generacji (Kowalski), który nic wspólnego z surrealizm nie ma, co najwyżej ociera się karykaturalność. Mamy ciekawy eksperyment Piotr C. Kowalskiego, ale znany od wielu lat. Można było zobaczyć zdjęcia ognia, czym wyrażała się banalność zdarzeń w nawiązaniu do tytułu. Duże uznanie wzbudza we mnie na tej ekspozycji jedynie Adam Adach. Zobaczyliśmy więc fragment tzw. stajni jednej w prywatnych galerii, bez tzw. klucza, chyba bez nowych postaci. W ten sposób następuje autentyczny samozapłon malarstwa polskiego w wykonaniu BWA z Bielska-Białej. Swoją wypowiedź opieram na materiałach, jakie znalazłem w internecie.  Ekspozycji nie widziałem, ale nie żałuję. 

Przytoczę kuriozalne wyznania dyrektor Agaty Smalcerz [cytat ze strony BWA w Bielsku-Białej]: „Propozycja Michała Suchory nie pretenduje do próby wyłonienia dominującej tendencji we współczesnym malarstwie polskim. Kurator wręcz dystansuje się od samego pojęcia "malarstwa" - będącego konstruktem myślowym, abstraktem, a skupia się na malarzach - bytach realnych. Uznając brak punktu odniesienia dla współczesnej sztuki, wybiera do wystawy kilka postaw artystycznych, które przez swą odmienność i nieortodoksyjność w podejściu do tworzywa stają się ciekawym spojrzeniem na żywotność tego najstarszego medium". Poza tym wszystkim A. Baumgart jest malarzem? Czy była nim, może przez krótki moment? Na pewno jest wybitną rzeźbiarską.

Proszę mi wytłumaczyć, jak w konkursie kuratorskim o malarstwie można się dystansować się od idei malarstwa! Dla mnie to kompromitacja. Te słowa wypowiedziała dyrektor BWA. Można, ale taki projekt, w zgodzie z regułami regulaminu powinien być odrzucony lub pominięty ze względu na to, że nie spełnia jego warunków. Oczywiście pani dyrektor zdecydowana inaczej i ma tego prawo.

Albo inaczej - trzeba zmienić regulamin konkursu i jasno sprecyzować,  że termin malarstwo nic już nie znaczy  i tak samo będą ocenione projekty z udziałem wideo, fotografii i instalacji.  Wtedy wszystko będzie w porządku  poza jednym - konkurs powinien zmienić swą nazwę. Za tym powinny nastąpić dalsze posunięcia polegające na dopuszczeniu i nagradzaniu na konkursie Bielskiej Jesieni fotografii i wideo. Czy konkurs kuratorski nie jest wskazaniem drogi dla artystów, którzy zamierzają startować w konkursie? Jest! 

W ten sposób galeria BWA unieważnia aktualne i potencjalne znaczenie malarstwa. Poza tym brakuje autentycznej dyskusji na temat malarstwa, jego "śmierci" lub też "nieśmiertelności". Widzę, że na ten temat dyskutują ciągle ci sami, związani z BWA w Bielsku-Białej czy konkursem im. Eugeniusza Gepperta , a nie dopuszcza się lub nie zna innych potencjalnych uczestników tej gry (np. Łukasz Korolkiewicz, Sławomir Marzec, Andrzej Biernacki, Edward Łazikowski). 

P.s. Wielu sponsorom medialnym tej prezentacji radzę się w przyszłości zastanowić "co sponsorują".


środa, 24 października 2012

Reprodukcja Aleksandra Krzwobłockiego za 9 tysięcy złotych (X Aukcji Fotografii, 23.10.12, Warszawa)

10 Aukcja Fotografii Kolekcjonerskiej była sukcesem jednych (Jerzy Kosiński, Zofia Rydet, Marek Piasecki, Rafał Milach, Sławomir Rumiak), jego brakiem czy nawet porażką w przypadku znanych fotografów, którzy sprzedawali swe prace na poprzednich aukcjach za duże pieniądze.  Jerzy Neugebauer swój sukces zawdzięcza temu, że portretował Jerzego Kosińskiego w pracy Bez tytułu [Jerzy Kosiński pozujący jako niewidomy czytający tekst w alfabecie Braille`a].

Sprzedana za 2300 zł praca Mikołaja Smoczyńskiego, Przestrzeń podzielona,1994 jest wglądówką autorską, gdyż swe prace wystawowe artysta wykonywał w zdecydowanie większym formacie. Wątpię tez w oryginalność podpisu autorskiego i podanie nakładu (brom, papier, 25,5 x 25 cm, sygn., dat. i opis na odwrocie, nakład: 2/3). Tu mam jedynie wątpliwości, którymi się dzielę.

Nie mam natomiast wątpliwości, że za kwotę 9000 zł ktoś próbował sprzedać reprodukcję Aleksandra Krzywobłockiego. Oryginał pod tytułem Kompozycja II, 1948, sygnaturze XIII-525 znajduje się w zbiorach Muzeum Narodowego we Wrocławiu i kilka razy był publikowany. Ta wybitna praca jest fotkokolażem, wiec istnieje tylko w jednym egzemplarzu. Kto i dlaczego próbował ją sprzedać, to powinien wyjaśnić Dom Aukcyjny "Rempex", który odpowiada za oryginalność sprzedawanych fotografii.

Z moich obserwacji wynika, że najczęściej fałszowanymi fotografami, których prace pojawiają się na aukcjach w Warszawie i Poznaniu są: Zdzisław Beksiński i Zbigniew Dłubak. Oczywiście nie mam 100% pewności, ponieważ te prace musiałbym dokładnie obejrzeć, także na odwrociu. 

Aleksander Krzywobłocki, reprodukcja sprzedawana jako praca "bez tytułu", fot. Artur Leończuk

Co czytamy na stronie internetowej http://www.artinfo.pl  o pracy "bez tytułu", 1948-1949,

"fotomontaż, brom, papier, naklejony na karton 22,8 x 16 cm,
sygn., dat. i opis na odwrocie,
nakład: nieokreślony
vintage print"

Oczywiście za bledną atrybucję "vintage print" odpowiada dom aukcyjny.

Czy 10.  Aukcja Fotografii Kolekcjonerskiej była sukcesem? Zdecydowanie nie, żyjemy w czasie kryzysu. Dlatego tak niewiele sprzedano prac. Oczywiście profesjonalny rynek fotografii jest bardzo potrzebny, a nawet konieczny, aby mogło rozwijać się "normalne" życie fotograficzne. Można tylko dodać, że na szczęście dla domu aukcyjnego reprodukcja Krzywobłockiego nie została sprzedana.